Archiwa tagu: czarodziej

Porwana, część 24

Cześć,
jestem :P
Nie miałam pomysłu jak dalej „pchnąć” to opowiadanie, na szczęście wczoraj doznałam olśnienia, stąd też nowy wpis ;)

PORWANA, część 24

Jude i Jake znaleźli się w bibliotece, czarodziejka powędrowała spojrzeniem pomiędzy regałami wypełnionymi po brzegi najróżniejszymi książkami. Wciąż powoli docierało do niej wszystko to, co wydarzyło się kilkadziesiąt minut wcześniej. Nie potrafiła zrozumieć jak mogli nie wziąć pod uwagę faktu, że Robert jest odporny na magię. Przecież nie było to dla nich żadną tajemnicą. Tak bardzo skupili się na samej podróży w czasie, że wyparli ze świadomości całą resztę. Gdyby wpadli na to szybciej, pewnie już dawno byliby w domu. W czasach, do których należą. Na samą tą myśl dziewczyna czuła jak ogarnia ją złość, a w głowie pojawia się myśl: „Jak mogłam być taka głupia!”.

-Potrzebujemy książki z urokami -blondyn stanął pośrodku pomieszczenia.

-Dlaczego urok? Czy to nie rodzaj zaklęcia? -pytanie to zaprzątało głowę Jude odkąd Roger zasugerował, że to w taki sposób zostali przeniesieni w przeszłość.

-Uroki rzucano na długo przed pojawieniem się pierwszych czarodziei. Przy odpowiednio odprawionym rytualne potrafią być niezwykle potężne. Nigdy jednak nie przypuszczałbym, że umożliwiają podróże w czasie -wyjaśnił cierpiący chłopiec, zaraz potem głową wskazał na regały z książkami dając znać brunetce, aby odnalazła właściwą.

Jude wzięła głęboki oddech, a następnie wypowiedziała zaklęcie skupiając się w myślach na niebieskiej skórzanej okładce księgi zawierającej konkretny rodzaj informacji. Zdziwiona rozejrzała się po pomieszczeniu, gdy z regałów nie spadła ani jedna książka. Zamknęła oczy, a następnie raz jeszcze w głowie zobrazowała sobie przedmiot.

-Coś jest nie tak -odparła zmartwionym głosem, gdy i tym razem nic się nie stało.

-Wypowiedziałaś na pewno dobre zaklęcie?

-Tak! -odparła z wyrzutem, przecież nie robiła tego po raz pierwszy.

-Spokojnie. Spróbuj jeszcze raz -chłopak starał się mówiąc z opanowaniem -Wyrzuć z głowy wszystko, skup się tylko na książce z urokami.

-Niebieskiej książce z urokami -Jude nerwowo potarła o siebie dłońmi.

-Nie wydaje mi się, aby ta której szukamy była niebieska…

-Przecież w moim śnie widziałam niebieską książkę -słowa wypłynęły z ust czarodziejki niczym pociski z broni, bez ostrzeżenia, a także z towarzyszącym strzałowi hukiem, w tym przypadku był nim podniesiony głos dziewczyny.

-W swoim śnie widziałaś Jack’a wyszeptującego jakieś zaklęcie z niebieskiej książki. Jednak nasza podróż do roku 1938 roku to raczej nie jego robota.

-Słucham? -dziewczyna pokiwała z niedowierzaniem głową na boki.

-Już wcześniej mówiłem Rogerowi, że działania Jack’a wydają się nie mieć sensu.

-Może po prostu go nie widzimy… -brunetka od samego początku miała tę odpowiedź za jedyną pewną rzecz w całym tym morzu niepewności dotyczącym ich podróży w czasie.

-Nie widzimy, bo to nie Jack -zaoponował stanowczo Jake.

-W takim razie kto?

-Klaus -czarodziejka spojrzała na blondyna jak na wariata.

Ta odpowiedź była dla dziewczyny kompletnie nie do przyjęcia. Nie rozumiała dlaczego młody McGhart podejrzewał o knucie przeciwko nim jedyną osobę, która w czasach, z których przybywają, była dla nich uprzejma i pomocna.

-To nie może być prawda -założyła za ucho luźno opadający jej na twarz kosmyk włosów -Zapewnił nam dach nad głową. Niczego nie ukrywał, o wszystkim mówił otwarcie.

-Swoim zachowaniem wzbudził w nas zaufanie…

-Mówiłeś, że można mu ufać! -brunetka wskazujący palcem prawej ręki zatrzymała na jego klatce piersiowej, posłała swojemu towarzyszowi także pełne gniewu spojrzenie.

-Ufałem mu -jego niebieskie oczy skierowane były na ogarniętą wściekłością twarz Jude, jej usta przypominały cienką czerwoną kreskę -Chciałem mu ufać -dodał, gdy czarodziejka wzięła dłoń z jego torsu -Jack jest fascynatem i ekspertem od czarnej magii. Nie bawiłby się w rzucanie uroków -dodał po dłuższej chwili milczenia.

Blondyn zdawał sobie sprawę, że po raz kolejny zawiódł dziewczynę. Pozwolił, aby zawierzyła ona Klausowi. Sam także zdał się na mężczyznę. Miał nadzieję, że czarodziej jest inny niż jego ojciec, w końcu wielokrotnie powtarzał mu, że jest inny niż Jack. Postawą sprawiał wrażenie ciepłej osoby. Wykazał zrozumienie, gdy chłopak opowiadał mu o Jude i swoim problemie. Nie ignorował go w przeciwieństwie do ojca.

-Może rzucił urok, bo wiedział, że magia nie zadziała na Roberta -wtrąciła czarodziejka, zakładając ręce na piersi.

-Jack nie wie o tym, że Robert jest odporny na magię. Uważa, że wszyscy zostali zabici -brwi blondyna powędrowały ku górze -Tylko my -spojrzał wymownie na swoją towarzyszkę -I Klaus o tym wiedzieliśmy.

-Nie przekonuje mnie to… -zaprotestowała brunetka, wciąż nie mogąc uwierzyć, że to życzliwy wobec nich czarodziej za tym wszystkim stoi.

-Wielokrotnie zastanawialiśmy się dlaczego 1938 i nigdy nie potrafiliśmy odpowiedzieć na to pytanie -syn czarnoksiężnika ani na chwile nie oderwał wzroku od Jude -Dla mojego ojca ta data nie ma żadnego znaczenia. Jednak jeżeli weźmiemy pod uwagę Klausa, zapalonego historyka, pasjonata okresu międzywojennego i II Wojny Światowej….

-Jake? -dziewczyna dostrzegła smutek, który pojawił się na twarzy zagubionego chłopca -Wszystko w porządku?.

-Tak -wypowiedział te słowa z pewnego rodzaju żalem w głosie.

-Cokolwiek chodzi ci po głowie, mi możesz powiedzieć -dziewczyna podeszła do niego, wymusiła na nim spojrzenie.

-Przez chwilę po prostu… -szukał odpowiednich słów -Pomyślałem o Liv i Rogerze, o tym, że za rok dopadnie ich wojna… -przerażała go myśl, że przyszłość, która nadejdzie dla jego pradziadków maluje się w kolorach czerwieni, z muzyką, której powtarzającym się w kółko refrenem będzie świst kul przecinających niebo, a także wybuchów.

-Przykro mi -położyła mu dłoń na ramieniu -Polubiłam ich, trudno będzie się z nimi rozstać. Jestem pewna, że sobie poradzą. Mówimy przecież o Liv -uśmiechnęła się do blondyna.

-Skup się na książce z urokami, jakiejkolwiek, byle z urokami -odparł spoglądając po regałach znajdujących się w bibliotece.

Dziewczyna przytaknęła, a następnie wykonała jego polecenie. W myślach powtarzając jak mantrę „księga z urokami”, „księga z urokami”, jednocześnie szepcząc dobrze jej znane zaklęcie. Nie minęła chwila, a z regałów spadło kilkadziesiąt książek. Jude podeszła do tej, która upadła na podłogę najbliżej, podniosła ją, a zaraz potem skierowała się w kierunku drugiej, którą też wzięła do ręki. Obje położyła na stoliku w końcu pomieszczenia, a następnie wzięła się za zbieranie pozostałych z podłogi. W jej ślad poszedł Jake.

-17 -odparła czarodziejka spoglądając na stosik z książek.

-Jak wam idzie? -w pomieszczeniu pojawił się Roger, a także koszykarz przemierzający kolejne metry w starannie owiniętej bandażem nodze, mając podparcie w czarodzieju.

-Jak się czujesz? -dziewczyna przyjrzała się brunetowi.

-Żyję -odparł uśmiechając się do niej, tymczasem pradziadek Jake’a odsunął krzesło przy stoliku, aby Robert mógł na nim usiąść.

Roger podszedł do stolika. Przyjrzał się stosowi książek ułożonemu przez czarodziejkę i swojego prawnuka. Wziął pierwszą do ręki.

-Uroki miłosne. Nie -odrzucił ją na bok, zaraz potem sięgając po drugą -Uroki i klątwy. Może -podał księgę Jake’owi -Jak rzucać poprawnie uroki. Nie -oprawiony w czarną skórę tom wylądował na ziemi obok wcześniej wyeliminowanego -Uroki dla zaawansowanych. Może -ponownie podał książkę prawnukowi, a on przekazał ją Jude.

Po segregacji dokonanej przez pradziadka blondyna pozostało jedynie pięć ksiąg, a w jednej z nich odpowiedź na dręczące ich od dawna pytanie: „Jak wrócić do domu?”. Ich było także pięcioro, w związku z tym, każdy otrzymał swoją własną lekturę do poduszki.

-A to zaklęcie ze 123 strony z niebieskiej książki? -zapytał zaintrygowany Robert.

-Musi poczekać -wyjaśniła Jude wzruszając ramionami -Jeden problem naraz -dodała wysilając się na uśmiech.

***

Noc była cicha, granatowe niebo rozjaśniało miliony gwiazd. Jude siedziała na okiennym parapecie okryta ciepłym polarowym wyczarowanym przez siebie kocem spoglądając na spokój panujący w okolicy. Niespodziewanie jej myśli popłynęły w kierunku wszechobecnej, a także niezwykle energicznej Olivii. Przez chwilę pomyślała o tym, co powiedział Jake. O swoich obawach względem pradziadków. O tym wszystkim, co znała jedynie z dokumentalnych filmów z okresu wojny. O kurzu wzbijającym się w powietrze przy każdym wybuchu, o samolotach krążących po niebie niczym sępy wyszukujące padliny. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić strachu, a także cierpienia, które towarzyszyło widzianym przez nią kadrom filmowym.

Westchnęła. Była ciekawa jakie myśli zaprzątają głowę Jake’a, a także Roberta. Czy może chłopcy śpią już w najlepsze. Spojrzała w stronę książki z urokami, która leżała tuż obok niej na parapecie. Do tej pory dziewczynie udało się przejrzeć 3/4 jej zawartości. Odłożyła ją na bok, ponieważ zdała sobie sprawę, że bycie tutaj w roku 1938 nie jest takie złe. To właśnie w przeszłości poznała wartościowych ludzi, nowych przyjaciół. Liv, z którą bardzo się zżyła. Zdała sobie sprawę, że tęskni za wesołą blondynka już na samą myśl, że będzie musiała ją opuścić. Rogera, z którym wedle jej obserwacji dobrze dogaduje się Jake. I Roberta, swojego najlepszego przyjaciela. Myśląc o koszykarzu zamknęła oczy i wróciła do momentu, gdy pocałowała go w wielkiej sali, w której podłoga pokryta była lodem. Nie miała wątpliwości, że chłopak jest kimś ważnym w jej życiu, a także, że pragnie, aby już zawsze przy niej był. Ale nie czuła do niego tego, co wciąż tli się w jej sercu w stosunku do Jake’a. Przez chwilę nawet zastanowiła się, czy nie pocałowała wtedy bruneta, aby wzbudzić zazdrość w synku Jack’a. Potrząsnęła głową, szybko odpędzając od siebie wszystkie te nieznośne myśli. Po raz kolejny spojrzała w niebo, w lśniące na granatowym tle gwiazdy.

-Ciekawe czy spoglądasz teraz w te same gwiazdy co ja -pomyślała o niebieskookim blondynie szczelniej otulając się kocem.

Jude po raz kolejny zamknęła powieki. Oparła głowę o ścianę, starając się oczyścić głowę. Od dawna marzyła, aby choć jednej nocy położyć się spać z czystym umysłem. Miała nadzieję, że może to właśnie jest ten dzień. Z błędu wyprowadziło ją ciche pukanie do drzwi. Wypowiedziała krótkie „Proszę”, a chwilę później w pokoju pojawił się Jake.

-Możemy porozmawiać? -zapytał wkładając dłonie do kieszeni spodni.

-Słucham -chłopak wydał się jej spięty, pokusiłaby się nawet o stwierdzenie: zdenerwowany.

-Chciałem… -wziął głęboki oddech, starając się zebrać myśli -Chciałbym… -zaczął jeszcze raz, jak na złość w jego głowie panowała kompletna pustka.

Blondyn nigdy nie przypuszczałby, że powiedzenie prawdy może okazać się takie trudne. Mimo, iż przed przyjściem do pokoju dziewczyny kilkukrotnie układał sobie scenariusze jak może wyglądać ta rozmowa, w tym momencie każdy wydawał się nieodpowiedni.

-Pokaże ci coś -obrócił się w stronę drzwi, złapał za klamkę -Chodź -dodał wyciągając dłoń w stronę czarodziejki, zachęcając ją, aby poszła z nim.

Kolejne korytarze pokonywali w milczeniu. Jude kilka razy chciała przerwać panującą między nimi ciszę. Obawiała się jednak, że swoim gadaniem spłoszy blondyna, który najwyraźniej starał się jej coś powiedzieć. Dlatego też podążała krok w krok za nim, cierpliwie czekając na wyjaśnienia.

Dziewczynę zdziwiło, gdy blondyn zatrzymał się przed pokojem Cadence. Chłopak otworzył drzwi, przepuszczając Jude przodem. Brunetka od razu zwróciła uwagę na namalowaną na ścianie zorzę. Złotą na tle granatowego nieba. Dokładnie taką sama jaką widziała podczas ulewy, gdy Jake wyciągnął ją z domu, a oboje przemokli tak bardzo, że nie było na nich ani jednej suchej nitki. Mimowolnie uśmiechnęła się do wspomnienia.

-Kiedy… -zaczęła wskazując na malunek.

-Skończyłem wczoraj w nocy -jego dłonie ponownie znalazły się w kieszeniach dżinsów.

-Ładne -z jej twarzy nie znikał uśmiech.

-Jude -zaczął niepewnie zagubiony chłopiec -Czy to, co jest między tobą, a Robertem. To na poważnie? -zapytał spoglądając jej w oczy.

-Jesteś zazdrosny? -wypaliła, sama nie wiedziała dlaczego do powiedziała.

-Zastanawiałem się… -w jego głowie pojawiły się dwa głosy.

Jeden podpowiadał mu, że nie ma prawa mówić teraz dziewczynie, że ją kocha. Szczególnie, że postanowiła ułożyć sobie przyszłość z kimś innym. Osobą, która zapewni jej stabilność, a także życie bez strachu o jutro. Drugi natomiast starał się przekrzyczeć ten pierwszy i niczym mantrę powtarzał: WALCZ O NIĄ! WALCZ, IDIOTO! Przecież ją kochasz!

-Powiedziałem ci, że nie możemy być razem. To prawda -wtrącił dość szybko drugie zdanie -Jednak zrozumiałem, że jestem gotowy, aby… -zrobił krok w jej stronę, wyjął ręce z kieszeni, a następnie ujął ramiona brunetki -Aby być egoistą -odparł z zadziornym uśmiechem, który od razu spodobał się Jude -Nie chcę, aby żadna więcej tajemnica stanęła między nami.

Zaraz potem blondyn powiedział czarodziejce wszystko to, co wcześniej wyjawił swojemu pradziadkowi. Prawdziwy powód, dla którego uważał, że nie mogą być razem. Powód, dla którego wciąż odpychał ją od siebie. Opowiedział o Jack’u, o jego chorym planie przywrócenia Cadence do życia przy pomocy „krwi dziedzica od potomków dwóch pierwszych czarodziejów”.

-Dlaczego mówisz mi o tym dopiero teraz? -chłopak wzruszył ramionami, nie potrafił znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi na pytanie Jude.

Czarodziejka natomiast spojrzała w jego niebieskie oczy i po raz pierwszy poczuła, że całkowicie się przed nią otworzył. Nigdy wcześniej nie przypuszczała, że blondyn może być wobec niej tak szczery.

-Dziękuję, że powiedziałeś mi prawdę.

Brunetka nieśmiało się uśmiechnęła. Jake podszedł do niej. Zatrzymał się tak blisko, że ich twarze dzieliły zaledwie milimetry.

-Nie jesteś mi obojętna -odparł, gdy ich czoła zetknęły się.

Prawy kącik jego ust powędrował ku górze. Czarodziejka poczuła przyspieszone bicie swojego serca, nie widziała nic poza jego niebieskimi oczyma. Poza blondynem w tym momencie nie istniał dla niej świat. A w momencie, gdy ich rozgrzane usta natrafiły na siebie nawzajem, przestało istnieć także pojęcie czasu.

-Jake -brunetka położyła dłonie na jego torsie, zaraz potem zmuszając do wykonania kroku w tył.

-Chodzi o Roberta?

-Nie -odparła dość szybko -Boję się. że za chwilę znów wyskoczysz z tekstem: Nie możemy być razem. Zrobisz mi nadzieję i mnie zostawisz.

Jej wzrok nie potrafił przekroczyć bariery podłogi. Obawiała się, że gdy tylko spojrzy w jego piękne niebieskie oczy zapomni o tym jak bardzo cierpiała, gdy odtrącił ją po raz pierwszy. Nie miała do siebie zaufania. Bała się, że gdy tylko ich spojrzenia ponownie się spotkają, ona mimo wszystko wpadnie w jego ramiona.

-Nie popełnię drugi raz tego samego błędu -objął ją rękoma, przyciągnął do siebie -Przepraszam -wyszeptał składając pocałunek na czubku jej głowy -Nie wiesz nawet jak bardzo tego żałuję.

-Obiecujesz? -zapytała czując jak ciepłe łzy płyną po jej policzkach.

-Jack, Klaus. Nieważne z kim przyjdzie nam się zmierzyć. Wygramy -otarł dłonią słone kropelki z jej twarzy -Kocham cię -dodał składając na jej ustach pocałunek.

Czarodziejka założyła mu dłonie na szyi. Mocno do niego przylgnęła. Tak długo czekała na tę chwilę. W pewnym momencie przestała już wierzyć, że kiedykolwiek będzie to możliwe. Smak jego ust, ich ciepło. Nie mogła się oprzeć. Poczuła jego dłonie na swoich pośladkach. Marzyła, aby każdego dnia o każdej sekundzie mogła spoglądać w jego niebieskie oczy. W tym momencie chciała ponadto czuć jeszcze jego oddech na swojej szyi, dotyk jego dłoni. Jego bliskość.

Pomogła blondynowi zdjąć koszulkę. Zagubiony chłopiec odrzucił ją na bok. Jude po raz kolejny mogła przyjrzeć się wytatuowanemu torsowi Jake’a. Palcem przejechała od jednego tatuażu do drugiego, zatrzymując się na kompasie.

-Nicki… -blondyn przechylił głowę w taki sposób, aby wymusić po raz kolejny spojrzenie na dziewczynie.

-Jest pięknym wspomnieniem -przeczesał palcami jej kasztanowe włosy -Jednak to bez ciebie u boku nie wyobrażam sobie kolejnego dnia -dziewczyna skinieniem głowy dała mu znać, aby kontynuował.

Blondyn przycisnął ją do ściany, całując każdy kawałek jej rozgrzanego ciała począwszy od miejsca za uchem na szyi, zatrzymując się przy obojczyku. Ona natomiast dość sprawnie pozbyła się jego paska od spodni.

-Zorza? -zapytała, gdy i jej dżinsy znalazły się na ziemi, a Jake przycisnął ją mocniej do ściany, tuż po tym jak uwolnił jej piersi z niewoli stanika.

Chłopak spojrzał na nią poprzez przymrożone oczy.

-Farba już wyschła? Szkoda byłoby gdyby się zniszczyła -odparła pochylając się w jego stronę, a następnie delikatnie przygryzając jego dolną wargę.

-W razie czego namaluję dla ciebie kolejną, a nawet dwie -po tych jego słowach Jude pozbyła się ostatniej części swojej garderoby, ponownie zarzuciła blondynowi dłonie na szyje, przyciągając go do siebie, a następnie wyszeptała do ucha: „W takim razie na co czekasz”.

Jake złapał ją za biodra, a następnie powoli w nią wszedł. Z ust dziewczyny wydobył się jęk rozkoszy. Wbiła paznokcie w jego plecy. Blondyn delikatnie zacisnął swoją dłoń na jej lewym nadgarstku, a następnie uniósł go ponad jej głowę. Czarodziejka wolną ręką delikatnie muskając opuszkami jego skórę przemieściła się od połowy pleców w górę wzdłuż jego kręgosłupa, ostatecznie zatapiając palce w jego blond włosach, podczas gdy on pogłębiał kolejne pchnięcia.

PS. Nie jestem dobra w pisaniu tego typu scen. W sumie to jestem beznadziejna. Przywykłam raczej do rozpisywania różnego rodzaju intryg czy zagadek kryminalnych. No, ale w końcu musiało do tego dojść między tą dwójką. Opublikowałam mimo wielu wątpliwości, kilkukrotnie chcąc wykasować wszystko w dół od momentu „Pomogła mu zdjąć koszulkę”. Przepraszam Was za męki, przez które musieliście przebrnąć czytając drugą część :P
Przepraszam także za błędy i literówki, skorzystałam z dość luźnego wieczoru w pracy, a nie mamy tutaj żadnego sensownego edytora tekstu.

Pozdrawiam :*

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 23

PORWANA, część 23

Jude z otwartą na właściwiej stronie gazetą w ręku pokonała w pośpiechu korytarze w pałacu rodziny McGhartów. Wpadła do pokoju Jake’a, bez żadnego pukania, bez „dzień dobry”. Przechodząc od razu do rzeczy.

-Musimy pogadać!

Wyrwany ze snu chłopak gwałtownie poderwał się z łóżka. Przyjął pozycję siedzącą, kładąc bose stopy na podłodze. Jedną z dłoni oparł o materac dla zachowania równowagi, drugą przetarł twarz.

-Co się stało? -zabrzmiał jego zaspany głos, całą swoją świadomość starł się ponad wszystko skupić na czarodziejce.

-To się stało! -podeszła do niego, podała mu gazetę -Ty to narysowałeś…

Blondyn spojrzał najpierw na czasopismo, potem na dziewczynę. Bodźce zewnętrzne wciąż powoli do niego docierały, prawie całą noc spędził kończąc malunek na ścianie przyszłego pokoju Cadence. Położył się do łóżka może dwie godziny przed tym jak czarodziejka wpadła do jego pokoju. Skinieniem głowy zgodził się z brunetką.

-Widziałam taki sam w swoim śnie -jej wzrok skupił się na jego nagim torsie, wtedy też dostrzegła tatuaż po lewej stronie klatki piersiowej identyczny z rysunkiem, który znajdował się w gazecie -Co oznacza? -wskazała na mały kompas, jednocześnie zastanawiając się dlaczego nie widziała go wcześniej. Ostatnio, gdy blondyn był bez koszulki, a gdy przypadkowo na niego wpadła, gdy wychodził z łazienki, przypomniała sobie, że jej uwagę przykuł napis na linii żeber, a nim zdążyła zainteresować się jakimś innym chłopak założył koszulkę.

-Usiądź -westchnął zastanawiając się od czego powinien zacząć -Ten kompas to pewnego rodzaju pamiątka po Nicki -wypowiedział te słowa, gdy czarodziejka zajęła miejsce na łóżku obok niego -Po raz pierwszy narysowałem identyczny kompas na nadgarstku Nicki czarnym wodoodpornym markerem -uśmiechnął się do wspomnień, przypominając sobie radość goszczącą na twarzy jego ukochanej -Miał jej wskazywać drogę mojego serca -rozejrzał się po pokoju, na stosie książek dostrzegł długopis, sięgnął po niego -Pozwolisz? -zapytał łapiąc za lewą rękę dziewczyny, Jude niepewnie przytaknęła.

Odwrócił się w stronę brunetki w taki sposób, że siedzieli naprzeciwko siebie. Następnie na jej nadgarstku narysował kółko, a w nim strzałkę skierowaną w stronę jego serca. Zaraz potem podał długopis Jude.

-Nicki dopisała kierunki -dziewczyna początkowo tylko mu się przyglądała, nie rozumiejąc po co jej to wszystko mówi -Zrób to -ponaglił ją, czarodziejka na górze kółka umieściła literę N, na dole S, po prawej stronie E, a po lewej W.

-Północny-wschód -odparła przyglądając się malunkowi na ręce.

-Malowałem to zawsze, gdy za nią tęskniłem. W książkach lub zeszytach, gdy siedziałem na zajęciach. Na kartonie po płatkach, gdy jadłem w domu śniadanie. Wtedy w bibliotece -blondyn głową wskazał na gazetę -Patrzyłem na ciebie i Roberta -zrobił krótką przerwę spoglądając jej w oczy -Pomyślałem o Nicki -wzruszył ramionami.

-Jak ten rysunek znalazł się w książce Jack’a? Co ważniejsze w jakiej książce? -zapytała zakrywając rękawem białego sweterka malunek Jake’a na swoim nadgarstku.

-Nie mam pojęcia -blondyn w myślach dodał: „Mój ojciec nigdy się mną nie interesował. Nigdy nie pytał co robię całymi wieczorami w pracowni”

-A jednak narysowany przez ciebie kompas na małej żółtej karteczce z słowami: „Nie była już więźniem obcego lądu” jakoś znalazł się na 123 stronie w niebieskiej książce, która może być naszą jedyną szansą powrotu do domu.

-”Nie była już więźniem obcego lądu”? -McGhart zmrużył oczy, cofając się w myślach do tylko sobie znanego momentu w przeszłości.

-Coś ci to mówi? -zapytała z nadzieją w głosie.

Jake potarł dłonią brodę, zaraz potem wstał z miejsca. Obok Jude, po drugiej stronie szczytu łóżka, przewieszone były dżinsy. Blondyn sięgnął po nie, na chwilę znalazł się, w ocenie czarodziejki, w niebezpiecznie bliskiej odległości. Myśli mimowolnie zaczęły uciekać jej z głowy, jedna po drugiej. Potrząsnęła głową, mobilizując mózg do skupienia się na odnalezieniu książki, a nie na ciele McGhart’a. Chłopak wsunął na siebie spodnie, zaraz potem ponownie rozejrzał się za czymś po pomieszczeniu.

-Gdy byłem w ostatniej klasie liceum otrzymaliśmy zadanie, aby ustosunkować się do lubianej przez nas książki w odniesieniu do poszukiwania szczęścia -wyjaśnił odnajdując koszulkę pośród książek, kilku talerzyków, szklanek, a także kilku innych rozłożonych na podłodze wokół łóżka rzeczy -Wybrałem „Czarnoksiężnika z krainy Oz”. Odrabiałem pracę domową w gabinecie Jack’a, przy jego biurku. Ojciec niespodziewanie pojawił się, kazał mi wyjść. Musiałem przez przypadek wtedy tam ją zostawić.

-Daje nam to odpowiedź na pytanie jak znalazła się w książce Jack’a. Wciąż nie wiemy w jakiej. Chyba, że wiemy? -dodała wpatrując się prosto w niebieskie oczy Jake’a.

-Przykro mi -na powrót usiadł obok niej -Chciałbym ci pomóc, ale nie potrafię.

Dziewczyna wysiliła się na uśmiech, założyła kosmyk włosów opadający na czoło za ucho, następnie wstała i skierowała się w stronę wyjścia.

-Jude -zabrzmiał jego niepewny głos, czarodziejka spojrzała w jego stronę.

-Tak? -odpowiedź nie padła od razu.

-Znajdziemy sposób na powrót do domu -odparł po dłuższej chwili.

***

Dziewczyna przemierzała korytarz z ogarniającą jej duszę pustką. Była zła na siebie. Przez chwilę miała nadzieję, że Jake powie, że mu na niej zależy zamiast „uda nam się, wrócimy do domu”. Nie wiedziała po co wciąż robiła sobie nadzieję. Nie rozumiała też dlaczego chłopak powiedział jej o kompasie, o Nicki i tym wszystkim, o czym równie dobrze mogłaby nie wiedzieć.

Gdy Jude wróciła do kuchni, przy stole siedział Robert. Na blacie przed nim leżał chleb, masło, a także ser, dżem i kilka innych nieodłącznych przy śniadaniu „rzeczy”, w tym kubek z aromatycznym czarnym napojem, z którego wciąż unosiła się para.

-Kanapki z dżemem?

-Chętnie -usiadła na krześle naprzeciwko bruneta.

-Co powiesz na spacer po śniadaniu? -zapytał smarując kromkę chleba masłem.

-Właśnie miałam wam zaproponować wspólne spędzeni czasu! -do kuchni wpadła uradowana Olivia, ciągnąc za sobą swojego ukochanego -Należy wam się trochę rozrywki! Roger -lekkim skinieniem głowy nakłoniła chłopaka, aby przemówił.

-Liv ma rację -dziewczyna zarzuciła mu ręce na szyję, zaraz potem skradając mu buziaka.

-Czemu nie -Robert spojrzał na czarodziejkę unosząc brwi ku górze i przechylając głowę na bok.

-To jak chcecie spędzić wolne przedpołudnie?

Dobrą godzinę później wszyscy znaleźli się w sali równie ogromnej jak biblioteka rodziny McGhart. Podłoga w pomieszczeniu pokryta została przez Rogera za pomocą magii warstwą lodu. Robert siedział na krześle w samym progu wiążąc sznurowadła łyżew, obok niego stała Liv z szerokim uśmiechem na twarzy spokojnie tłumacząc Jake’owi, że będzie się dobrze bawił.

-Posiedzę w bibliotece i poszukam książki -ręce miał założone na piersi.

-Choć raz mógłbyś poczuć ducha zabawy, wiecznie cierpiący chłopcze -Jude podała blondynowi parę łyżew, nic więcej nie mówiąc skierowała się w stronę koszykarza, usiadła mu na kolanach i zabrała się za przygotowania do jazdy na lodzie.

-Zaprzepaściłem u niej swoją szansę -przyglądał się uśmiechniętej od ucha do ucha czarodziejce -Chciałem jej powiedzieć, że jest dla mnie ważna. Ale stchórzyłem…

-Chyba nie zamierzasz się poddać? Pokaż jej, że ci zależy -Liv puściła oczko do swojego wnuka, zaraz potem złapała go za rękę i pociągnęła w stronę „domowego” lodowiska.

-Nigdy nie jeździłem na łyżwach -odparł cierpiący chłopiec, robiąc przy tym nie tęgą minę.

-To proste, szybko się nauczysz.

Chwilę później dołączyła do nich Jude z Robertem. Dziewczyna bardzo dobrze radziła sobie z jazdą na łyżwach, wielokrotnie z Lucy, swoją przyjaciółką, jeździła po wyłożonym gładką kostką brukową osiedlu na rolkach. Koszykarz nie był wcale gorszy, przemierzali pokój od jednego końca do drugiego, ramię w ramię. Brunet urozmaicał czarodziejce czas różnymi zabawnymi opowieściami, między innymi o tym jak wraz ze znajomymi wybrał się na wycieczkę samochodem po kilku większych okolicznych miastach i jak jeden z nich, siedzący na fotelu pasażera z mapą w ręku, powiedział: „na tej krzyżówce w prawo” kiedy to znajdowali się na pasie do skrętu w lewo. Cała reszta przyjaciół zawtórowała pilotowi powtarzając kolejno: „w prawo”. Tak więc Robert wykonał manewr zgodnie z poleceniem, gdy ich znajomy z przedniego fotela odparł: „nie w to prawo!”. Jude zaśmiała się radośnie.

-Kto pierwszy po drugiej stronie? -zapytała dziewczyna zadziornie spoglądając na bruneta.

Chłopak skinął głową. Oboje ruszyli przed siebie. Każde dając z siebie jak najwięcej. Gdy niespodziewanie Robert stracił równowagę i upadł na lód. Nieszczęśliwie raniąc sobie przy tym łyżwą na prawej nodze podudzie lewej.

-Robert! -krzyknęła czarodziejka natychmiast znajdując się przy chłopaku.

Zaraz potem do koszykarza podbiegała pozostała trójka. Roger wyszeptał zaklęcie. Rana powstała w sposób naturalny, bez użycia czarów. Dlatego postanowił ją magicznie uleczyć. Nic takiego jednak się nie stało. Gdy miał wypowiedzieć zaklęcie jeszcze raz, powstrzymała go Jude.

-Robert jest odporny na magię. Potrzebne będą bandaże -Liv na te słowa skinęła głową i popędziła w stronę kuchni, w której w małej szafce przy zlewie trzymała różnego rodzaju leki, a także apteczkę.

-Jest odporny na magię? -czarodziej zmarszczył czoło, uważnie przyglądając się to Jude, to wnukowi.

-Tak -wtrącił się z grymasem bólu na twarzy koszykarz, gdy lepka ciecz ściekająca po jego skórze w miejscu, gdzie jeansy zostały rozcięte, częściowo wsiąkała w materiał spodni, częściowo kapała na lód barwiąc go na szkarłatny kolor.

-Skoro jest odporny na magię to twój ojciec nie mógł go wysłać za pomocą zaklęcia w przeszłość -Roger spojrzał na blondyna.

-Szukamy książki z zaklęciami… -zaczął Jake drapiąc się za uchem -W niej nie znajdziemy odpowiedzi -czarodziej przytaknął mu skinieniem głowy -Urok?

-Urok -zawtórował mu pradziadek.

-Poszukam książki. Jude, pomożesz mi? -cierpiący chłopiec spojrzał na czarodziejkę.

-Idź. Liv zaraz wróci z bandażami, załata mnie i dołączymy do was -koszykarz nie widział sensu, aby wszyscy stali nad nim i czekali na blondynkę, podczas gdy mogli zająć się czymś znacznie bardziej użytecznym.

-Wrócimy do domu -Jude spojrzała na Roberta, a zaraz potem pocałowała go. To był impuls. Nie wiedziała dlaczego to zrobiła, ale ciszył ją fakt, że to się wydarzyło. Zawsze mogła liczyć na bruneta, zawsze ją wspierał. Bycie z nim wydawało się jej proste, bez dramatów, ciągłych kłótni, a co najważniejsze bez tajemnic i kłamstw.

PS. Dodałam kilka zdjęć do zakładki „bohaterowie” ;)

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 22

PORWANA, część 22

Jude wróciła do biblioteki z talerzem pełnym kanapek. W momencie, w którym weszła do pomieszczenia Robert leżał na wznak na podłodze co chwilę wzbijając w powietrze zgnieciony w kulkę kawałek kartki. Jednocześnie dodając komentarze w stylu: „Zawodnik z numerem jedenaście trafia zwycięski rzut z odległości 6,5 metra” przy pierwszym wzbiciu w powietrze papierowej piłki oraz „Don przechwytuje piłkę, podaje między nogami do Roberta, a ten kończy pewnie spod kosza” przy drugim. Zaraz potem kątem oka dostrzegł dziewczynę. Odłożył swoją zabawkę na bok i przyjął pozycje siedzącą.

-To koniec drugiej kwarty, zawodnicy udają się do szatni, gdzie odpoczną -dodała z uśmiechem na twarzy czarodziejka siadając koło bruneta -Smacznego!

-Tobie także należy się chwila przerwy -koszykarz rozwinął zgniecioną kartkę, dłonią nieco przygładził, a następnie przedarł na pół.

-Miałam już swoje 15 minut daleko od książek -mówiąc to wskazała na kanapki.

-To się nie liczy -odparł rozglądając się dookoła, zaraz potem gwałtownie podrywając się z miejsca -Zagramy w „Zgadnij kto” -dodał wracając na miejsce z długopisem w ręku.

-W co?

-Ja wymyślę postać dla ciebie, natomiast ty dla mnie. Trzymaj -podał jej kawałek pomiętej kartki i przyrząd do pisania.

-Co to ma być za postać? -zapytała próbując podejrzeć co pisze.

-Nie podglądaj! -zaprotestował zakrywając dłonią swoją kartkę, jednocześnie robiąc przy tym minę pokrzywdzonego dziecka -Możesz wymyślić sobie postać jaką tylko chcesz. Może to być prawdziwa osoba żyjąca tu i teraz albo historyczna. Możesz wybrać sobie jakąś z bajki lub baśni -Jude zmarszczyła czoło, a zaraz potem szybko zapisała coś na papierze.

-I co teraz?

-Teraz -ponownie rozejrzał się po pomieszczeniu -powinniśmy sobie przykleić te kartki wzajemnie do czoła.

-Do czoła? -dziewczyna zrobiła wielkie oczy -Czemu do czoła?

-Takie są zasady gry -na jego twarzy pojawił się uśmiech od ucha do ucha -Zasady gry rzecz święta, nie wolno ich podważać.

-Skoro tak mówisz -czarodziejka wzięła głęboki oddech, wyciągnęła przed siebie dłoń, wyszeptała krótkie zaklęcie, a chwilę później trzymała w dłoni samoprzylepne karteczki -Myślę, że lepiej nadają się do tej twojej gry.

-Zdecydowanie -obje zapisali swoje postacie tym razem na wyczarowanych przez dziewczynę żółtych kawałkach papieru z warstwą kleju.

-Głupio się czuję -czarodziejka zwróciła wzrok ku czołu.

-Tak też wyglądasz -zaśmiał się, brunetka nie zastanawiając się uderzyła go pięścią w ramię, a usłyszawszy jego „ała” także wybuchła gromkim śmiechem.

-I co teraz?

-Teraz musisz zadawać mi pytania, a ja mogę na nie odpowiadać tylko „tak” lub „nie”.

-Jakie pytania?

-Ja zacznę, dobrze? -Jude przytaknęła -Czy moja postać jest prawdziwa?

-Tak -dziewczyna dodatkowo dla potwierdzenia skinęła głową.

-Czy to postać żyjąca współcześnie?

-Współcześnie teraz czy współcześnie dla nas -czarodziejka wytknęła do niego język.

-W czasach, z których pochodzimy -dodał teatralnie przewracając oczyma.

-Nie.

-Teraz twoja kolej -koszykarz wskazał na nią dłonią.

-Czy jestem prawdziwą postacią?

-Nie -na twarzy chłopaka pojawił się szeroki uśmiech -Czy moja żyje w 1938 roku?

-Dlaczego teraz ty zadajesz pytanie? -nie rozumiała dlaczego on mógł zadać jej dwa pytania, a ona mu tylko jedno.

-Pytania zadajesz dopóki uzyskujesz w odpowiedzi „tak”.

-Nie, twoja postać nie żyje też w tych czasach -czarodziejka zaprezentowała mu swoje ząbki, dumna z tego, że udało jej się wyprowadzić go w pole.

-Zrobiłaś to specjalnie -pokręcił głową na boki, zaraz potem pochylił się w jej stronę i zaczął ją łaskotać.

-Nie! Robert! -krzyknęła między kolejnymi falami śmiechu i próbami złapania oddechu -Proszę! Robert przestań! -z oczy płynęły jej łzy.

-Tylko jeżeli otrzymam dodatkowe pytanie! -ani na chwilę nie przestawał jej łaskotać.

-Nie ma mowy! -szybko pożałowała swoich słów, otrzymując w zamian dodatkową porcję tych okrutnych tortur.

-Dobra, zgadzam się! -krzyknęła nie widząc innego sposobu na ratunek.

Kolejnych 20 minut spędzili zadając sobie wzajemnie kolejne pytania. Bawiąc się przy tym jak dzieci, co chwila wybuchając śmiechem, a także przekomarzając się. Robertowi udało się jako pierwszemu odgadnąć postać jaką przygotowała dla niego Jude.

-Wygrałeś tylko dlatego, że oszukiwałeś! -dziewczyna założyła ręce na piersi.

-Nie oszukiwałem!

-Wymusiłeś na mnie dodatkowe pytanie!

-Zgadłem Marie Skłodowską Curie jakieś 20 pytań przed tym jak ty zgadłaś misia Yogiego.

-Na pewno nie 20!

tumblr_no2dxq27KH1uomshlo1_1280
(Podobają mi się te zdjęcia, pasują do sytuacji -są śmieszne :D)

***

Olivia zauważyła sylwetkę blondyna znikającą za drzwiami pokoju, przy którym wpadła na niego dzień wcześniej. Zastanowiło ją dlaczego chłopak tak bardzo interesował się tym pomieszczeniem. Dlatego też skierowała tam swoje kroki. Gdy przekroczyła próg na ścianie naprzeciwko dostrzegła namalowaną złotą zorzę na tle granatowego nieba. Malunek zachwycił ją, stała przez chwilę tylko mu się przyglądając.

-Artysta -odparła robiąc krok w kierunku niedokończonego napisu -Możemy by…

-Możemy być bohaterami tylko przez jeden dzień -odparł odkładając na bok pędzel wcześniej zanurzony w białej farbie.

-Dlaczego tylko przez jeden dzień?

-To fragment piosenki -wytłumaczył rozmazując wskazującym palcem prawej ręki emulsję za uchem.

-Ale dlaczego tylko przez jeden dzień? -naciskała Liv -W czasach, z których pochodzisz nie macie pełnoetatowych bohaterów? Zorro? Robin Hood? Supermen, nieśmiały reporter obdarzony nadludzkimi umiejętnościami?* -mówiąc to podała mu chusteczkę, aby wytarł sobie ślady farby zza ucha -Ich raczej nie nazwiesz bohaterami tylko jednego dnia.

-Bo tylko na jeden dzień udało nam się ukraść czas… -Jake westchnął przypominając sobie tych kilka cudownych chwil z Jude nim zostali przeniesieni w przeszłość.

-W miłości masz prawo być egoistą. Bądź zachłanny, ukradnij więcej -dodała z przebiegłym uśmiechem na twarzy -Słuchaj rad starszych.

-Starszych? Ile ty masz lat 22? -Jake zmarszczył czoło, był starszy od swojego pradziadka, musiał być też starszy od Olivii.

-Kobiety o wiek się nie pyta! -zagrzmiała blondynka, zaraz potem krzyżując ręce na wysokości piersi, a także unosząc podbródek ku górze, chcąc dać znać swojemu towarzyszowi, że jest zniesmaczona i co najmniej oburzona jego zachowaniem.

-Przepraszam -chłopak zmrużył oczy, nie chciał sobie robić wroga ze swojej prababki.

-Kim ona jest? -Liv ciężko westchnęła, a następnie wyrwała mu z dłoni chusteczkę, nie mogąc już dłużej patrzeć na jego nieudolne próby pozbycia się małej plamy farby z szyi, która swoją drogą zaczęła już wysychać, więc wzięła sprawy w swoje ręce.

-Kto?

-Ta dziewczyna, z którą udało ci się ukraść tylko jeden dzień.

-To nie ma znaczenia, bo nie możemy być razem -wyjaśnił, gdy Liv odłożyła na bok chusteczkę, zadowolona z siebie i nieskalanego obecnością emulsji skrawka skóry za jego uchem, on potem usiadł na plastikowym pojemniku po granatowej farbie.

-Bzdury gadasz! -Olivia rozejrzała się dookoła, pod oknem leżało białe prześcieradło, pod którym ukryte były wcześniej wszystkie te przybory malarskie, a obok którego stał mały taborecik -Jak dwie osoby się kochają to nic nie może przeszkodzić ich miłości -dodała siadając na krzesełku obok blondyna.

-Bycie ze mną oznacza dla niej życie w obawie o przyszłość. Ciągłą ucieczkę.

-Nie jest na to gotowa? -Liv założyła nogę na nogę, równocześnie podpierając brodę na dłoni, skupiając się na słowach chłopaka.

-Nie chcę tego dla niej. Zasługuje na coś lepszego…

-Dlaczego decydujesz za nią? -wpadła mu w słowa blondynka -Może jest na to wszystko gotowa. Miłość wymaga poświęceń -Liv przechyliła głowę na bok.

-Myślisz, że łatwo mi patrzeć jak spędza czas z Robertem.

-Czyli mówimy o Jude -Olivia ożywiła się na te słowa, podekscytowana podskoczyła na stołku złączając dłonie razem z pojedynczym klaśnięciem.

-Ona nie może się o tym dowiedzieć -Jake zaprotestował łapiąc ją za ręce, a także wymuszając na niej spojrzenie.

-Nie może dowiedzieć się o tym, że ją kochasz czy o tym, że podjąłeś za nią decyzję odnośnie jej przyszłości? -na jej czole pojawiły się bruzdy.

-Gdy tak o tym mówisz, czuję się tak jakbym to ja był tym złym.

-Mogę już nic nie mówić, ale gwarantuję ci, że twoje postępowanie będzie nadal tak samo niemądre jak wcześniej…

-Nazwałaś mnie niemądrym?

-Nie chciałam nazywać wnuka głupim. Posiadasz przecież moje geny -Liv zaśmiała się, Jake natomiast spojrzał na nią zdziwiony.

-Skąd wiesz, że jestem twoim wnukiem?

-Nie miałam pewności, aż do teraz -przygryzła dolną wargę -Ja i Roger, jesteśmy parą. Byłam ciekawa czy pisana jest nam wspólna przyszłość.

-Sprytnie -chłopak z uznaniem pokiwał głową -Jak on z tobą wytrzymuje?

-Kocha mnie -dziewczyna z bananem na twarzy wzruszyła ramionami -Jeżeli kochasz Jude to walcz o nią. Walcz o swoją przyszłość z nią. Tak jak ja walczę o swoją z Roger’em. Wiesz jakie piekło przechodzę z jego rodzicami. Myślisz, że łatwo przebywać w towarzystwie Violet, tej suki, którą wybrali dla niego jako jego przyszłą żonę? Wszystkie te koszmarne obiady, docinki jego matki. Ale wiem, że mam w nim wsparcie. Jest moim bohaterem za każdym razem jak staje w mojej obronie wobec swoich rodziców.

-To co mówisz brzmi pięknie. Ale jego rodzice tylko ciebie nie lubią, mój ojciec jest nieobliczalny i ma już na rękach krew.

-Pozwól jej decydować o sobie -Liv położyła swoją dłoń na jego ramieniu -Tłumaczenie, że robisz to dla jej dobra nie jest żadnym tłumaczeniem -westchnęła kiwając na boki głową.

***

Jude nim położyła się spać zasłoniła kocem okno w pokoju, licząc, że tym razem nie obudzą jej promienie słońca i otrzyma minutę snu więcej. We śnie widziała małą karteczkę. Podobną do tej, którą wyczarowała dla siebie i Roberta, gdy grali w „Zgadnij kto”, jednak bez paska kleju po drugiej stronie. Nie była to jednak taka zwykła karteczka, coś się na niej znajdowało. Nie wiedziała czy to jakiś symbol, a może litera. Cokolwiek to było rozmyło się w jedna wielką niewyraźną plamę, gdy dziewczynę obudziło pukanie do drzwi.

-Proszę -odparła odgarniając włosy z czoła.

Do pokoju weszła Liv, w jednej ręce trzymała czarny kask, a w drugiej brązowe spodnie i białą bluzkę zapinaną na pod szyję na wiele malutkich guzików. Sama była ubrana w strój typowy do jazdy konnej. Czarne bryczesy, czarna koszulka, oficerki i niczym wisienka na torcie czerwona marynarka. Włosy miała starannie spięte w kitka, a uśmiech ani na chwile nie znikał z jej twarzy.

-Wybieramy się na przejażdżkę konno -blondynka odparła pełnym entuzjazmu głosem.

-Czy nie mówiłam ci przypadkiem, że boję się koni -Jude zmrużyła oczy.

-Ktoś musi was dzieci nauczyć, że powstrzymuje was tylko strach przed porażką…

-Słucham? -wypaliła czarodziejka nie wierząc w to, co właśnie usłyszała.

-Czego się boisz? -Liv położyła ubrania na łóżku, zaraz potem ściągnęła koc z okna.

-Że spadnę z konia i się połamię? -Jude demonstracyjnie rozłożyła dłonie.

-A co z przyjemnością wiążącą się z samej jazdy na koniu? Uczuciu wolności, gdy siedzisz w siodle i brniesz przez las nieskalany ludzką obecnością.

-Ale czy ta chwila jak ją nazwałaś „wolności” -dziewczyna palcami wykonała w powietrzu cudzysłów -Warta jest ryzyka utraty życia?

-A czy miłość nie jest warta ryzyka?

-Słucham? -Jude po raz kolejny zamurowało, stała z otwartymi ustami przyglądając się Liv, w tym momencie nie było ją stać na żadne słowa.

-Miłość. Wolność. To jedno i to samo -Olivia radośnie klasnęła w dłonie.

-Miłość nie wyrzuci mnie z siodła i nie sprawi, że wyląduje w szpitalu z połamanymi kończynami.

-Jesteś tego pewna? -spojrzenia dziewczyn się spotkały, żadna nie zamierzała odpuścić.

-Cokolwiek brałaś, nie bierz tego więcej! Nie wsiądę na konia. Koniec dyskusji! -czarodziejka nałożyła na swoją piżamę biały ciepły sweterek -Idę zjeść śniadanie -w pośpiechu nałożyła na nogi ciepłe kapcie za kostkę, wyszła z pokoju i skierowała się do kuchni. Nie była w nastroju do żartów, ponownie jej sen urwał się zbyt szybko przez co jej powrót do domu po raz kolejny został odwleczony w czasie.

-Cześć -w pomieszczeniu przy stole z kubkiem kawy w ręku siedział Roger.

-Twoja dziewczyna od samego rana próbuje mnie zabić -brunetka przebrnęła przez pomieszczenia zatrzymując się przy lodówce, z której wyciągnęła mleko.

-Co takiego? -chłopak gwałtownie obrócił się w stronę czarodziejki.

-Bredzi coś o wolności, miłości i próbuje posadzić mnie na koniu.

-Nie rozumiem co to ma wspólnego z próbą zabicia cię? -spojrzał na nią niczym na wariatkę, tymczasem Jude skończyła wsypywać do miseczki płatki owsiane.

-Konie to niebezpieczne zwierzęta! Są duże i wyrzucają ludzi z siodła od tak, bo mają taki kaprys. Kto tak robi?

-Konie z psychopatycznymi zapędami? -słowa Rogera zabrzmiały dość poważnie, jego mina również taka była.

-Zabawny jesteś -odparła, gdy ostatecznie czarodziej nie wytrzymał i wybuchł śmiechem.

-Liv lubi pomagać ludziom. Na przykład pokonywać ich lęki… -mówiąc się starał ważyć słowa, czując na sobie mordercze spojrzenie brunetki.

-Nie potrzebuje pomocy w pozbyciu się lęku przed końmi. W zupełności wystarczy, że będę omijać je szerokim łukiem -w momencie, gdy Jude wypowiadała te słowa jej uwagę po raz kolejny przykuła gazeta na szafce przy zlewie. Tym razem wzięła ją do ręki, po czym zaczęła przewracać strony. Jedną za drugą w poszukiwaniu, tego co zapisał czy narysował w niej Jake. Nie wiedziała dlaczego, ale coś kazało jej to sprawdzić. Przeczucie, które nie dawało jej spokoju za każdym razem, gdy w zasięgu jej wzroku znajdowało się to czasopismo. W końcu natrafiła na właściwą stronę, w wolnym od tekstu miejscu, między czarno-białymi zdjęciami, znajdował się rysunek. Mały kompas wskazujący na północny-wschód. Nagle obraz z jej snu, mała karteczka i to, co się na niej znajdowało stało się niezwykle wyraźne.

-To jest to! -krzyknęła uradowana dziewczyna -Widziałeś Jake’a? -Roger pokiwał przecząco głową, zaraz potem Jude wybiegał z kuchni, skierowała swoje kroki prosto do pokoju blondyna.

*Znalazłam w internecie, że Supermen po raz pierwszy pojawił się w magazynie „Action Comics vol. 1#1” w czerwcu 1938 :P

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 21

Cześć,
przepraszam za swoją długą nieobecność. Narobiłam sobie bałaganu w życiu, a od zawsze wolałam odkładać sprzątanie na później, licząc, że porządek jakimś cudem sam się zrobi, niż zająć się tym od razu. Dlatego sama sobie dość mocno pokomplikowałam sprawy. Mam jednak nadzieję, że udało mi się uporządkować wszystko na tyle, aby wejść w Nowy Rok bez brudów starego. Wam także życzę, aby 2016 był lepszy i przyniósł same sukcesy :) I aby nie zabrakło weny! :D

PORWANA, część 21

Jude siedziała na podłodze w pokoju, który w przyszłości będzie gabinetem Jack’a. Obecnie pomieszczenie zawalone było różnej wielkości kartonami podpisanymi w większości „gabinet”, a w kilku przypadkach „salon”. Zgodnie z tym co powiedział Roger, to tutaj jego ojciec planował urządzić sobie coś na kształt biura. Wcześniej pokój ten był przedłużeniem biblioteki, znajdowały się tutaj półki pełne książek, dla których udało się jednak znaleźć miejsce na wzniesionych ku sufitowi regałom. Obok dziewczyny, plecami wsparty o obite w zielono-złoty materiał krzesło z staranie rzeźbionym oparciem, a także oparciami na ręce, siedział Robert. Na przeciwko nich znajdował się Jake. Blondyn miał przed sobą gazetę, w której z zaangażowaniem mazał coś niebieskim długopisem.

-Więc Liv to twoja prababka? -Robert starał się ułożyć sobie w głowie to, co właśnie opowiedziała mu Jude.

-Tak -odparł młody McGhart ani na chwilę nie odrywając się od swojego zajęcia.

-Podrywałeś swoją prababkę -wypalił brunet przypominając sobie jak jego kolega zagadywał do dziewczyny w pociągu.

-Nie podrywałem. Byłem dla niej miły -blondyn spiorunował go spojrzeniem -Chyba chciałaś nam o czymś powiedzieć -Jake zwrócił się bezpośrednio do czarodziejki kompletnie ignorując koszykarza.
Dziewczyna miała nadzieję podejrzeć co rysuje McGhart, jednak chłopak w momencie, gdy pochyliła się lekko do przodu złożył gazetę w pół, a następnie odsunął ją na bok.

-W moim śnie widziałam Jack’a -zaczęła niepewnie zakładając włosy za prawe ucho -Siedział u siebie w gabinecie, przy swoim biurku. W dłoniach trzymał bransoletkę. Tę samą, którą kiedyś dałeś Nicki -nawiązała kontakt wzrokowy z synem czarnoksiężnika, nie mogąc jednak zbyt długo wpatrywać się w jego niebieskie oczy, szybko skierowała spojrzenie na jakże interesującą białą ścianę za nim -Wymawiał chyba jakieś zaklęcie. Ale mimo, iż starałam się wyłapać poszczególne słowa, nie udało mi się.

-Co jeszcze widziałaś? -brnął dalej w temat Jake.

-Książka miała niebieską okładkę, otwarta była na 123 stronie.

-Czyli niebieska książka jest naszym biletem do domu? -tym razem pytanie padło z ust Roberta.

-Prawdopodobnie -czarodziejka wzruszyła ramionami, na co blondyn mimowolnie się uśmiechnął.

-Coś nie tak? -zapytała nie rozumiejąc jego rozbawienia.

-Wszystko w jak najlepszym porządku -przygryzł dolną wargę, powstrzymując śmiech -Pamiętasz może jeszcze jakiś szczegół? -odparł drapiąc się za uchem, równocześnie starając się wpaść na jakiś sensowny pomysł umożliwiający im znalezienie księgi -Niebieskich książek jest mnóstwo w bibliotece.

-Niestety, może z kolejnym snem zobaczę coś więcej -w myślach dodała: „tak jak z każdym kolejnym snem widziałam coraz wyraźniej śmierć Nicki”.

Jake przytaknął skinieniem głowy, a następnie podniósł się z podłogi, sięgnął po gazetę, którą włożył pod pachę i skierował się w stronę drzwi.

-Wieczorem kontynuujemy poszukiwania? -zapytał trzymając dłoń na klamce, Jude przytaknęła skinieniem głowy, zaraz potem blondyn opuścił pomieszczenie. Jude i Robert zostali sami w pokoju, przez chwilę siedzieli obok siebie w milczeniu.

-Co powiesz na krótki spacer? -koszykarz promiennie się do niej uśmiechnął, chciał dodać jej otuchy -Wszystko będzie dobrze -ujął jej głowę w dłonie, w jej oczach gościł smutek, a także zmęczenie -Wszystko się ułoży -mówiąc to złożył pocałunek na jej czole, dziewczyna spojrzała na niego zaszklonymi oczyma, była mu wdzięczna za te słowa. Były tym czego teraz potrzebowała, nie myśląc dużo mocno się w niego wtuliła.

***

Tymczasem Jake udał się w stronę pomieszczenia, które w przyszłości będzie pokojem Cadence. Stanął przed solidnymi dębowymi drzwiami. Przez chwilę stał nieruchomo zastanawiając się czy powinien wejść do środka, gdy zza pleców dobiegł go kobiecy głos.

-Ten pokój jest pusty -obok niego pojawiła się Liv, na jej twarzy gości szeroki uśmiech -Roger powiedział mi, że jesteś jego krewnym -dodała splatając ręce za plecami.

-Jak poszły egzaminy?

-Zaliczyłam, profesorowi podobały się moje prace. Chętnie ci je pokażę, jeżeli nadal masz ochotę je zobaczyć -dodała pospiesznie drugą część zdania, nie chciała się narzucać, cieszyło ją jednak zainteresowanie jej twórczością ze strony blondyna.

-Chętnie.

-Tędy -odparła kierując się w stronę głównego holu, Jake rzucił szybkie spojrzenie w stronę drzwi do przyszłego pokoju swojej siostry, a następnie udał się za blondynką -Liczę, że będziesz szczery -dziewczyna zatrzymała się przy drzwiach na końcu holu głównego, blondyn wciągnął dość gwałtownie powietrze do płuc, uwiadamiając sobie, że pokój przed którym stoją w przyszłości będzie sypialnią jego matki. Mimowolnie jego umysł opanowały obrazy jego rodzicielki przykutej do łóżka, marniejącej z dnia na dzień coraz bardziej, Jej słaby głos, gdy prosiła go, aby obiecał, że będzie szczęśliwy, równocześnie powtarzając jak bardzo jest jej przykro, że nie zatańczy z nim na jego weselu.

-Będziemy musieli odłożyć to na później. Właśnie sobie przypomniałem, że obiecałem pomóc Robertowi i Jude… -gdy był więziony przez Jack’a w tym domu, rzadko opuszczał boczne skrzydło pałacu, w którym mieściła się jego sypialnia. Było tam wszystko czego potrzebował, kuchnia, a nawet jadania, łazienka, jego pracownia, a także salon z odtwarzaczem DVD i konsolą do gier. Innym powodem były wspomnienia, którymi przepełniony jest ten dom. I niekoniecznie przykrymi, w większości radosnymi, jednak związanymi z osobami, które odeszły z życia blondyna na zawsze.

-Jake… -zabrzmiał zmartwiony głos Liv -Wszystko w porządku?

-Tak, po prostu muszę im pomóc -dodał oddalając się w pośpiechu.

***

Następnego dnia Jude obudziła się ponownie w tym samym momencie w swoim śnie, zbliżała się właśnie do Jack’a, widziała numer strony książki, którą czytał, jednak nim zdążyła zobaczyć coś więcej siedziała już na łóżku ciężko oddychając. Była zła na siebie, a także na słońce, które wdzierało się do pokoju przez okno. Wystarczyłaby minuta snu więcej, a być może już dzisiaj wróciliby do swoich czasów. Zawiedziona ubrała się we wczorajsze ubranie, a następnie udała się do kuchni. Przy stole siedział Jake i Roger, mężczyźni byli tak skupieni na rozmowie, że nawet nie zauważyli jej pojawienia się w progu. Jude szybko wycofała się z pomieszczenia, nie chciała im przeszkadzać. Poza tym rozmowa o samochodach, czy też silnikach nie szczególnie ją interesowała. Udała się do biblioteki. Stanęła na samym jej środku, starając się ogarnąć wzrokiem wszystkie znajdujące się w niej książki. Było to jednak niemożliwie, było ich naprawdę dużo. Zrezygnowana usiadła, oparła się plecami o regał uparcie spoglądając przed siebie, zupełnie jakby liczyła, że książka, której poszukuje zmaterializuje się jej w dłoniach. Nic takiego jednak się nie stało. W końcu zdecydowała się wziąć pierwszą lepszą niebieską książkę, otworzyła ją na 123 stronie. Nie znalazła tam nic ciekawego, odłożyła ją więc na bok i sięgnęła po kolejną. Znów to samo. Kolejne niebieska w jej rękach, kolejna która została odrzucona na bok.

-Zamierzasz przejrzeć wszystkie 123 strony niebieskich książek? To może zająć ci trochę czasu -obok niej pojawił się Robert, w dłoniach miał dwa kubki, jeden z nich podał dziewczynie.

-Będzie szybciej jak mi pomożesz -odparła biorąc łyk kawy.

Gdy stos książek odrzuconych zrobił się dość pokaźny zrezygnowana Jude oznajmiła towarzyszowi, że zrobiła się głodna i zaproponowała, że zrobi im jakieś kanapki. Chłopak przystał na jej propozycję, dodając, że sprawdzi tylko do końca niebieskie książki na sprawdzanej przez siebie półce, a było ich może z pięć, i zaraz do niej dołączy. W kuchni nikogo nie było, dziewczyna wyjęła z dolnej szafki koszyczek z chlebem, który następnie położyła na stole. Sięgnęła po nóż i masło, koło lodówki dostrzegła pomiętą gazetę. Po stronie tytułowej poznała, że to ta sama, w której wczoraj malował coś Jake. Pomyślała, że jak skończy z kanapkami to do niej zajrzy. Położyła plasterek sera na chlebie, gdy w kuchni pojawiła się Olivia.

-Widziałaś Roger’a? -zapytała sięgając do szafki nad zlewem po blaszany okrągły pojemnik.

-Ponad godzinę temu siedział tutaj z Jake’m. Myślę, że znajdziesz ich w garażu -dodała przypominając sobie temat rozmowy McGhart’ów.

-Pewnie majstrują przy motorze -mówiąc to poczęstowała Jude ciasteczkami, którymi zapełniona była puszka -Jak masz ochotę możemy wybrać się na przejażdżkę konną. Niedaleko jest stadnina.

-Kilka lat temu podczas nauki jazdy koń wyrzucił mnie z siodła, od tamtego czasu nie zbliżam się do dużych zwierząt -Jude przypomniała sobie jak jej nauczycielka chciała popędzić kasztanową Karinę batem, na co rumak zareagował gwałtownym przejściem ze stępu od razu do galopu, a kilka chwil później czarodziejka leżała kawałek dalej na ziemi z oczyma pełnymi łez od bólu -Poza tym wciąż jeszcze wiele pracy przed nami -czarodziejka wysiliła się na uśmiech, chociaż tak naprawdę przepełniała ją złość i rozpacz. Wszystko było kompletnie nie tak jak być powinno. Przebywała w roku 1938 w rodzinnym domu chłopaka, którego kochała, a co do którego obecnie nie jest pewna swoich uczuć, zamiast uczyć się do egzaminu z analizy instrumentalnej albo chemii teoretycznej wraz z najlepszą przyjaciółką, jednocześnie narzekając na prowadzących i zbyt krótki czas na przygotowanie się do zaliczenia.

-Jestem pewna, że uda się wam wrócić do domu -mówiąc to odłożyła pojemnik z ciastami z powrotem do szafki -Chowam tutaj słodycze przed Rogerem, to jego druga słabość zaraz po zamiłowaniu do czarów -dodała z uśmiechem.

 

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 20

Cześć,
prawie udało mi się nadrobić wszelkie zaległości, jest jeszcze parę notek, które koniecznie chcę przeczytać, kilka blogów, na które chcę zajrzeć i na pewno to zrobię ;)
Żeby było trochę świątecznie przed opowiadaniem zdjęcie zrobionych przeze mnie bombek :D

IMG_20151217_221154

PORWANA, część 20

Roger, Jude i jej towarzysze znaleźli się w bibliotece. Stanęli przed regałami pełnymi książek. Mniejszymi, większymi. Oprawionymi w niebieską, brązową lub zieloną barwioną skórę. Półki pięły się praktycznie pod sufit. A samo pomieszczenie było naprawdę wysokie. Aby zdjąć książki z wyższych półek należało użyć specjalnej drabiny na kółkach.

-To zabierzmy się za szukanie -zwróciła się do towarzyszy zaraz potem szeptem wypowiadając: „podróże w czasie” i skupiając się na tej myśli.

Z półek zaczęły spadać książki, jedna za drugą. Niektóre upadały dość cicho, gdyż były lżejsze lub znajdowałby się na niższych półkach, inne z ogromnym hukiem, były to głównie pokaźnych rozmiarów księgi. Jude, aż podskoczyła ze strachu. Roger zareagował dość szybko, zatrzymał niektóre w locie zanim zdążyły spać, a następnie umieścił je skinieniem ręki i prostym dla siebie zaklęciem z powrotem na miejsce.

-Ten czar jest skuteczny, gdy szukamy doprecyzowanej informacji, którą znajdziemy w zaledwie kilku książkach -zabrzmiał spokojny, ale zarazem pouczający głos czarodzieja -Jeżeli chodzi o podróżowanie w czasie, to wielu o tym marzyło, a jeszcze więcej pisało, czy tylko wspominało o takiej możliwości w książkach. Tym razem będziemy musieli zdać się na typowo ludzki sposób szukania, przeglądając i czytając jedną książkę za drugą.

Jude ciężko westchnęła, perspektywa spędzenia wielu godzin w bibliotece na szukaniu igły w stogu siana przerażała ją.

-Nic nie można zrobić? -zapytała z nadzieją w głosie.

***

Jake nie wiedział czy bardziej bolą go plecy, szyja czy tyłek od spędzenia kilku godzin na przeszukiwaniu grubych tomisk w poszukiwaniu możliwości powrotu do domu, siedząc na twardej podłodze oparty o regał. Wstał, momentalnie poczuł mrowienie w nogach. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Jude spała z głową opartą na rękach wyciągniętych na stoliku znajdującym się w końcu pomieszczenia. Robert drzemał na krześle obok czarodziejki, jego jedna ręka bezwładnie zwisała wzdłuż mebla. Podszedł do nich. Nie zastanawiając się długo, delikatnie, aby nie obudzić Jude wziął ją na ręce. Jej głowa opadła na jego prawe ramię, dziewczyna oddychała miarowo. Wyglądała tak spokojnie i w jego ocenie tak pięknie, uśmiechnął się na tę myśl. Nim opuścił pomieszczenie wpadł na Rogera.

-Robert? -zapytał czarodziej przyglądając się blondynowi i czarodziejce.

-Obudzisz go i zaprowadzisz do sypialni -pradziadek Jake skinął dla potwierdzenia głową.

-Sypialnie są na piętrze w prawym skrzydle.

Blondyn zaniósł Jude we wskazane przez Rogera miejsce. Pokój dla odmiany urządzony był zupełnie inaczej niż ten z czasów blondyna. Znajdowało się tam proste drewniane łóżko zamiast pokaźnego łoża z baldachimem. Pomieszczenie bardziej przypominał jego sypialnie z czasów, z których przybyli niż te przeznaczone dla gości. W rogu pokoju zabrakło też złoconego wielkiego lustra i dębowej szafy, w miejsce której znajdowało się krzesło. Jake położył dziewczynę na łóżku. Wziął ze stołka koc, którym następnie okrył czarodziejkę. Ostrożnie odgarnął włosy z twarzy dziewczyny.

-Wrócicie do domu -usłyszał głos zza plecami, w progu stał Roger.

-Jude bardzo na tym zależy, tęskni za rodziną.

-Dobrze jest mieć oparcie w takiej dziewczynie, masz szczęście.

-My nie jesteśmy razem -był to szybki protest ze strony blondyna.

-Nie? Przecież wy… sposób w jaki na siebie patrzycie…

-Nie możemy być razem -Jake zrobił krok w tył, jednoczenie zamykając drzwi do pokoju.

-Dlaczego? -czarodziej zmierzył go uważnym spojrzeniem, zupełnie jakby wiedział, że kryje się za tym coś większego, jakaś dużo poważniejsza sprawa niż „nie kocham jej” albo „ona nie kocha mnie”, czy też „jej lub jego ojciec jest przeciwny temu związkowi”.

-Potrafisz dochować tajemnicy? Takiej dużej…

Chwilę później oboje siedzieli w kuchni, po przeciwnych stronach stołu. Każdy z kubkiem kawy mimo bardzo późnej pory.

-Wciąż nie do końca mogę uwierzyć, że jesteś moim prawnukiem.

-A ja że rozmawiam ze swoim pradziadkiem, na dodatek młodszym od siebie -obaj zaśmiali się radośnie.

-Co to za tajemnica?

-Widzisz… mój ojciec, twój wnuk.. -zamilkł przez moment zastanawiając się czy na pewno dobrze robi chcąc powiedzieć swojemu przodkowi to, co zamierza. Miał jednak dość dźwigania tego ciężaru samotnie -Jest złym człowiekiem -wydusił w końcu z siebie, Roger spojrzał na niego zdumiony.

-To dość mocne słowa, biorąc pod uwagę, że mówisz o własnym ojcu.

-On… -nie był pewien jak wiele może powiedzieć -Pragnie przywrócić kogoś z krainy umarłych -zdecydował się nie mówić o swojej siostrze.

-Wie o konsekwencjach?

-Uważa, że znalazł sposób na obejście ich.

-To ktoś dla niego bliski? Nie odpuści?

-Nie -odparł blondyn upijając łyk aromatycznego napoju.

-Potrzebuje krwi dziedzica od potomków dwóch pierwszych czarodziejów.

-Nasza korzenie sięgają tak daleko -na te słowa brunet przytaknął skinieniem głowy -To samo dotyczy Jude, ona także jest potomkinią jednego z pierwszych -Roger wydał z siebie zdumione „ooo”.

-Dlatego nie możecie być razem -tym razem to Jake przytaknął.

-Co zamierzacie z tym zrobić?

-Jude o niczym nie wie -dodał pospiesznie blondyn -Ta rozmowa musi zostać między nami, rozumiesz?

-Dlaczego twój ojciec przeniósł was do 1938?

-Nie mam pojęcia -odparł blondyn z westchnięciem -Działania mojego ojca nie mają ostatnio sensu -podrapał się za uchem, analizując w głowie wszystko to, co wydarzyło się ostatnimi czasy. Jack pozwolił im uciec ze swojego pałacu, potem porwał ich tylko po to, aby przypomnieć mu o siostrze i w pewnym sensie spróbować namówić go do współpracy, potem pozwolił im wrócić do domu Klausa, aby wysłać ich w przeszłość. Po co? W przekonaniu blondyna równie dobrze mógł znów zamknąć w swoim wielkim zamku. Po co przenosił ich w przeszłość? Dlaczego do roku 1938? Jake spodziewałby się po ojcu, że raczej wyśle ich do czasów pierwszych, jeżeli w ogóle. W końcu tamte lata to jego ulubiony okres w historii. No, i pozostawało jeszcze jedno pytanie. Dlaczego wysłał z nami Roberta? -Ojciec zawsze miał wszystko zaplanowane, to… -chłopak rozłożył ręce -Nie jest takie w ogóle -pokręcił głową na boki.

***

Następnego dnia Jude obudziły promienie słońca padające prosto na jej twarz. Powoli uniosła głowę, przez chwilę zastanawiając sobie, gdzie się znajduje. Jednak dość szybko, niczym uderzenie w policzek, przypomniała sobie co się wydarzyło. Położyła głowę na powrót na poduszce, najchętniej nie wstawałaby z łóżka. Zaraz potem zadała sobie pytanie: Jak ja się tutaj właściwie znalazłam? Ostatnie co pamiętała, to fakt, że czytała wynurzenia jakiegoś czarnoksiężnika na temat możliwości podróży w czasie. Zacisnęła dłoń na poduszce, a następnie z całej siły cisnęła ją w stronę krzesła. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że kolejny wieczór spędzi zgłębiając zapewne nieźle popapraną psychikę kolejnego mrocznego czarodzieja. Wyczarowała sobie czyste ubrania, te co miała na sobie były całe wygniecione, poza tym nie pachniały zbyt ładnie. Zastanawiała się w jakim stanie są jej włosy, nie wspominając o zapewne rozmazanym makijażu, jednak w pokoju nie było lustra. Wyjrzała na korytarz, w pobliżu nie było żywej duszy. Wzruszyła ramionami, a następnie zajrzała do pomieszczenia obok. Z zawodem westchnęła na widok pustej przestrzeni. Miała nadzieję, że nie spędzi całego poranka na poszukiwaniu łazienki. Zajrzała do pokoju naprzeciwko, zauważyła tam Jake. Spał z głową na książce, miał na sobie wczorajszą koszulkę, jego dżinsy leżały na ziemi, tuż koło koca, podczas gdy poduszka zakrywała jego stopy. Dziewczyna ciężko westchnęła, skupiła się na zaklęciu, a chwilę później na stercie książek obok łóżka pojawiała się czysta odzież. Nie budząc blondyna po cichu wycofała się z pomieszczenia.

-Cześć -zabrzmiał radosny głos Roberta, na który Jude podskoczyła w strachu.

-Nie rób tak więcej -odparła gniewnie, łapiąc się prawą dłonią za klatkę piersiową.

-Szukam kuchni. Może przyłączysz się do mojej wyprawy poszukiwawczej?

-Tak -odparła z uśmiechem na twarzy.

Jakieś dziesięć minut później Jude zajadła się kanapką słuchając jak Robert opowiada o jednym z finałowych meczów koszykówki, podczas którego jego kolega z drużyny złamał rękę, a oni mimo, jako osłabiony zespół i tak wygrali. Dobrze czuła się w towarzystwie bruneta, chłopak mówił z takim przejęciem. Kilka razy dodał jakiś żart, z którego śmiała się, aż do łez, choć na chwilę zapominając, że jest rok 1938.

Dobrą godzinę po tym jak dziewczyna niespodziewanie wpadła do niewłaściwego pomieszczenia, obudził się Jake. Przeczesał dłonią potargane włosy. Przy łóżku dostrzegł ubrania, w myślach podziękował za to Roger’owi. Zaraz potem udał się do łazienki. Odkręcił kran, zamoczył dłonie w umywalce pełnej chłodnej wody, a następnie ochlapał nią twarz. Gdy podniósł wzrok, chcąc się obejrzeć w lustrze, przez okno dostrzegł postać. Szybko sięgnął po ręcznik. Zdążył zaledwie zobaczyć tył postaci nim zniknęła mu z pola widzenia. Była to kobieta, blondynka, w sukience w kwiaty. Zaintrygowany sięgnął po koszulkę, którą zamierzał założyć. Skierował się w stronę drzwi, a gdy je otworzył praktycznie wpadł na Jude.

-Przepraszam -odparł robiąc krok w tył.

Wzrok Jude mimowolnie powędrował na tors blondyna, przyjrzała się jego tatuażom. Jeden pod linią obojczyka, drugi pod linią żeber, jakiś napis zawierający słowo: „bohater”. Nie zdążyła go przeczytać, gdyż Jake nałożył na siebie koszulkę.

-Chciałam żebyś wiedział -starała się pozbierać swoje myśli w głowie -To co wydarzyło się wczoraj… -wiedziała, że musi wyjaśnić tę sprawę, jakby nie było potrzebuje jego pomocy w powrocie do domu, ponad wszystko musi umieć z nim współpracować -Myślę, że powinniśmy zakopać topór wojenny -machnęła dłonią przecinając powietrze w pół -Może spróbowalibyśmy wrócić do tego jak było wcześniej -dodała zakładając opadający jej na czoło kosmyk włosów.

-Jako przyjaciele?

-Tak, jako przyjaciele -powtórzyła Jude, po części chyba już się pogodziła z faktem, że nie może liczyć na nic więcej ze strony blondyna. Zresztą po tym, co ostatnio jej zrobił, po tym jak ją zranił, nie była pewna czy nadal potrafiła patrzeć na niego w ten sam sposób.

-Jest coś jeszcze…

-Słucham.

-Dzisiaj w nocy miałam sen.

-Sen? Jaki sen? -zapytał zaintrygowany McGhart, przypominając sobie jak dziewczyna kiedyś opowiadała mu o tym jak we śnie widziała jego pracownie, a także śmierć Nicki i chwile sprzed wypadku samochodowego, w którym zginęła jego siostra.

-Tutaj są -w korytarzu pojawił się Roger oraz blondynka, którą Jake widział przez okno.

-Liv? -zapytał wyraźnie zszokowany chłopak.

-Wy się znacie? -czarodziej zmrużył oczy, nie rozumiejąc co się dzieje.

-Spotkaliśmy się w pociągu -wytłumaczyła Jude.

-Nie wiedziałam, że znacie Roger’a -blondynka uśmiechnęła się pogodnie.

-Moja dziewczyna, Olivia -czarodziej objął ją w pasie, a potem pocałował w policzek.

Jake momentalnie przypomniał sobie zdjęcie prababki, nieco starszej do Liv w tym momencie, z krótkimi starannie ułożonymi włosami i perłowymi kolczykami. Właśnie z tej fotografii ją kojarzył. Jedna sprawa, która nie dawała mu spokoju została wyjaśniona.

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 19

Cześć,
znowu zawaliłam :(

Mieliśmy w pracy kontrolę za kontrolą, na dodatek jesteśmy w trakcie audytu. W tym tygodniu na pewno nie dam rady się zrehabilitować i dodać kolejnej notki, ale postaram się nadrobić zaległości w święta :)

Zabrałam się też za nadrabianie zaległości na Waszych blogach, postaram się jak najszybciej u każdego pojawić i zostawić po sobie ślad ;) Przepraszam za moją nieobecność ostatnio.

PORWANA, część 19

Dom należący do rodziny McGhart w roku 1938 wyglądał dokładnie tak samo jak ten z czasów, z których przybyła Jude i jej towarzysze. Duża posiadłość otoczona jeszcze większym ogrodem. Kamienna ścieżka prowadząca prosto na wyłożony kamieniem ganek z masywnymi wykonanymi z ciemnego drewna rzeźbionymi drzwiami wejściowymi, a także ozdobnymi witrażami w oknach na piętrze. Wszystkie drzewa i krzewy na posesji były starannie przycięte, trawnik równo skoszony. Wszytko zadbane, wykonane z dbałością o każdy nawet najmniejszy szczegół.

-Jaki jest plan? -zapytał Robert wciąż trzymając Jude na rękach.

-Może najpierw mnie postawisz? -koszykarz pomógł czarodziejce ostrożnie stanąć na zdrowej nodze, ręka dziewczyny wciąż znajdowała się na jego szyi, a dłoń bruneta spoczywała na jej plecach stanowiąc podporę.

Jake nie zwracając uwagi na pozostałą dwójkę zapukał do drzwi. Obdarowany gniewnym spojrzeniem koleżanki wzruszył jedynie ramionami. Blondyn stojąc u progu swojego domu prawie sprzed stulecia nie potrafił się skupić na niczym innym poza myślą, że chciałby mieć spotkanie ze swoim przodkiem już za sobą. Drzwi otworzył młody chłopak, mniej więcej w ich wieku. Szczupły, ubrany w białą koszulę i brązową kamizelkę. Jego ciemne brązowe włosy starannie były zaczesane na bok.

-W czym mogę pomóc? -zapytał przyglądając się gościom.

-Cześć. Nazywam się Jude. A to Robert i Jake -czarodziejka wyrzuciła z siebie słowa niczym pociski z armaty -Szukamy Roger’a McGhart’a.

-W takim razie to mnie szukacie.

-Musimy porozmawiać -dziewczyna wysiliła się na uśmiech, dopiero teraz dostrzegła niewielkie podobieństwo w budowie i rysach twarzy u blondyna i jego pradziadka. Gdyby nie wiedziała, że mężczyźni są spokrewnieni zapewne nie wyłapałaby tych zbieżności.

-Jude skręciła kostkę, potrzebuje pomocy -dodał koszykarz starając się odnaleźć w tej niecodziennej sytuacji jako nie czarodziej i nie członek pokręconej rodziny McGhart.

-Wejdźcie -Roger usunął się na bok, robiąc przejście dla gości.

Robert pomógł dziewczynie przejść przez wyłożony marmurem hol główny. Spod sufitu zwisały ozdobne żyrandole, na ścinach wisiały oprawione w masywne drewniane ramy obrazy. Gospodarz zaprowadził ich do przestronnego salonu w głównej części budynku na parterze. Układ domu był taki sam jakim zapamiętał go Jake.

-To twój dom? -koszykarz zwrócił się do blondyna rozglądając się po pomieszczeniu, gdy tylko dziewczyna zajęła miejsce na fotelu tuż przy kominku, z którego buchały płomienie.

-Moja rodzina mieszka tutaj od pokoleń -Roger udzielił brunetowi odpowiedzi na pytanie, uznając, że skierowane było ono do niego, a nie do jego prawnuka -Przyniosę lód i bandaże -dodał przechodząc obok małego drewnianego stolika, na którym stały szachy, w stronę drzwi, gdy zatrzymały go słowa wypowiedziane przez Jude.

-Nie potrzebujesz tego -chłopak obrócił się w jej stronę -Wiem, że jesteś czarodziejem.

-Słucham?

-Ja także posiadam magiczne zdolności.

-Nie mam pojęcia o czym mówisz.

-Mogę to udowodnić -czarodziejka wyciągnęła przed siebie rękę, a następnie wyczarowała na niej ognistą kulę -Proszę, musisz nam pomóc. Nikogo tu nie znamy. Jesteś naszą jedyną nadzieją na powrót do domu -zabrzmiał jej błagalny głos.

-Skąd o mnie wiecie? -na dotychczas spokojnej twarzy Roger’a pojawiło się zdziwienie.

-To dość skomplikowane.

-Jeżeli mam wam pomóc, musicie być ze mną szczerzy.

-W porządku -Jude skinęła potwierdzająco głową, wcześniej spoglądając na swoich towarzyszy -Jakkolwiek szalenie to brzmi, musisz wiedzieć, że to prawda -głęboki wdech -Jake jest twoim prawnukiem, zostaliśmy przeniesieni do twoich czasów z roku 2015.

-To niemożliwe, nie istnieje czar umożliwiający podróże w czasie -zaprotestował wciąż nie mogąc złapać oddechu po nagłym wybuchu śmiechu.

-Ale my tutaj jesteśmy…

-Wychowywałem się w tym domu, znam go jak własną kieszeń. Do biblioteki prowadzi tajne przejście przez kominek z pokoju na pierwszym piętrze. W zachodnim skrzydle znajdują się ukryte drzwi prowadzące do schronu mieszczącego się pod ogrodami.

-To niczego nie dowodzi -zaprotestował niemal od razu pradziadek Jake’a.

Blondyn wiedział, że tylko jedno może przekonać Roger’a, że to, co mówią jest prawdą. Sięgnął ręką do kieszeni kurtki mając nadzieję, że przedmiot nadal tam jest. Nie znalazł go w prawej kieszeni bluzy. Przerażony, że zostawił go w domu Klausa nerwowo włożył rękę do lewej. Odetchnął z ulgą znajdując to, czego szukał.

-Jest w rodzinie od pokoleń -odparł pokazując przedmiot przodkowi -Po wewnętrznej stronie wygrawerowane są słowa: „Na zawsze twój, MMG” -podał pierścionek będącemu w szoku Roger’owi -M od imienia Martin, MG od nazwiska McGhart -wyjaśnił Jake.

-Ale jak to możliwe?

-Sami chcielibyśmy to wiedzieć -wtrąciła się Jude.

-Teraz nam pomożesz? -chciał wiedzieć Robert – Może zaczniesz od uleczenia nogi Jude?

***

Roger bez problemu uleczył skręconą kostkę Jude, dziewczyna promiennie się uśmiechnęła, a następnie podziękowała czarodziejowi. Miała jeden problem mniej na głowie, wprawdzie była to błahostka w porównaniu do głównego powodu, dla którego wraz z Robertem i Jake’m pojawiła się u progu domu pradziadka blondyna. Porządnie zawiązywała but na zdrowej już nodze.

-Jak dokładnie się tutaj znaleźliście? -zapytał kładąc wyczarowane przez siebie szklanki, także napoje i wodę na stole.

-Właściwie to nie wiemy. W jednej chwili byliśmy w domu naszego przyjaciela w drugiej mężczyzna z bronią przeganiał nas z tego samego budynku w roku 1938 -wyjaśnił Jake bez podawania szczegółów.

-To wszystko? -zapytał zdziwiony Roger.

-Myślimy, że ojciec Jake’a… -zaczęła czarodziejka, gdy przerwał jej blondyn.

-Nie ma znaczenia kto, ani dlaczego. Im mniej wiesz tym lepiej -wyjaśnił spoglądając na pozostałą dwójkę swoich towarzyszy -Przypuszczamy, że do rzucenia czaru wykorzystano czarną magię -dodał nieco łagodniej.

-Jak już wcześniej wspomniałem, nie znam zaklęcia pozwalającego na podróże w czasie, szczerze mówiąc nigdy nawet o takim nie słyszałem.

-Ale my nie możemy tutaj zostać, musimy wrócić do swoich czasów. Może znasz kogoś kto mógłby nam pomóc? -zabrzmiał zmartwiony głos dziewczyny.

-Mój ojciec jest w Europie, wyśle mu wiadomość. Możemy też poszukać informacji w bibliotece, może tam coś znajdziemy -odparł drapiąc się za uchem.

-Nie -zaprotestował szybko Jake -Twój ojciec musi zostać w Europie.

-Nie rozumiem.

-Im mniej osób wie o naszej obecności w twoich czasach tym lepiej.

***

-Jake -czarodziejka z postawy jaką przyjął wobec niej chłopak, wywnioskowała, że ponownie postanowił ją od siebie odsunąć -Chciałabym z tobą porozmawiać -starała się wymusić, aby na nią spojrzał, jednak jego wzrok zwrócony był w zupełnie innym kierunku -W cztery oczy -dodała z naciskiem.

-Teraz to zły moment -brunetka otworzyła usta z niedowierzaniem.

-Nalegam -nie zamierzała jednak tym razem odpuścić.

-W porządku -odparł po kilkudziesięciu sekundach milczenia blondyn, a następnie skierował się w stronę wyjścia, tuż za nim udał się dziewczyna.

-To zajmie tylko chwilę -Jude uśmiechnęła się do Roberta, kątem oka spoglądając jeszcze na czarodzieja, który podobnie jak ich trójka był zdezorientowany w tej sytuacji.

-O czym chcesz rozmawiać? -zapytał Jake, gdy znaleźli się w korytarzu.

Dziewczyna przeszła przez hol, otworzyła drzwi do pomieszczenia znajdującego się naprzeciwko salonu, z którego właśnie wyszli. Chłopak przewrócił oczyma, Jude nie specjalnie się tym przejęła. Poczekała, aż blondyn przekroczy próg kuchni.

-Powiesz mi o co ci chodzi? -zapytała, gdy drzwi za nimi się zamknęły.

-Mi? Raczej o co tobie chodzi… -odparł udając się wzdłuż kuchennego blatu w stronę lodówki, jednocześnie przeciągając po nim prawą dłonią.

-Jake! -podniosła głos chcąc na siebie zwrócić uwagę chłopaka -Przecież widzę, że coś jest na rzeczy -dodała, gdy blondyn odwrócił się w jej stronę. Stali naprzeciwko siebie, między nimi znajdował się kwadratowy drewniany stół.

-Wszystko jest w porządku. Na tyle na ile jest to możliwe biorąc pod uwagę, że zostaliśmy przeniesieni w czasie do roku 1938 -czarodziejka westchnęła na te słowa, powoli traciła cierpliwość, co nie wróżyło nic dobrego.

-Jeszcze kilka godzin temu traktowałeś mnie jak przyjaciółkę, a nawet… -zamilkła szukając odpowiednich słów -Jesteś w stosunku do mnie oziębły odkąd znaleźliśmy się tutaj -po tych słowach w pomieszczeniu zapanowała cisza, wszechobecna i niezwykle uciążliwa -Nie zaprzeczasz -odważyła się w końcu odezwać ledwo panując na drżącym głosem.

-To nie powinno było się nigdy wydarzyć…

-Przecież coś do mnie czujesz! -nie pozwoliła Jake’owi dokończyć, musiała to powiedzieć.

-Jude…

-Nie kłam! Choć raz zdobądź się na odwagę i powiedz mi prawdę.

Każda sekunda milczenia po wypowiedzianych przez nią słowach wydawała się trwać wieczność. Patrzyła w jego niebieskie oczy, a nadzieja, którą w nim pokładała z każdą chwilą wydawała się coraz bardziej mglista. Nie mogąc dłużej znieść panującego między nimi napięcia obeszła stół dookoła. Stanęła tuż przed chłopakiem, ich twarze dzieliły zaledwie milimetry. Będąc tak blisko niego nie potrafiła myśleć o niczym innym tylko jego dłoniach z zachłannością pieszczących jej ciało, tak jak to miało miejsce kilka godzin temu, nim przerwano im tę nieopisaną dla niej chwile radości.

-Jeśli ktoś ciągle mówi nie, przestań prosić -wyszeptała, a następnie ujęła jego szyję w swoje dłonie. Wspięła się na palcach, aby chwilę potem poczuć na swoich ustach ciepło i smak jego warg. Blondyn nie protestował. Co więcej odwzajemnił jej pocałunek, mocniej przyciągając ją do siebie. Wsunął swoje ręce pod jej bluzkę, delikatnie musnął palcami jej skórę na plecach.

-Czego się boisz? -zapytała czując jego oddech na swojej szyi.

-Nie chcę złamać ci serca…

-To tego nie rób -spoglądała mu w oczy, ich czoła stykały się.

-Nie możemy być razem.

-Dlaczego? -odparła oburzona odsuwając się od niego -Powiedz mi dlaczego.

-Nie jestem dla ciebie odpowiedni.

-Skąd ta pewność? Może jesteś najbardziej odpowiedni dla mnie.

-Nie chcę się kłócić -odparł przesuwając krzesło stojące po jego lewej stronie, a zaraz potem zmierzając w stronę wyjścia z pomieszczenia -Zaufaj mi, tak będzie lepiej.

-Bzdura -dziewczyna parsknęła śmiechem -Nie uważasz, że już ufam ci, aż nadto? -blondyn milczał stojąc przed drzwiami, odwrócony do niej plecami – Mógłbyś spojrzeć na mnie, gdy do ciebie mówię? -młody McGhart skierował na powrót głowę w jej stronę, starała się mówić spokojnie, jednak czuła jak jej serce rozpada się na drobne kawałki -Powiedz mi o co chodzi. Razem znajdziemy jakieś wyjście.

-Powinniśmy wrócić do Roberta i Rogera. Zacząć szukać sposobu na powrót do domu.

-Dupek! -Jude wyminęła chłopaka, w pośpiechu opuszczając pomieszczenie.

/Miłośniczka kryminałów

PS. Przepraszam za jakoś notki, ale nie miałam czasu jej przejrzeć.

Porwana, część 18

Cześć,
notka byłaby szybciej, gdyby nie strajk ze strony internetu. To niestety się nazywa złośliwość rzeczy martwych… Na szczęście wrócił nim minął piątek ;)
Uwaga, nakręciłam i namieszałam (sorry :D) Mam nadzieję, że się połapiecie w stworzonej przez mój chory umysł historii :P

PORWANA, część 18

Młody McGhart bez słowa skierował się w stronę rynku, Robert spojrzał na Jude, dziewczyna wzruszyła ramionami, a zaraz potem udała się w ślad za blondynem.

-Jake -krzyknęła będąc wciąż kilka korków za nim, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę, bezskutecznie. „Kiedyś nie wytrzymam i naprawdę go zabije” -dodała w myślach.

Chwilę później zaleźli się na deptaku, wokół kręciło się mnóstwo ludzi. Obok nich przebiegła grupka roześmianych dzieci bawiąca się w berka. Blondyn zwrócił uwagę na elegancko ubraną kobietę w koku, który przykucnęła przy małej blondyneczce. Uśmiechnęła się do niej, pogłaskała po głowie, a następnie sięgnęła po torebkę. Wyjęła z niej kolorowego lizaka. Dziewczyna otarła łzy spływające jej po policzkach, wzięła do jednej ręki słodycz, a drugą podała mamie.

-Jake -raz jeszcze zwróciła się do niego czarodziejka, liczą tym razem na jakiś dialog z jego strony -Co się dzieje?

-Co widzisz? -Jude zmarszczyła czoło nie rozumiejąc jego pytania, przyjrzała się jego skupionej twarzy wędrującej od jednego końca rynku do drugiego.

-Chyba powinieneś zapytać czego nie widzi -usłyszała głos bruneta, odwróciła się w jego stronę, on także przeczesywał okolicę wzrokiem.

-Skąd mam wiedzieć. Nigdy tu nie byłam! -odparła podirytowana.

-Zabrał nas stąd Klaus… -zaczął Jake.

-Wpadłem tutaj na ciebie -kontynuował koszykarz.

-Fontanna. Nie ma jej -dodała przypominając sobie ten słoneczny dzień, gdy co jakiś czas kropelki wody niesione przez wiatr lądowały na jej twarzy. -Co się z nią stało? -dopytywała na przemian spoglądając to na blondyna to na bruneta.

Tuż obok nich przeszedł mężczyzna w okrągłych okularach, pod pachą trzymał gazetę, a w dłoni papierosa, z końca którego unosił się szary dymek.

-Dzisiejsza? -nieznajomy skinął twierdząco głową -Mogę pożyczyć? -zapytał Jake.

-Już ją przejrzałem, możesz zatrzymać -podał mu przedmiot, zaraz potem poprawił oprawki na nosie i udał się tylko w sobie znanym kierunku. Młody McGhart spojrzał na nagłówek, jego uwagę od razu przykuła data.

-Powiesz mi co się dzieje?

-Powinnaś zapytać kiedy -odparł blondyn podając jej gazetę.

-23 wrzesień 1938 -przeczytał ponad jej ramieniem koszykarz.

-To jakiś żart. Podróże w czasie są przecież niemożliwe… -zmarszczyła czoło szybko przypominając sobie, że jeszcze nie tak dawno temu nie wierzyła w istnienie magii -Są możliwe? -w jej głosie zabrzmiała niepewność.

-Jak inaczej wytłumaczysz brak fontanny, wszystkie te zmiany w urbanistyce miasta. Jeszcze kilka godzin temu tam -wskazał na budynek znajdujący się na wprost nich -znajdował się punkt jednej ze znanych sieci telefonii komórkowej zamiast sklepu obuwniczego. A obok niego stała budka z lodami, której teraz brak. Mogę tak wymieniać dalej -spojrzał na Jude -Poza tym przyjrzyj się samym ludziom, ich ubraniom. Zauważyłaś kogoś w kolorowej koszulce lub podartych dżinsach?

Dziewczyna zwróciła uwagę na kobiety ubrane w proste sukienki w połowę łydki, mężczyzn w materiałowych spodniach prasowanych w kant i koszulach. Dzieci i młodzież bez słuchawek w uszach, dorośli bez telefonów w rękach. Żadnych reklam kredytów w bankach, wszelkiego rodzaju suplementów diety czy superszybkiego internetu.

-Musimy znaleźć Kalusa…

-Nie wydaje mi się, aby Jack zapewnił nam jego pomoc -przerwał jej blondyn.

-Czyli przeniósł w czasie tylko naszą trójkę? Dlaczego?

-Odpowiednie pytanie zadane nieodpowiedniej osobie -Jake wzruszył ramionami, jednocześnie spoglądając na nią swoimi niebieskimi oczyma, z których jak zwykle nie potrafiła kompletnie nic wyczytać. Młody McGhart był dla niej zagadką, której nie potrafiła rozwiązać. Nigdy nie wiedziała czego może się po nim spodziewać, co było chyba po części powodem tego, że tak bardzo ją do niego ciągnęło.

-To jak wrócimy do domu? -do rozmowy włączył się dotąd milczący koszykarz -Poza tym chciałbym zauważyć, że zaczynamy wzbudzać sensację -skinął głową w stronę chłopca, który mówił coś do starszego mężczyzny pod krawatem i z kapeluszem na głowie, prawdopodobnie swojego ojca, wskazując ich trójkę palcem -Raczej niecodziennie mają okazję widzieć takich dziwaków -Jude zrozumiała, że jej bluzka z imitującymi skórę wstawkami i dość sporym dekoltem, a także granatowa pikowana przejściówka i wysokie ponad kostkę sznurowane brązowe obuwie zdecydowanie wyróżnia się na tle kobiet ubranych w gustowne marynarki dopasowane w pasie oraz buty na słupku z okrągłym czubkiem. To samo dotyczyło się jej towarzyszy w sportowych bluzach z kapturem zamiast eleganckiego wierzchniego nakrycia.

-Skoro nie możemy liczyć na pomoc Klausa, chyba będziemy musieli poprosić o nią jego przodka -Jude wskazała na kremowy dom, z którego przed chwilą zostali wyproszeni.

-Pomysł dobry. Jednak mężczyzna, którego miesiliśmy okazję poznać bez wątpienia nie jest w żaden sposób z nim spokrewniony. Klaus przybył tutaj jakieś 30 lat temu z Europy, chyba z Anglii. Więc jeżeli chcemy szukać jego przodków to właśnie tam.

-To może znajdziemy moich krewnych? -dodała z nadzieją Jude.

-Twój pradziadek nie posiadał magicznych zdolności, a twój dziadek ma teraz pewnie jakieś 10 lat i myśli, że czarodzieje istnieją tylko w bajkach -te słowa blondyna były dla dziewczyny jak kubeł zimnej wody. Mimo, iż starała się zachować spokój miała wrażenie jak każdą część jej ciała powoli paraliżuje strach, a umysł opanowuje przerażenie.

-A co z twoimi przodkami? -koszykarz zwrócił się do Jake’a, czując na sobie uważne spojrzenia ludzi, chcąc jak najszybciej znaleźć się w bardziej ustronnym miejscu.

-Robert ma rację -podchwyciła z entuzjazmem czarodziejka -Pamiętam jak twój ojciec mówił, że w twojej rodzinie magia była od pokoleń. Tak samo jak dom, który został wybudowany, o ile dobrze pamiętam, w XVIII wieku.

-Nie sądzę, aby to był dobry pomysł -zaprotestował dość szybko młody McGhart.

-Dlaczego?

-Nie masz problemu z powrotem do miejsca, w którym byłaś przetrzymywana wbrew swojej woli przez łaknącego władzy nad światem czarodzieja?

-A mam inny wybór? -oboje mierzyli się przed dłuższą chwilę spojrzeniami -Nie możemy siedzieć z założonymi rękom, licząc, że może zdarzy się cud i wrócimy do naszych czasów. A co jeżeli nie wrócimy? Będziemy żyć tu i teraz, umrzemy zanim się narodzimy. A to i tak lepsza wersja. Mamy rok 1938, pamiętasz co wydarzyło się w 1939? -Jude czuła, że to wszystko powoli ją przerasta, miała dość wszystkich tych sztuczek czarnoksiężnika. Emocje już zaczynały przejmować kontrolę nad rozsądkiem. Łzy cisnęły się jej do oczy, wiedziała jednak, że płacz w niczym nie pomoże. Nie rozwiąże żadnego z jej problemów.

-Spokojnie, Jude. Oddychaj -zabrzmiał przepełniony troską głos blondyna, na jego twarzy zagościł delikatny uśmiech, który miał na celu dodać jej otuchy -Za bardzo się zapędzasz, coś wymyślimy.

-Tylko co? Ja znam zaledwie kilka prostych zaklęć. Jak poradzimy sobie bez księgi magii, bez pomocy jakiegoś doświadczonego czarodzieja?

-W porządku, zrobimy jak chcesz -chłopak miał nadzieję, że to będzie wyjątkowy dzień, podczas którego odpocznie od czarów, od całego tego cyrku związanego z Jack’em. Jednak jak zwykle został wciągnięty przez ojca w samo centrum wydarzeń.

***

Rytmiczny stukot kół pociągu działał na Jude usypiająco, siedziała przy oknie z głową opartą na ręce, obserwując krajobrazy za oknem. Obok niej znajdował się Robert, bawił się etykietą od butelki wody. Odklejając ją, a zaraz potem ponownie przyklejając. Natomiast naprzeciwko czarodziejki siedział Jake, miał zamknięte oczy jednak brunetka była pewna, że nie śpi. Denerwowało ją, że był taki milczący.

-Można? -wszechobecną ciszę przerwała niespodziewanie pojawiająca się w przedziale dziewczyna z walizką w jednej dłoni oraz białą tubą pod pachą, taką samą z jaką widziała kiedyś Jake’a. Nieznajoma miała blond włosy sięgające nieco za ramiona, rozkloszowaną kremową sukienkę za kolano, białą bluzkę z kołnierzykiem i sweterek.

-Jasne -odparła Jude wzruszając obojętnie ramionami. Złapała się na tym, że przejęła ten gest od blondyna, ponieważ sama nigdy wcześniej tak nie robiła.

-Jestem Liv -odparła dziewczyna próbując umieścić bagaż na półce ponad siedzeniami.

-Ja jestem Robert -koszykarz jak na dżentelmena przystało znalazł się tuż koło niej, aby pomóc jej z walizką -A to Jude i Jake -dodał koleżeńsko się uśmiechając.

-Dziękuję -nieśmiało założyła kosmyk włosów za ucho.

Na czole młodego McGharta pojawiły się bruzdy. Przyglądał się dziewczynie poprzez przymrużone oczy. Chłopak bez najmniejszych wątpliwości kojarzył skądś blondynkę, nie potrafił jednak stwierdzić gdzie wcześniej już widział jej twarz.

-Nie wyglądacie jakbyście byli stąd -Liv zwróciła szczególną uwagę na porwane na kolanach czarne dżinsy brunetki, kładąc w zasięgu swoich rąk białą tubę.

-Bo nie jesteśmy -odparła siląc się na uprzejmość czarodziejka -Przyjechaliśmy tutaj, aby odwiedzić dalekich krewnych.

-Artystka? -zabrał głos Jake, pochylając się delikatnie w jej stronę.

-Studiuję na wydziale sztuk pięknych -spojrzała w stronę swoich prac zwiniętych w rulony i umieszczonych w plastikowym stworzonym specjalnie do takich celów pojemniku.

-Mógłbym zobaczyć?

-Nie obraź się, ale wolałabym nie -przechyliła głowę, przygryzając dolną wargę -Nie jestem z nich zadowolona, mogły być lepsze. Zabrakło mi czasu na ich dopracowanie. To prace zaliczeniowe, a dzisiaj mija ostateczny termin ich składania.

-Na pewno są dobre.

-Skąd ta pewność? -posłała mu rozbawione spojrzenie -Interesujesz się sztuką?

Jude przyglądała się tej rozmowie z boku, nie rozumiejąc jak dziewczynie udało się tak łatwo nawiązać kontakt z blondynem. Rozmawiali tak swobodnie. Szybko zdała sobie sprawę, że chodzi o pasję. Łączyło ich zamiłowanie do sztuki. W tym momencie żałowała, że matka natura nie obdarzyła jej kompletnie żadnymi zdolnościami artystycznymi.

Miała ochotę powiedzieć chłopakowi, że raczej nie powinien podrywać dziewczyny starszej od siebie prawie o stulecie. Złapała się na tym, że jest zazdrosna. Szybko odsunęła od siebie wszystkie głupie myśli, równocześnie dyskretnie kręcąc głową na boki.

-Trochę -na ziemię sprowadził ją głos chłopaka -To nasz przystanek -Jake zwrócił się do pozostałej dwójki -Miło się rozmawiało -raz jeszcze posłał Liv promienny uśmiech.

***

Czarodziejka wychodząc z pociągu odwróciła się za siebie, chcąc upewnić się, że jej towarzysze podążają za nią. A także pragnąc jak najszybciej zapytać blondyna skąd u niego zainteresowanie tą dziewczyną, gdy straciła równowagę i runęła na ziemię.

-Jude -zobaczyła obok siebie Roberta, wyciągnął w jej stronę rękę, chcąc pomóc jej wstać.

Brunetka ujęła jego dłoń. Gdy spróbowała stanąć na nogach poczuła przeszywający ból, a na jej twarzy pojawił się grymas.

-Co się dzieje? -dopytywał koszykarz kucając naprzeciwko niej.

-Noga mnie boli -odparła dotykając delikatnie dłonią kostki.

-Pozwolisz, że zobaczę -nie czekając na odpowiedź zabrał się za rozsznurowywanie jej buta, który następnie bardzo ostrożnie zdjął jej z nogi -Myślę, że skręciłaś kostkę i raczej nie nałożysz buta z powrotem, szybko puchnie.

-Wszystko w porządku? -w zasięgu wzroku dziewczyny pojawił się Jake, na jego twarzy malowało się zdziwienie, zdecydowanie musiał przegapić moment jej upadku.

-Nie możesz się uleczyć? -padło z ust Roberta.

-Niestety Klaus nie zdążył mnie tego nauczyć.

-Daleko do Twojego domu? -do blondyna wciąż jakby nie docierało co się dzieje, jakby myślami był zupełnie gdzieś indziej.

-Jakieś 10, góra 15 minut.

-Chodź -zwrócił się do dziewczyny, brunet założył sobie jej rękę na szyję, a następnie wziął ją na ręce -Mam nadzieje, że twój pradziadek należy do drużyny dobro, a nie jak Jack zasila szeregi zła i uleczy nogę Jude, a także pomoże nam wrócić do domu -młody McGhart skinął kilka razy głową, starając się przekonać nie tylko Roberta, ale także siebie, że nie mogą mieć ciągle pod górkę i w końcu coś musi ułożyć się po ich myśli. Dziewczyna natomiast objęła rękoma szyję koszykarza ciesząc się, że ma w nim wsparcie i nie musi utykając na jedną nogę iść tak daleko. Żałowała jedynie, że nie znajduje się w ramionach blondyna.

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 17

Cześć,

przepraszam za swoją długą nieobecność, ale wróciłam i nadrabiam zaległości ;)

PORWANA, część 17

Czarodziejka radośnie podśpiewując „Hey Jude” zaraz po wstaniu z łóżka udała się do kuchni. Kolejny raz od bardzo dawna dopisywał jej dobry humor. Piosenkę znała wcześniej, miała ją nawet w swojej playliście, jednak od momentu, gdy zanucił ją Robert, nie mogła się jej pozbyć z głowy. Przy stole w kuchni siedział Jake, chłopak na chwile oderwał się od przeglądania porannej prasy i przywitał ją krótki cześć. Czarodziejka spojrzała na zegarek, było kilka minut po ósmej.

-Klaus jeszcze śpi? -zapytała podchodząc do lodówki, potem wyjmując z niej mleko. Zdziwił ją brak obecności zarówno mężczyzny, jak i Julii.

-Pojechał do pracy -blondyn złożył gazetę w pół, a następnie odsunął ją od siebie.

-Do pracy? Myślałam, że czarodzieje nie pracują -mówiąc to położyła na stole płatki śniadaniowe i ruszyła na poszukiwanie miski i łyżeczki.

-Nie muszą. Ale coś trzeba robić -młody McGhart wzruszył ramionami dopijając resztę kawy z kubka z zabawnym napisem: „Po herbatce wynieś śmieci”.

-A czym zajmuje się Klaus?

-Jest nauczycielem -chłopak wstał, umieścił kubek w zlewie.

-Nauczycielem?

-Tak, uczy historii.

-Nie spodziewałabym się po nim takiego hobby -odparła widząc jak blondyn zmierza w kierunku drzwi -Jake -dodała nieśmiało, sama nie wiedząc dlaczego. Chłopak odwrócił się w jej stronę -Nie ważne -nie chciała, aby zostawiał ją samą. Przez ostatnie dwa dni dzięki Klausowi i Julii krzątającym się po kuchni czuła się bliżej domu. Przywykła do dużej liczby osób przewijających się przez jej rodzinne domostwo. Wszystko dlatego, że jej mama jest niezwykle otwartą i towarzyską kobietą. Przyciąga do siebie ludzi. Nie raz bywało, że niespodziewanie pojawiali się wujowie i ciotki Jude z jej kuzynostwem w środku tygodnia. Nikt nie przejmował się, że następnego dnia trzeba iść do pracy czy szkoły i siedzieli do późnych godzin nocnych debatując i śmiejąc się. Po prostu spędzając wspólnie czas. W domu Jack’a czuła się samotna, będąc tutaj, nawet tak krótko, przypomniała sobie jak to jest być szczęśliwym mając wokół siebie ludzi i cały ten cudowny chaos z nimi związany. Obawiała się znowu to stracić. Jednak jeszcze bardziej nie chciała się narzucać. Jude sięgnęła po płatki, które następnie wsypała do miski przyglądając się jak blondyn robi kolejny krok w stronę drzwi, gdy niespodziewanie zatrzymał się.

-Wybieram się na spacer w poszukiwaniu spokojnego miejsca, w którym mógłbym porysować. Może masz ochotę mi towarzyszyć?

-Chętnie -na jej twarzy na powrót zagościł uśmiech, cieszyła się jak dziecko.

***

Słońce przedzierało się przez kołyszące się na wietrze korony drzew, ogrywając teatrzyk cieni i światła na jeszcze zielonej trawie. Z oddali dało się słyszeć jedynie dźwięk fali uderzających rytmicznie o brzeg, a także śpiew wybudzonych ze snu ptaków. Pośród tych zapierających dech zjawisk przyrody siedział Jake oparty o pień starego dębu. Napawał się chwilą spokoju, wdychając do płuc świeże poranne powietrze naznaczone zapachem lasu, jednocześnie starając się uwiecznić na papierze wszystko to, co tylko miał w zasięgu wzroku. Chłopak po raz pierwszy od dwóch lat czuł się naprawdę wolny, nieograniczony przez czas i miejsce. Zupełnie jakby odkrywał świat na nowo. Całe piękno, które w sobie kryje. Wszystkie jego obawy zniknęły, a w ich miejsce pojawiła się nadzieja.

-Ładne -usłyszał głos dziewczyny, która szczelniej okryła się kurtką.

-Jak ci idzie? -zapytał przyglądając się białej kartce w jej dłoniach.

-Dobrze -odparła składając swój rysunek na pół.

-Pokaż -wyciągnął w jej stronę rękę.

-Nie ma mowy! -rzuciła oburzona -Będziesz się śmiał.

-Skądże -czekał, aż ona poda mu swoją pracę, dziewczyna pokiwała głową na boki -Proszę -blondyn nie dawał za wygraną.

-No dobra! Ale oglądasz to na własne życzenie, nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za ewentualne uszczerbki na twojej psychice! -podała mu kartkę, Jake rozłożył ją, a jego oczom ukazał się okrąg z uśmiechniętą buźką i oczyma, wokół którego znajdowało się kilka kresek, na przemian cały i przerywanych.

-Bardzo ładne słoneczko -odparł z bananem na twarzy.

-Nabijasz się ze mnie!

-Nie, naprawdę mi się podoba -dodał nie mogąc dłużej powstrzymać śmiechu, głównie ze względu oburzenia malującego się na twarzy dziewczyny i jej złożonym na piersiach dłonią sugerującym, że jest na niego bardzo zła.

-To twoja wina.

-Co jest moją winą? To, że malujesz jak sześciolatka?

-Ej! -uderzyła go w ramię -Przyglądałam się jak malujesz, nie mogłam się powstrzymać -zmarszczyła czoło robiąc przy tym dość dziwną minę -Zabrzmiało jakbym była szalona, a nie jestem -zmrużyła oczy -Dokładnie to powiedziałby ktoś kto jest szalony -westchnęła ciężko -Po prostu zamilknę nim powiem jeszcze coś głupiego -”BRAWO!” rzuciła do siebie w myślach. „Jak zwykle robisz z siebie idiotkę w towarzystwie chłopaka, który ci się podoba”.

-Spójrz -blondyn wskazał na drzewa nieopodal nich, po których zmiennie przeskakiwała mała ruda wiewiórka, a następnie sięgnął do kieszeni kurtki. Pamiętał, że przed wyjściem włożył do niej kilka kawałków czekolady z orzechami. Wyciągnął rękę z łakociami w stronę rudzielca, stworzenie początkowo stawiało niepewne kroki, ostrożnie zbliżając się do blondyna. Im bliżej chłopaka się była tym czuła się pewniej, a gdy znalazła się dostatecznie blisko zwinęła orzeszka, uciekła na bezpieczną odległość i zabrała się za jego pałaszowanie. Zwabione zapachem, a może zawołane przez pierwszą wiewiórkę, pojawiły się jeszcze dwa rudzielce. Blondyn podał kilka kawałów czekolady Jude, dziewczyna biorąc przykład z Jake’a wydłubała orzechy i wystawiła rękę w stronę stworzonek. Wiewiórki powtarzały kolejno trzy czynności: ostrożne podejście, zabranie łakoci i ucieczkę ze zdobyczą. Działo się tak do momentu, aż zabrakło jedzenia dla nich. Czarodziejka promiennie uśmiechnęła się w stronę młodego McGharta, jednocześnie otrzepując dłonie z okruszków. Przypomniała sobie te wszystkie miłe chwile jakie spędziła razem z nim będąc zamknięta w domu Jack’a. Wspólnego oglądanie filmów, to jak pokazał jej zorzę na tle granatowego deszczowego nieba. Wciąż nie rozumiała dlaczego są momenty, gdy jest dla niej jak najlepszy przyjaciel, a zaraz potem wręcz nie chce jej znać.

-Ja także zgłodniałem -odparł Jake wstając najciszej jak potrafi, nie chcąc spłoszyć rudych mieszkańców lasu. To sama zrobiła Jude ponownie otulając się kurtką. Mieli właśnie udać się do domu, gdy naprzeciwko nich pojawił mężczyzna.

-Jack -wydobyło się z ust blondyna, dziewczyna podskoczyła przestraszona nie na żarty, ledwo powstrzymując się od krzyku.

-Chciałem pogratulować wam ucieczki, a także dać wam impuls do podążania właściwą ścieżką -czarodziej skierował się w stronę Jude, Jake postępując zgodnie z intuicją zagrodził drogę ojcu, stając między nim a brunetką.

-Zostaw nas w spokoju! -odparł dość ostrym tonem.

-Jake -wymawiając jego imię pstryknął palcami, a chwilę później cała ich trójka znalazła się w jego pałacu, w pokoju należącym niegdyś do jego ukochanej córki -Ty i Cadence, byliście bardzo blisko. Bliżej niż jakiekolwiek typowe rodzeństwo -dodał sięgając po ramkę z zdjęciem dzieci. Rodzeństwo stało w tłumie ludzi, oboje uśmiechnięci.

-Nie zamierzam z tobą rozmawiać -zwrócił się najpierw do czarodzieja, a następnie do dziewczyny -Jude wychodzimy.

-Wpierw mnie wysłuchasz -odłożył fotografię z powrotem na swojej miejsce.

Pokój sprawiał wrażenie jakby jego właścicielka miała się lada moment znów w nim pojawić. Wysunięta pierwsza szuflada komody, a z niej zwieszone ubrania Cadence. Na małym stoliku naprzeciwko wielkiej szafy ubraniowej stało lusterko, a wokół niego leżały różne kosmetyki, a także ulubiony niebieski kubek czarodziejki z kotką Marie z bajki Aryskotraci. Na łóżku koło poduszki leżał jasno brązowy miś z żółtą kokardą, którego dostała od niego na urodziny. Wszystko to przywoływało wspomnienia.

-Czego od nas chcesz? -rzuciła dziewczyna, gdyż blondyn nie był chwilowo wypowiedzieć ani jednego słowa.

-Przede wszystkim przypomnieć Jake’owi jak bardzo kochał siostrę i jak bardzo ona kochała jego. Spędzaliście razem dużo czasu, mieliście wspólnych znajomych…

-Nie zamierzam tego słuchać -podszedł do wyjścia, nacisnął na klamkę, drzwi były zamknięte. Blondyn był uwięziony w pokoju siostry razem z ojcem, którego nienawidził.

-Nie tęsknisz za nią?

Jude widziała na twarzy Jake tą samą złość co dzień wcześniej w momencie, gdy oglądał zdjęcia, które przyniósł Robert wraz z listem od Nicki. Jego mięśnie pracowały, zaciskały i rozluźniały szczękę. Nic jednak nie mówił.

-Nie chciałbyś, aby wróciła? -kontynuował jego ojciec -Wspólne imprezy, wymykanie się z domu. Koncerty. Narkotyki. Przecież to lubiłeś.

-Dobrze wiesz, że to niemożliwe -chłopak mówił spokojnie, jednak Jude wiedziała, że jest wściekły. Zaciskał pięści tak mocno, aż zbielały mu kłykcie.

-Mylisz się…

-Nie pomogę ci jej wskrzesić. Nie zmienię zdania.

-Zawsze zastanawiałem się, które jako pierwsze sięgnęło po narkotyki. To ty namówiłeś siostrę czy ona ciebie. Pierwszy tatuaż? Ona czy ty? -czarodziejka zastanawiała się do czego zmierza Jack, co to wszystko ma na celu -Odtrąciłeś ją, gdy poznałeś Nicki…

-Nieprawda.

-Dobra uczelnia. Randki z dziewczyną. Planowanie przyszłości. Zmieniłeś się. Chciałeś też zmienić ją. Czy tak się postępuje wobec osoby, którą się kocha?

-Nicki pokazała mi świat od innej strony. Od tej, której nigdy go nie znałem. Chciałem, aby Cadence także zobaczyła, że można żyć inaczej. Nigdy jednak jej do niczego nie zmuszałem.

-Jesteś pewien? Bo mi wydaje się, że tak bardzo bała się ciebie stracić, że była gotowa ślepo podążać za tobą.

-To ty bałeś się, że spodoba się jej normalne życie.

-Nie czujesz się odpowiedzialny za to, co się stało? -czarodziej szybko i zręcznie zmienił temat. Jude już wiedziała, że całe to przedstawienie ma wywołać u blondyna wyrzuty sumienia. Sprawić, aby ugiął się pod naciskiem ojca i pomógł mu w realizacji jego planów.

-Dobrze wiesz, że tak. Po co pytasz?

-Nie chciałbyś mieć jej przy sobie? -nie czekał jednak na odpowiedź syna -Jude, czy gdybyś miała możliwość przywrócić do życia osobę, którą kochasz nie skorzystałabyś z tej możliwości?

-Nie -odparła stanowczo -Nie zdajesz sobie sprawy, że Cadence nie byłaby sobą. Córką, którą znałeś i kochałeś. Tylko jakimś bezdusznym potworem. Czy historia Wilhelma i Zacharego niczego ciebie nie nauczyła?

-A co jeżeli odkryłem, gdzie Wilhelm popełnił błąd sprowadzając Eustachego z zaświatów i istnieje możliwość przywrócenia do życia osoby dokładnie takiej jaką była. Nie zaryzykowałabyś?

***

Zdezorientowani młodzi obejrzeli się wokół siebie, jeszcze sekundę temu znajdowali się w pałacu Jack’a, rozmawiali z nim, a teraz nie mieli najmniejszych wątpliwości, że są w korytarzu w domu Klausa. Dziewczyna przetarła dłonią twarz, jednocześnie oddychając z ulgą. Obawiała się, że skoro czarnoksiężnik ich odnalazł i porwał to przyjdzie im ponownie przeżywać koszmar bycia jego więźniami. Spojrzała na blondyna, który podobnie jak ona stał bezruchu, pogrążony w myślach. Stwierdziła, że dałaby naprawdę wiele, aby poznać choć jedną z nich.

-Jake -chłopak odwrócił się w jej stronę -Zdaję sobie sprawę, że przywrócenie Cadence do życia jest kuszące. Jednak… -blondyn ujął jej twarz w dłonie, a następnie ją pocałował. Dziewczyna początkowo była w szoku, ręce trzymała wzdłuż ciała. Trwało to jednak tylko chwilę, smak jego ust, ich miękkość. Nie mogła pozwolić, aby to się skończyło. Wplotła swoje palce w jego blond włosy, przylgnęła do niego całym swoim ciałem. Spojrzała w jego niebieskie oczy, czuła jak w nich tonie. Od dawna myślała o nim jako o kimś więcej niż synu Jack’a, swojego największego wroga czy tylko koledze, przyjacielu. Tyle razy próbowała się do niego zbliżyć, za każdym razem jednak spotykała się z odrzuceniem. Nigdy nie sądziła, że ta chwila może mieć miejsce. Jego dłonie znalazły się na jej pośladkach, ona oplotła się nogami wokół jego tali. Czuła jego oddech na szyi. Zadrżała. Pocałował ją tuż za uchem, odrzuciła głowę do tyłu. Pospiesznie zrzuciła z siebie kurtkę. Jake posadził ją na szafce do butów, wcześniej zrzucając z niej jakieś klucze, rękawiczki i inne drobiazgi. Pomogła mu pozbyć się jego okrycia wierzchniego i koszulki. Jej oczom ukazała się jego klatka piersiowa ozdobiona licznymi tatuażami, przejechała palcem po napicie „We could be heroes just for one day” tuż pod linią jego żeber. Ujął jej podbródek w swoją dłoń, zmusił, aby spojrzał mu w oczy. Przysunęła swoje usta do jego ust, delikatnie ugryzła jego dolną wargę.

-Kim jesteście? -w korytarzu pojawił się około 60 letni mężczyzna, w ręku trzymał broń -Co robicie w moim domu? -młodzi wymienili między sobą zdziwione spojrzenia, pospiesznie zbierając swoje ubrania rzucone na podłogę.

-Przepraszamy, my… -próbowała wyjaśnić sytuację Jude, jednak sama nie miała pojęcia co się działo -My… -poczuła dłoń Jake na swojej. Przyjrzała się pomieszczeniu, wyglądało zupełnie inaczej. Duże lustro zastąpiła ciemno drewniana szafa z wieszakiem, kremowe ściany ustąpiły miejsca tapecie w złotozielone pasy. 

-Jude? -z kuchni wyszedł Robert, unoszące ręce ku górze na widok uzbrojonego mężczyzny -Co się tutaj dzieje?

-Wynocha z mojego domu! -zabrzmiał wściekły sześćdziesięciolatek.

-Bardzo pana przepraszamy, my… -dziewczyna poczuła jak Jake ciągnie ją w stronę wyjścia, koszykarz również w kierował się w tamtym kierunku.

-Żebym więcej was tutaj nie widział! -krzyknął mężczyzna zamykając za nimi drzwi, Jude i jej dwaj towarzysze oddalili się nieco od budynku. Mogli jednak dostrzec złote cyfry na kremowym tynku.

-Wyjaśnicie mi co się stało? Minąłem się z Klausem w drzwiach, powiedział, że mogę na was poczekać w domu. Zajrzałem do lodówki w poszukiwaniu wody, gdy usłyszałem hałas w korytarzu. A kuchnia… wszystko było inne. Potem dobiegł mnie męski głos, postanowiłem sprawdzić co się dzieje i… Resztę znacie.

-To na pewno sprawka Jack’a -dziewczyna spojrzała na blondyna, który uważnie rozglądał się po okolicy -To przecież dom Klausa, numer przy wejściu jest ten sam. Budynek jest ten sam.

 

/Miłośniczka kryminałów

PS. Postaram się Wam wynagrodzić brak notki w zeszłym tygodniu i w piątek dodać kolejną ;)

Porwana, część 16

Cześć,

miało być dzisiaj bez zbędnych wstępów, powiem tylko krótko: Przepraszam za wszelkie literówki, jeżeli takie się pojawią i jakieś urwane w połowie zdania (mam nadzieje, że tych drugich nie ma), pisałam to opowiadanie na raty przez mój głupi komputer, który wymyślił sobie to aktualizację, to się przegrzał, to znowu coś innego i co chwilę się wyłączał.

PORWANA, część 16

Jude patrzyła na blondyna czekając na jakikolwiek wyjaśnienia. Wiedziała, że cokolwiek się stanie lub nie stanie, wyciągnie od niego kto jest autorem listu.

-Nicki to napisała -odparł obojętnym głosem, a cała złość, którą wcześniej widziała na jego twarzy po prostu zniknęła. Zastąpiło ją coś innego, brunetka starała się odnaleźć właściwie określenie, a jedyne które przychodziło jej do głowy było „odrętwienie”.

-Nicki? Przecież ona… -dziewczyna chciała powiedzieć „nie żyje”, powstrzymała się jednak w ostatniej chwili. Jake wcześniej podczas rozmowy zapytał Roberta kiedy otrzymał przesyłkę. Koszykarz odpowiedział, że jakieś dwa lata temu. Istniała więc realna możliwość, że to ukochana młodego McGharta napisała list i wysłała go do bruneta -Jesteś pewien, że to ona?

-Dwa razy użyła słowa „nierozumienie” zamiast „nieporozumienie”. To w jej stylu. A jej ulubiony cytat z jej ulubionej książki tylko potwierdził moje przypuszczenia -odparł wzruszając ramionami -Przy jednym z naszych ostatnich spotkań powiedziała, że muszę być otwarty na nieprzewidziane zdarzenia w życiu i mieć odwagę, że wszystko się uda. Wtedy nie rozumiałem o co jej chodzi. Zbyła mnie krótkim wyjaśnieniem, że tak jej się po prostu wzięło na rozmyślania. Wtedy mi to wystarczyło. Teraz jestem pewien, że ona wiedziała, że coś nadchodzi. Coś złego.

-Nie wydaje ci się dziwne to, że twoja ukochana mnie śledziła? Dlaczego?

-Na pewno miała swoje powody.

-Czy ty siebie słyszysz? -spojrzała na niego poprzez przymrużone oczy.

-Co chcesz usłyszeć? Że dziewczyna, której bezgranicznie ufałem, osoba, z którą chciałem spędzić resztę życia, miała przede mną tajemnice? Widocznie nie znałem jej tak dobrze jak sądziłem.

-Nie rozumiem co to za świat, w którym powiedzenie prawdy jest trudniejsze niż kłamstwo i zmierzenie się z jego konsekwencjami -blondyn nic nie powiedział, nie patrzał też na nią.

***

-Skomplikowane to wszystko -odparł Robert sięgając po swoją torbę w korytarzu -Podziwiam cię, że potrafisz się w tym odnaleźć.

-Jeżeli chcę wrócić do domu, muszę uwolnić się od Jack’a -potarła dłońmi o swoje ramiona, musiała być silna, nie miała innego wyboru -Musisz wiedzieć,że autor listu -westchnęła na samą myśl o ukochanej Jake’a -Nicki -poprawiła się -miała rację co do jednego. Potrzebujemy cię.

-Możesz liczyć na moją pomoc -uśmiechnął się, chcąc dodać jej otuchy -Może gdzieś razem wyskoczymy? Kawa, kino? Cokolwiek, abyś choć na chwilę zapomniała o Jack’u i jego pokręconym świecie.

Kilkadziesiąt minut później szła ramie w ramie z koszykarzem. Nie żałowała, że dała się namówić Robertowi na spacer. Pogoda wprawdzie nie dopisywała, pojedyncze promienie słońca sporadycznie przebijały się przez warstwę chmur, jednak drzewa we wszystkich odcieniach jesieni zapierały jej dech w piersiach. Mimowolnie pomyślała o Jake’u, spodobałoby mu się tutaj. Idealne miejsce do malowania. Zmierzali główną aleja w pobliskim parku w stronę znajdującego się w oddali niewielkiego stawu. Z miejsca, w którym stała słyszała szum wody, widziała kaczki przemierzające zbiornik z jednej strony na drugą. Żałowała, że nie miała przy sobie chleba, ani jakichkolwiek resztek jedzenia. W związku z niesprzyjającą do spacerów aurą przez park nie przewijało się zbyt wielu ludzi. Dziewczynie to nie przeszkadzało, napawała się tą chwilą ciszy i spokoju.

-Tak właściwie to się cieszę -brunet szedł tuż obok niej, z torbą przerzuconą przez ramię.

-Z jakiego powodu? -zapytała wdychając do płuc świeże powietrze.

-Że wtedy na ciebie wpadłem -odparł z uśmiechem na twarzy.

Czarodziejka przez chwilę zastanowiła się skąd w nim tyle optymizmu. Chciała go nawet zapytać, czy nie ma zakwasów od uśmiechania się. Szybko jednak zdała sobie sprawę, że wcale nie tak dawno temu, także i ona miała wiele powodów do radości.

-Nie przeraża cię cały ten świat magii czy też perspektywa zmierzenia się z czarnoksiężnikiem pragnący przejąć rządy nad światem?

-Nie szczególnie.

-Nie szczególnie? -spojrzała na niego zdziwiona, chociaż to mało powiedziane -Ja do tej pory nie oswoiłam się z myślą, że jestem czarodziejką i prawdopodobnie prędzej niż później przyjdzie mi stanąć do walki z okrutnym Jack’em, ty natomiast wiesz o tym od kilku godzin i nie masz żadnych obaw? Żadnych pytań?

-Mam po swojej stronie trzech muszkieterów -puścił do niej oczko.

-Słucham? -spojrzała na niego jak na kosmitę, mówiącego do niej w zupełnie obcym jej języku.

-Jesteś jak Athos, niezłomny dowódca z dwójką swych wiernych kompanów, Aramisem i Portosem.

-Mówisz o Jake’u i Klausie? A ty to? -zmarszczyła czoło starając się pojąc jego tok myślenia.

-Ja jestem D’Artagnan -odparł unosząc dumne podbródek.

-Nie zgadzam się -zaprotestowała zakładając ręce na piersi.

-Dlaczego?

-Dlaczego mam być mężczyzną. Wolałabym kobiecy odpowiednik.

-Skoro tak bardzo nalegasz, Constance -mówiąc to odłożył torbę na ziemi, a następnie wyciągnął w jej stronę rękę -Można prosić panią do tańca? -teatralnie pokłonił się.

-Co? -rozejrzała się dookoła -Jesteśmy w parku. Ludzie będą się dziwnie na nas patrzeć -dodała wskazując na zmierzające w ich stronę małżeństwo z żwawo kroczącą przed nimi małą blond dziewczynką ubraną w różową kurtkę.

-To niech patrzą -stał niewzruszony jej słowami.

-Nie ma muzyki -przerażała ją myśl robienia czegokolwiek przed ludźmi, od zawsze stresowała się przed publicznymi wystąpieniami.

-Jesteś czarodziejką.

Westchnęła. Od samego początku była na przegranej pozycji. W myślach powtarzała sobie, że jest w obcym mieście, daleko od domu. Nikogo tutaj nie zna, nikt nie zna jej. Pewnie nigdy więcej nie zobaczy tego małżeństwa, ani dwóch nastolatek, które dokładnie w tym momencie jak na złość pojawiły się w zasięgu jej wzorku. Zamknęła oczy, wyobrażając sobie dźwięki. Refren jednej z jej ulubionych piosenek, nie było to takie trudne. Słuchała jej wielokrotnie, znała na pamięć tekst i melodię. Poczuła dłonie Roberta, jedną w talii, drugą chwycił ją za rękę. Mimowolnie uśmiechnęła się, kręcąc jednocześnie z niedowierzaniem głową na boki. Dała się mu poprowadzić, wciąż z zamkniętymi powiekami. Krok w przód, krok w tył. Pomyślała, że jest równie stuknięta co brunet. W końcu tańczyła pośrodku głównej alei w jakimś parku z chłopakiem, którego widziała trzeci raz w życiu na oczy, z czego dwa wcześniejsze „przelotnie” i o którym wiedziała właściwie tylko tyle, że dostał od nieżyjącej ukochanej Jake’a list z jej zdjęciami z informacją, że mają sobie w przyszłości pomóc. W tym samym momencie, gdy uświadomiła sobie jak absurdalnie to brzmi, jego dłoń zniknęła z jej talii. Otworzyła oczy będąc w połowie obrotu.

-Dałabyś radę wyczarować nam jeszcze stroje z epoki? -zapytał przyciągając ją do siebie.

Jude położyła wolną dłoń na jego torsie. Była tak blisko niego, czuła jego ciepło. Spojrzała w jego oczy, błyszczały w nich iskierki radości.

-Jesteś szalony -wyszeptała odsuwając się od niego.

-Ale przyznaj, że chociaż na chwilę zapomniałaś o wszystkich problemach.

-Tak -zdała sobie sprawę, że już dawno tak dobrze się nie bawiła -Dziękuję.

***

Jude zajęła miejsce na kanapie obok Klaus, na ekranie telewizora przewijały się napisy końcowe. W drzwiach minęła się z Julią, szybko połączyła oba fakty w jedno. Czarodziej spędził miły wieczór ze swoją ukochaną.

-Co oglądaliście? -zapytała sięgając po kawałek czekolady z misy słodkości położonej na stole między po części opróżnioną butelką wina, a kubkami po kawie.

-Jake wybrał dla nas jakiś kryminał -wstał z miejsca, wyjął płytę z odtwarzacza -Labirynt -przeczytał tytuł znajdujący się na pudełku, do którego włożył krążek -Dobry.

-A gdzie Jake? -zapytała nie mogąc powstrzymać się przed sięgnięciem po kolejną porcję łakoci.

-Wyszedł jak przyszła Julia, wziął blok i ołówek. Pewnie gdzieś się zaszył i rysuje -spojrzał w stronę dziewczyny -A jak udał się twój spacer?

-Było miło -odparła promiennie się uśmiechając -Pomoże nam -dzięki temu wypadowi na miasto miała okazję go poznać.

Okazał się taki, jakim miała nadzieje, że będzie. Normalnym chłopakiem, bez pokręconej przeszłości czy niezrozumiałej teraźniejszości. Posiada prawie normalną rodzinę, rodziców po rozwodzie i młodszego brata. Jednak z tego, co mówił jego ojciec i matka potrafią się dogadać, nie ma między nimi wojny. Po prostu ich uczcie wygasło. Chłopak ma stypendium sportowe, a w przyszłości chce zostać agentem i reprezentować wiele znanych osobistości, nie tylko ze świata koszykówki.

-Zastanawia mnie brak reakcji ze strony Jack’a. To jak cisza przed burzą.

-Gdy nadejdzie będziemy gotowi -odparł z pewnością w głosie Klaus.

-Zastanawiała mnie sprawa tego listu -oczyma wyobraźni widziała zdjęcia, które pokazał jej Robert, siebie na nich, swoich przyjaciół, a także blondyna -Nicki wysłała go, aby chronić Jake -była to jedyna stała w tym skomplikowanym równaniu -Zastanawiam się dlaczego nie powiedziała wprost o grożącym mu niebezpieczeństwie?

-Czasami, aby chronić osobę, na której nam zależy decydujemy się na kłamstwo…

-Nie uznaję czegoś takiego jak kłamstwo w dobrej wierze -wiedziała co chce powiedzieć czarodziej, dlatego też zdecydowała się mu przerwać -Kłamstwo to kłamstwo.

-Niekiedy ucieczka jest lepszą opcją niż udział w spisanej na porażce walce. Wydaje mi się, że z kłamstwem jest podobnie. Szanuje twoje poglądy, jednak proszę, abyś miała otwarty umysł.

-Skąd Nicki wiedziała o mnie? -dziewczyna miała wrażenie, że Klaus próbuje tłumaczyć Jake’a. Sama w sumie już wybaczyła blondynowi, nie potrafiła być długo na niego zła. Nie wiedziała dlaczego, jednak za każdym razem, gdy zawiódł jej zaufanie, ona wciąż miała nadzieję, że potrafi się zmienić. Nie całkowicie, bo lubiła jego artystyczną stronę, zamiłowanie do kryminałów, które także podzielała. Dobrze czuła się w jego towarzystwie, jednak pragnęła, aby się przed nią otworzył. By podzielił się z nią swoimi myślami, a także obawami. Tylko tyle, nic więcej. Wydawało się, że jednak wciąż za dużo.

-Odnalezienie osoby z magicznymi zdolnościami urodzonej dokładnie tego samego dnia, tego samego roku w tej samej godzinie i minucie nie wydaje się takim trudnym zadaniem, szczególnie gdy posiada się wszystkie niezbędne do tego środki. Nie zapominaj, że była dziewczyną Jake’a, miała dostęp do ksiąg w bibliotece jego ojca -Jude przytaknęła, było to logiczne wyjaśnienie.

-A jak znalazła Roberta?

-Na to pytanie jeszcze nie udało mi się znaleźć odpowiedzi.

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 15

Cześć,
przepraszam za moją długą nieobecność, już jestem. Mam pierwszy od pół roku całkowicie wolny weekend, bez pracy, bez uczelni i postanowiłam poświęcić go nadrobieniu zaległości.
Rozpisałam się, mam nadzieje, że dotrwacie do końca notki. Część przerzuciłam do kolejnej części, bo wyszła mi naprawdę przesadzona, jeżeli chodzi o objętość.
PS. Dziękuję, że jesteście :*

PORWANA, część 15

Jude siedziała naprzeciwko Roberta, chłopak cały czas się uśmiechał przez co i jej dopisywał dobry humor. Przypominał czarodziejce jej najbliższego przyjaciela, David’a. Oboje sportowcy. Poznała zapaśnika, bo taki rodzaj aktywności fizycznej uprawiał chłopak, przez ojca albo raczej dzięki ojcu, który był jego trenerem. Mogła z David’em pogadać o wszystkim, nie miała przy nim żadnych zahamowań. Ufała mu, a on jej. Otaczała go bliżej nieokreślona przyjazna aura, to samo dotyczyło Roberta. Chciała po prostu być w jego towarzystwie. Szybko zdała sobie sprawę, że właśnie tego jej brakuje. Wcześniej o tym nie myślała, ale jakaś jej cząstka tęskniła za tą swobodą, którą czuła będąc z David’em. Brakowało jej domu, uczelni. Tego wszystkiego co miała i co było niegdyś jej codziennością. Znajomych, specyficznego poczucia humoru Lucy, jej najbliższej koleżanki ze studiów. Wspólnych wieczorów spędzonych na nauce, przygotowywaniu ściąg z iście kosmicznymi wzorami, a także plotkowania o wykładowcach, szczególnie prowadzącym audytoria ze statystki. Wysokim, dobrze zbudowanym doktorancie. Góra 4-5 lata starszym od nich. Mężczyzna z motorem i gitarą, chodzący ideał. Gdyby była nieco lepsza z matematyki to wybrałaby go jako swojego opiekuna pracy.

-Zamierzasz nam w końcu powiedzieć to, co chcemy usłyszeć. Czy mamy cię o to prosić? -dość ostry ton głosu blondyna sprowadził ją do rzeczywistości.

 -Od razu do sedna sprawy -Robert w dalszym ciągu przyglądał się Jude, położył dłonie na stole. Splótł je razem, pochylając się nieco w stronę dziewczyny. Czarodziejka mimo, iż skupiona była na koszykarzu, wręcz czuła na sobie spojrzenie blondyna.

-Zapomniałem zaproponować coś do picia. Kawy? Coś zimnego? Może ciasteczka do tego?

-Jake! Nie bądź niemiły -warknęła Jude, odwracając się w stronę młodego McGhart’a, a zaraz potem spoglądając na niego w taki sposób, że gdyby mogła zabijać wzrokiem, bez wątpienia udałoby się jej to uczynić w tym momencie.

-W porządku, po prostu pytajcie. Odpowiem na każde pytanie -brunetka była wdzięczna Robertowi za opanowanie, nie miała ochoty być rozjemcą kolejnej bójki.

-Skąd wiesz kim jesteśmy? -zadała pytanie Jude -Specjalnie wtedy na mnie wpadłeś? Dlaczego uciekłeś? -nie mogła się powstrzymać przed zadaniem kolejnych dwóch, choć raz miała nadzieję uniknąć sytuacji, gdy jej rozmówca nagle znika albo odchodzi trzaskając za sobą drzwiami. Zdawała sobie sprawę, że liczy na wiele. „Nadzieja matką głupich” -w jej głowie zabrzmiały słowa Lucy. Doskonale pamiętała, że opowiadała wtedy koleżance, że po raz drugi przeprowadza ekspresję białka, nad którym przyszło jej pracować podczas pisania pracy dyplomowej, dziewczyna śmiała się, że byłoby to zbyt piękne i na pewno będzie się z tym bawić znacznie dłużej. Przywykła do sobót spędzonych na pracowni, jednak jak każda normalna osoba wolałaby je spędzić w domu, w kinie czy gdziekolwiek indziej. Odpowiedziała jej wtedy: „Ale każda matka swoje dzieci kocha”. Czarodziejka w końcu nie wymagała od Roberta rzeczy niemożliwych, tylko jasnego, logicznego i zgodnego z prawdą wytłumaczenia sytuacji.

-Niby wiedziałem kim jesteście, ale nie do końca -brunet opowiadając dość żywo gestykulował -Jednak wpadłem na ciebie zupełnym przypadkiem. Nie było w tym ani grama celowości -dodał drugie zdanie, chcąc potwierdzić prawdziwość swoich słów. Jude dostrzegła jak blondyn przewraca oczami, miała ochotę uderzyć go książką leżącą obok niego na kominku. Krytykować innych to łatwo, ale samemu powiedzieć prawdę to nie łaska.

-Skąd o nas wiesz? -ponowiła swoje pytanie czarodziejka.

-Kiedyś znalazłem to pod drzwiami domu -chłopak wyjął z kieszeni bluzy szarą złożona na pół kopertę, a następnie podał ją dziewczynie. Zaadresowana była jego imieniem i nazwiskiem, brakowało jednak adresu oraz znaczka pocztowego. Jude pomyślała, że nie mogła zostać wysłana, świadczyło to raczej, że paczka została podrzucona.

Brunetka zajrzała do środka, znajdowały się tam zdjęcia. Wyjęła je i zaczęła oglądać. Już pierwsze przykuło jej uwagę, znajdowała się na nim ona sama w towarzystwie swoich kolegów i koleżanek ze studiów. Obok niej stała Lucy, uśmiechała się radośnie. Szybko wydedukowała, że zostało ono zrobione na pierwszym roku. Poza jej najbliższą koleżanką na zdjęciu znajdował się Matt i Ruth, którzy nie poradzili sobie z matematyką i odpali ze studiów po pierwszym lub drugim semestrze, nie pamiętała dokładnie. Po raz kolejny tego dnia, tej godziny, zatęskniła za tamtymi czasami. Wtedy wszystko było takie proste. No, może nie do końca, bo chemia do najprostszych nie należy, ale bez wątpienia łatwiejsze. Szybko przerzuciła fotografię, na kolejnej stała przy samochodzie z bratem. On stał bokiem, ręce miał oparte na dachu pojazdu, ona wyraźnie znudzona siedziała na masce. Rozpoznanie okolicy nie sprawiło jej problemu, był to parking przed blokiem jej babci. Nie potrafiła umiejscowić tego wydarzenia w konkretnym czasie, mogła jedynie przypuszczać, że czekali wtedy na ojca, aby po kolejnych zawodach sportowych zabrać go do domu.

-Skąd je masz? -zapytała oburzona, gdy przyglądała się trzeciemu zdjęciu. Siedziała na ławce w parku niedaleko wydziału chemii ze swoimi byłym chłopakiem. Początkowo układało im się dobrze, nawet można powiedzieć, że bardzo dobrze. Jej ojciec go polubił, co w sumie było do przewidzenia, dzieli wspólne pasje. Keith, bo tak się chłopak nazywał, zapalony piłkarz, uczęszczający na treningi każdego dnia, bez względu czy odbywały się na hali czy na świeżym powietrzu, czy aura sprzyjała czy padał ulewny deszcz. Miał jedną wadę, której Jude nie mogła znieść, był chorobliwie zazdrosny. Gdy zrobił jej scenę przy znajomych przeddzień wigilii nie wytrzymała i zerwała z nim wszelkie kontakty. Zdjęcia, które trzymała w rękach przywołały tak wiele wspomnieć, jednak fakt, że dostała je od zupełnie obcego chłopaka przerażał ją -Skąd mam mieć pewność, że nie kłamiesz? Że to ty ich nie zrobiłeś? -ledwo powstrzymała się przed zapytaniem czy nie jest przypadkiem jakimś psychopatą. Cieszyła się, że ma przy sobie Klausa i Jake, czuła się przy nich bezpieczna, mimo budzącej lęk i obawy sytuacji. Gdy sięgnęła po następne zdjęcie, ujrzała na nim Jake’a. Chłopak stał oparty o jakiś budynek. Na jego twarzy gościł uśmiech, czarodziejka zdała sobie sprawę, że rzadko go takiego widuje, a szkoda, bo do twarzy mu. Spojrzała na ostatnią fotografię, blondyn trzymał za rękę swoją ukochaną, Nicki. Obok nich znajdowała się Cadence. Ciemne rozpuszczone włosy dziewczyny, częściowo zakrywały twarz, jednak Jude bez problemu rozpoznała córkę Jack’a.

Obok Jude pojawił się Jake, ciekaw co takiego znajduje się na zdjęciach. Nachylił się nad czarodziejką, był tak blisko, że brunetka czuła wzbierającą w nim złość. Widziała jak zaciska szczękę.

-Oprócz zdjęć w kopercie był też list -Jude podała blondynowi fotografie, aby mógł je obejrzeć, sama skupiła się na Robercie i kartce, którą trzymał w dłoniach -Autor pisze, że w przyszłości wy będziecie potrzebowali mojej pomocy, a ja waszej -streścił zawartość listu brunet, następnie podał go Jude.

-I tak bez problemu uwierzyłeś, że nijaka Jude ze zdjęć jest czarodziejką? -zapytała widząc swoje imię i nazwisko, a przy nim wyjaśnienie, że potrafi posługiwać się magią.

-Zanim powiedziałem wam o przesyłce powinienem był zaznaczyć, że jestem pełen władz umysłowych. I nie, nie uwierzyłem. Uznałem, że to jakiś kiepski żart.

-Ale wczoraj z pełnym przekonaniem nazwałeś mnie czarodziejką, a Jake’a synem czarnoksiężnika -drążyła dalej temat czarodziejka, przez chwilę nawet zastanowiła się jak ona zareagowałaby, gdyby znalazła pod drzwiami własnego domu paczkę ze zdjęciami obcych sobie ludzi i list, w którym jakiś szaleniec pisze jej, że magia istnieje naprawdę.

-Byłem ciekaw waszej reakcji. Liczyłem raczej, że wyzwiecie mnie od nienormalnych, szaleńców czy co tam jeszcze jesteście w stanie wymyślić. A wy z pełnym spokojem zaproponowaliście mi spotkanie. Wiecie jakie było moje zdziwienie?

-Kiedy dostałeś te zdjęcia? -wtrącił Jake, niespokojnie przestępując z nogi na nogę.

-Jakieś dwa lata temu -Robert zmarszczył czoło, a jego odpowiedź brzmiała bardziej jak pytanie niż stwierdzenie faktu -Coś koło tego. 

-Nie pomyślałeś, że to może my jesteśmy stuknięci. I zamiast odciąć się od wariatów, zgodziłeś się tutaj przyjść -dziewczyna była coraz bardziej zaintrygowana historią Roberta, wciąż ciężko było jej uwierzyć w jego słowa, jednak póki on mówił ona słuchała.

-Po tym jak na ciebie wpadłem, sprawdziłem twój profil na portalu społecznościowym. Studentka chemii, posiadająca wielu znajomych. Wiele zdjęć z ukochanym psem. Uznałem, że taka ładna i miła dziewczyna nie może być żadną psychopatką, morderczynią czy innym złem wcielonym -Jude zaśmiała się na samo wyobrażenie siebie z nożem obciekającym krwią w ręku.

-Twojego nie mogłem znaleźć -zwrócił się do blondyna -Znaczy się, istnieje jeden Jake McGhart, jednak jest to mężczyzna pod pięćdziesiątkę, ze znacznym stopniem otyłości. Prowadzący jakąś mało znaną knajpę w dość odległej części kraju.

-Nic dziwnego, odkąd pamiętam zawsze posługiwałem się nazwiskiem matki. W liceum, na studiach, na portalach społecznościowych także je podawałem… -blondyn zwrócił uwagę na coś w liście.

-Jake? -zapytała chcąc dowiedzieć się, co takiego odkrył chłopak. Blondyn jednak milczał, jak zahipnotyzowany wpatrywał się w trzymaną w ręku kartkę papieru. Po raz kolejny czarodziejka pomyślała o uduszeniu go własnymi rękoma. Zdecydowała, że jeżeli postanowi wyjść bez słowa z pokoju, dokona na nim mordu doskonałego, jednocześnie udowadniając, że jak kobieta chce to potrafi.

-Jeśli masz odwagę, to wszystko może się udać.

-Słucham?

-To fragment książki. Jeżeli powiemy sobie, że potrafimy, jeśli powiemy sobie w głębi serca „nie denerwujemy się”, jeśli będziemy się zachować się jak bohaterowie… wszyscy będziemy odważni.

-Piotruś Pan -wtrącił dotąd milczący Klaus, rozpoznają cytowany przez blondyna fragment -Odwaga jest na wyciągnięcie ręki. Odwaga to jest coś, no nie? Jeśli masz odwagę, to wszystko musi się udać -dokończył nie mogąc się powstrzymać.

-Rozumiem, że jest to jakaś wskazówka -dziewczyna uważnie przyjrzała się blondynowi, nie drapał się za uchem, jak zwykł to robić, gdy myśli, więc… -Ty wiesz kto jest autorem.

/Miłośniczka kryminałów