Archiwa tagu: czary

Porwana, część 19

Cześć,
znowu zawaliłam :(

Mieliśmy w pracy kontrolę za kontrolą, na dodatek jesteśmy w trakcie audytu. W tym tygodniu na pewno nie dam rady się zrehabilitować i dodać kolejnej notki, ale postaram się nadrobić zaległości w święta :)

Zabrałam się też za nadrabianie zaległości na Waszych blogach, postaram się jak najszybciej u każdego pojawić i zostawić po sobie ślad ;) Przepraszam za moją nieobecność ostatnio.

PORWANA, część 19

Dom należący do rodziny McGhart w roku 1938 wyglądał dokładnie tak samo jak ten z czasów, z których przybyła Jude i jej towarzysze. Duża posiadłość otoczona jeszcze większym ogrodem. Kamienna ścieżka prowadząca prosto na wyłożony kamieniem ganek z masywnymi wykonanymi z ciemnego drewna rzeźbionymi drzwiami wejściowymi, a także ozdobnymi witrażami w oknach na piętrze. Wszystkie drzewa i krzewy na posesji były starannie przycięte, trawnik równo skoszony. Wszytko zadbane, wykonane z dbałością o każdy nawet najmniejszy szczegół.

-Jaki jest plan? -zapytał Robert wciąż trzymając Jude na rękach.

-Może najpierw mnie postawisz? -koszykarz pomógł czarodziejce ostrożnie stanąć na zdrowej nodze, ręka dziewczyny wciąż znajdowała się na jego szyi, a dłoń bruneta spoczywała na jej plecach stanowiąc podporę.

Jake nie zwracając uwagi na pozostałą dwójkę zapukał do drzwi. Obdarowany gniewnym spojrzeniem koleżanki wzruszył jedynie ramionami. Blondyn stojąc u progu swojego domu prawie sprzed stulecia nie potrafił się skupić na niczym innym poza myślą, że chciałby mieć spotkanie ze swoim przodkiem już za sobą. Drzwi otworzył młody chłopak, mniej więcej w ich wieku. Szczupły, ubrany w białą koszulę i brązową kamizelkę. Jego ciemne brązowe włosy starannie były zaczesane na bok.

-W czym mogę pomóc? -zapytał przyglądając się gościom.

-Cześć. Nazywam się Jude. A to Robert i Jake -czarodziejka wyrzuciła z siebie słowa niczym pociski z armaty -Szukamy Roger’a McGhart’a.

-W takim razie to mnie szukacie.

-Musimy porozmawiać -dziewczyna wysiliła się na uśmiech, dopiero teraz dostrzegła niewielkie podobieństwo w budowie i rysach twarzy u blondyna i jego pradziadka. Gdyby nie wiedziała, że mężczyźni są spokrewnieni zapewne nie wyłapałaby tych zbieżności.

-Jude skręciła kostkę, potrzebuje pomocy -dodał koszykarz starając się odnaleźć w tej niecodziennej sytuacji jako nie czarodziej i nie członek pokręconej rodziny McGhart.

-Wejdźcie -Roger usunął się na bok, robiąc przejście dla gości.

Robert pomógł dziewczynie przejść przez wyłożony marmurem hol główny. Spod sufitu zwisały ozdobne żyrandole, na ścinach wisiały oprawione w masywne drewniane ramy obrazy. Gospodarz zaprowadził ich do przestronnego salonu w głównej części budynku na parterze. Układ domu był taki sam jakim zapamiętał go Jake.

-To twój dom? -koszykarz zwrócił się do blondyna rozglądając się po pomieszczeniu, gdy tylko dziewczyna zajęła miejsce na fotelu tuż przy kominku, z którego buchały płomienie.

-Moja rodzina mieszka tutaj od pokoleń -Roger udzielił brunetowi odpowiedzi na pytanie, uznając, że skierowane było ono do niego, a nie do jego prawnuka -Przyniosę lód i bandaże -dodał przechodząc obok małego drewnianego stolika, na którym stały szachy, w stronę drzwi, gdy zatrzymały go słowa wypowiedziane przez Jude.

-Nie potrzebujesz tego -chłopak obrócił się w jej stronę -Wiem, że jesteś czarodziejem.

-Słucham?

-Ja także posiadam magiczne zdolności.

-Nie mam pojęcia o czym mówisz.

-Mogę to udowodnić -czarodziejka wyciągnęła przed siebie rękę, a następnie wyczarowała na niej ognistą kulę -Proszę, musisz nam pomóc. Nikogo tu nie znamy. Jesteś naszą jedyną nadzieją na powrót do domu -zabrzmiał jej błagalny głos.

-Skąd o mnie wiecie? -na dotychczas spokojnej twarzy Roger’a pojawiło się zdziwienie.

-To dość skomplikowane.

-Jeżeli mam wam pomóc, musicie być ze mną szczerzy.

-W porządku -Jude skinęła potwierdzająco głową, wcześniej spoglądając na swoich towarzyszy -Jakkolwiek szalenie to brzmi, musisz wiedzieć, że to prawda -głęboki wdech -Jake jest twoim prawnukiem, zostaliśmy przeniesieni do twoich czasów z roku 2015.

-To niemożliwe, nie istnieje czar umożliwiający podróże w czasie -zaprotestował wciąż nie mogąc złapać oddechu po nagłym wybuchu śmiechu.

-Ale my tutaj jesteśmy…

-Wychowywałem się w tym domu, znam go jak własną kieszeń. Do biblioteki prowadzi tajne przejście przez kominek z pokoju na pierwszym piętrze. W zachodnim skrzydle znajdują się ukryte drzwi prowadzące do schronu mieszczącego się pod ogrodami.

-To niczego nie dowodzi -zaprotestował niemal od razu pradziadek Jake’a.

Blondyn wiedział, że tylko jedno może przekonać Roger’a, że to, co mówią jest prawdą. Sięgnął ręką do kieszeni kurtki mając nadzieję, że przedmiot nadal tam jest. Nie znalazł go w prawej kieszeni bluzy. Przerażony, że zostawił go w domu Klausa nerwowo włożył rękę do lewej. Odetchnął z ulgą znajdując to, czego szukał.

-Jest w rodzinie od pokoleń -odparł pokazując przedmiot przodkowi -Po wewnętrznej stronie wygrawerowane są słowa: „Na zawsze twój, MMG” -podał pierścionek będącemu w szoku Roger’owi -M od imienia Martin, MG od nazwiska McGhart -wyjaśnił Jake.

-Ale jak to możliwe?

-Sami chcielibyśmy to wiedzieć -wtrąciła się Jude.

-Teraz nam pomożesz? -chciał wiedzieć Robert – Może zaczniesz od uleczenia nogi Jude?

***

Roger bez problemu uleczył skręconą kostkę Jude, dziewczyna promiennie się uśmiechnęła, a następnie podziękowała czarodziejowi. Miała jeden problem mniej na głowie, wprawdzie była to błahostka w porównaniu do głównego powodu, dla którego wraz z Robertem i Jake’m pojawiła się u progu domu pradziadka blondyna. Porządnie zawiązywała but na zdrowej już nodze.

-Jak dokładnie się tutaj znaleźliście? -zapytał kładąc wyczarowane przez siebie szklanki, także napoje i wodę na stole.

-Właściwie to nie wiemy. W jednej chwili byliśmy w domu naszego przyjaciela w drugiej mężczyzna z bronią przeganiał nas z tego samego budynku w roku 1938 -wyjaśnił Jake bez podawania szczegółów.

-To wszystko? -zapytał zdziwiony Roger.

-Myślimy, że ojciec Jake’a… -zaczęła czarodziejka, gdy przerwał jej blondyn.

-Nie ma znaczenia kto, ani dlaczego. Im mniej wiesz tym lepiej -wyjaśnił spoglądając na pozostałą dwójkę swoich towarzyszy -Przypuszczamy, że do rzucenia czaru wykorzystano czarną magię -dodał nieco łagodniej.

-Jak już wcześniej wspomniałem, nie znam zaklęcia pozwalającego na podróże w czasie, szczerze mówiąc nigdy nawet o takim nie słyszałem.

-Ale my nie możemy tutaj zostać, musimy wrócić do swoich czasów. Może znasz kogoś kto mógłby nam pomóc? -zabrzmiał zmartwiony głos dziewczyny.

-Mój ojciec jest w Europie, wyśle mu wiadomość. Możemy też poszukać informacji w bibliotece, może tam coś znajdziemy -odparł drapiąc się za uchem.

-Nie -zaprotestował szybko Jake -Twój ojciec musi zostać w Europie.

-Nie rozumiem.

-Im mniej osób wie o naszej obecności w twoich czasach tym lepiej.

***

-Jake -czarodziejka z postawy jaką przyjął wobec niej chłopak, wywnioskowała, że ponownie postanowił ją od siebie odsunąć -Chciałabym z tobą porozmawiać -starała się wymusić, aby na nią spojrzał, jednak jego wzrok zwrócony był w zupełnie innym kierunku -W cztery oczy -dodała z naciskiem.

-Teraz to zły moment -brunetka otworzyła usta z niedowierzaniem.

-Nalegam -nie zamierzała jednak tym razem odpuścić.

-W porządku -odparł po kilkudziesięciu sekundach milczenia blondyn, a następnie skierował się w stronę wyjścia, tuż za nim udał się dziewczyna.

-To zajmie tylko chwilę -Jude uśmiechnęła się do Roberta, kątem oka spoglądając jeszcze na czarodzieja, który podobnie jak ich trójka był zdezorientowany w tej sytuacji.

-O czym chcesz rozmawiać? -zapytał Jake, gdy znaleźli się w korytarzu.

Dziewczyna przeszła przez hol, otworzyła drzwi do pomieszczenia znajdującego się naprzeciwko salonu, z którego właśnie wyszli. Chłopak przewrócił oczyma, Jude nie specjalnie się tym przejęła. Poczekała, aż blondyn przekroczy próg kuchni.

-Powiesz mi o co ci chodzi? -zapytała, gdy drzwi za nimi się zamknęły.

-Mi? Raczej o co tobie chodzi… -odparł udając się wzdłuż kuchennego blatu w stronę lodówki, jednocześnie przeciągając po nim prawą dłonią.

-Jake! -podniosła głos chcąc na siebie zwrócić uwagę chłopaka -Przecież widzę, że coś jest na rzeczy -dodała, gdy blondyn odwrócił się w jej stronę. Stali naprzeciwko siebie, między nimi znajdował się kwadratowy drewniany stół.

-Wszystko jest w porządku. Na tyle na ile jest to możliwe biorąc pod uwagę, że zostaliśmy przeniesieni w czasie do roku 1938 -czarodziejka westchnęła na te słowa, powoli traciła cierpliwość, co nie wróżyło nic dobrego.

-Jeszcze kilka godzin temu traktowałeś mnie jak przyjaciółkę, a nawet… -zamilkła szukając odpowiednich słów -Jesteś w stosunku do mnie oziębły odkąd znaleźliśmy się tutaj -po tych słowach w pomieszczeniu zapanowała cisza, wszechobecna i niezwykle uciążliwa -Nie zaprzeczasz -odważyła się w końcu odezwać ledwo panując na drżącym głosem.

-To nie powinno było się nigdy wydarzyć…

-Przecież coś do mnie czujesz! -nie pozwoliła Jake’owi dokończyć, musiała to powiedzieć.

-Jude…

-Nie kłam! Choć raz zdobądź się na odwagę i powiedz mi prawdę.

Każda sekunda milczenia po wypowiedzianych przez nią słowach wydawała się trwać wieczność. Patrzyła w jego niebieskie oczy, a nadzieja, którą w nim pokładała z każdą chwilą wydawała się coraz bardziej mglista. Nie mogąc dłużej znieść panującego między nimi napięcia obeszła stół dookoła. Stanęła tuż przed chłopakiem, ich twarze dzieliły zaledwie milimetry. Będąc tak blisko niego nie potrafiła myśleć o niczym innym tylko jego dłoniach z zachłannością pieszczących jej ciało, tak jak to miało miejsce kilka godzin temu, nim przerwano im tę nieopisaną dla niej chwile radości.

-Jeśli ktoś ciągle mówi nie, przestań prosić -wyszeptała, a następnie ujęła jego szyję w swoje dłonie. Wspięła się na palcach, aby chwilę potem poczuć na swoich ustach ciepło i smak jego warg. Blondyn nie protestował. Co więcej odwzajemnił jej pocałunek, mocniej przyciągając ją do siebie. Wsunął swoje ręce pod jej bluzkę, delikatnie musnął palcami jej skórę na plecach.

-Czego się boisz? -zapytała czując jego oddech na swojej szyi.

-Nie chcę złamać ci serca…

-To tego nie rób -spoglądała mu w oczy, ich czoła stykały się.

-Nie możemy być razem.

-Dlaczego? -odparła oburzona odsuwając się od niego -Powiedz mi dlaczego.

-Nie jestem dla ciebie odpowiedni.

-Skąd ta pewność? Może jesteś najbardziej odpowiedni dla mnie.

-Nie chcę się kłócić -odparł przesuwając krzesło stojące po jego lewej stronie, a zaraz potem zmierzając w stronę wyjścia z pomieszczenia -Zaufaj mi, tak będzie lepiej.

-Bzdura -dziewczyna parsknęła śmiechem -Nie uważasz, że już ufam ci, aż nadto? -blondyn milczał stojąc przed drzwiami, odwrócony do niej plecami – Mógłbyś spojrzeć na mnie, gdy do ciebie mówię? -młody McGhart skierował na powrót głowę w jej stronę, starała się mówić spokojnie, jednak czuła jak jej serce rozpada się na drobne kawałki -Powiedz mi o co chodzi. Razem znajdziemy jakieś wyjście.

-Powinniśmy wrócić do Roberta i Rogera. Zacząć szukać sposobu na powrót do domu.

-Dupek! -Jude wyminęła chłopaka, w pośpiechu opuszczając pomieszczenie.

/Miłośniczka kryminałów

PS. Przepraszam za jakoś notki, ale nie miałam czasu jej przejrzeć.

Porwana, część 16

Cześć,

miało być dzisiaj bez zbędnych wstępów, powiem tylko krótko: Przepraszam za wszelkie literówki, jeżeli takie się pojawią i jakieś urwane w połowie zdania (mam nadzieje, że tych drugich nie ma), pisałam to opowiadanie na raty przez mój głupi komputer, który wymyślił sobie to aktualizację, to się przegrzał, to znowu coś innego i co chwilę się wyłączał.

PORWANA, część 16

Jude patrzyła na blondyna czekając na jakikolwiek wyjaśnienia. Wiedziała, że cokolwiek się stanie lub nie stanie, wyciągnie od niego kto jest autorem listu.

-Nicki to napisała -odparł obojętnym głosem, a cała złość, którą wcześniej widziała na jego twarzy po prostu zniknęła. Zastąpiło ją coś innego, brunetka starała się odnaleźć właściwie określenie, a jedyne które przychodziło jej do głowy było „odrętwienie”.

-Nicki? Przecież ona… -dziewczyna chciała powiedzieć „nie żyje”, powstrzymała się jednak w ostatniej chwili. Jake wcześniej podczas rozmowy zapytał Roberta kiedy otrzymał przesyłkę. Koszykarz odpowiedział, że jakieś dwa lata temu. Istniała więc realna możliwość, że to ukochana młodego McGharta napisała list i wysłała go do bruneta -Jesteś pewien, że to ona?

-Dwa razy użyła słowa „nierozumienie” zamiast „nieporozumienie”. To w jej stylu. A jej ulubiony cytat z jej ulubionej książki tylko potwierdził moje przypuszczenia -odparł wzruszając ramionami -Przy jednym z naszych ostatnich spotkań powiedziała, że muszę być otwarty na nieprzewidziane zdarzenia w życiu i mieć odwagę, że wszystko się uda. Wtedy nie rozumiałem o co jej chodzi. Zbyła mnie krótkim wyjaśnieniem, że tak jej się po prostu wzięło na rozmyślania. Wtedy mi to wystarczyło. Teraz jestem pewien, że ona wiedziała, że coś nadchodzi. Coś złego.

-Nie wydaje ci się dziwne to, że twoja ukochana mnie śledziła? Dlaczego?

-Na pewno miała swoje powody.

-Czy ty siebie słyszysz? -spojrzała na niego poprzez przymrużone oczy.

-Co chcesz usłyszeć? Że dziewczyna, której bezgranicznie ufałem, osoba, z którą chciałem spędzić resztę życia, miała przede mną tajemnice? Widocznie nie znałem jej tak dobrze jak sądziłem.

-Nie rozumiem co to za świat, w którym powiedzenie prawdy jest trudniejsze niż kłamstwo i zmierzenie się z jego konsekwencjami -blondyn nic nie powiedział, nie patrzał też na nią.

***

-Skomplikowane to wszystko -odparł Robert sięgając po swoją torbę w korytarzu -Podziwiam cię, że potrafisz się w tym odnaleźć.

-Jeżeli chcę wrócić do domu, muszę uwolnić się od Jack’a -potarła dłońmi o swoje ramiona, musiała być silna, nie miała innego wyboru -Musisz wiedzieć,że autor listu -westchnęła na samą myśl o ukochanej Jake’a -Nicki -poprawiła się -miała rację co do jednego. Potrzebujemy cię.

-Możesz liczyć na moją pomoc -uśmiechnął się, chcąc dodać jej otuchy -Może gdzieś razem wyskoczymy? Kawa, kino? Cokolwiek, abyś choć na chwilę zapomniała o Jack’u i jego pokręconym świecie.

Kilkadziesiąt minut później szła ramie w ramie z koszykarzem. Nie żałowała, że dała się namówić Robertowi na spacer. Pogoda wprawdzie nie dopisywała, pojedyncze promienie słońca sporadycznie przebijały się przez warstwę chmur, jednak drzewa we wszystkich odcieniach jesieni zapierały jej dech w piersiach. Mimowolnie pomyślała o Jake’u, spodobałoby mu się tutaj. Idealne miejsce do malowania. Zmierzali główną aleja w pobliskim parku w stronę znajdującego się w oddali niewielkiego stawu. Z miejsca, w którym stała słyszała szum wody, widziała kaczki przemierzające zbiornik z jednej strony na drugą. Żałowała, że nie miała przy sobie chleba, ani jakichkolwiek resztek jedzenia. W związku z niesprzyjającą do spacerów aurą przez park nie przewijało się zbyt wielu ludzi. Dziewczynie to nie przeszkadzało, napawała się tą chwilą ciszy i spokoju.

-Tak właściwie to się cieszę -brunet szedł tuż obok niej, z torbą przerzuconą przez ramię.

-Z jakiego powodu? -zapytała wdychając do płuc świeże powietrze.

-Że wtedy na ciebie wpadłem -odparł z uśmiechem na twarzy.

Czarodziejka przez chwilę zastanowiła się skąd w nim tyle optymizmu. Chciała go nawet zapytać, czy nie ma zakwasów od uśmiechania się. Szybko jednak zdała sobie sprawę, że wcale nie tak dawno temu, także i ona miała wiele powodów do radości.

-Nie przeraża cię cały ten świat magii czy też perspektywa zmierzenia się z czarnoksiężnikiem pragnący przejąć rządy nad światem?

-Nie szczególnie.

-Nie szczególnie? -spojrzała na niego zdziwiona, chociaż to mało powiedziane -Ja do tej pory nie oswoiłam się z myślą, że jestem czarodziejką i prawdopodobnie prędzej niż później przyjdzie mi stanąć do walki z okrutnym Jack’em, ty natomiast wiesz o tym od kilku godzin i nie masz żadnych obaw? Żadnych pytań?

-Mam po swojej stronie trzech muszkieterów -puścił do niej oczko.

-Słucham? -spojrzała na niego jak na kosmitę, mówiącego do niej w zupełnie obcym jej języku.

-Jesteś jak Athos, niezłomny dowódca z dwójką swych wiernych kompanów, Aramisem i Portosem.

-Mówisz o Jake’u i Klausie? A ty to? -zmarszczyła czoło starając się pojąc jego tok myślenia.

-Ja jestem D’Artagnan -odparł unosząc dumne podbródek.

-Nie zgadzam się -zaprotestowała zakładając ręce na piersi.

-Dlaczego?

-Dlaczego mam być mężczyzną. Wolałabym kobiecy odpowiednik.

-Skoro tak bardzo nalegasz, Constance -mówiąc to odłożył torbę na ziemi, a następnie wyciągnął w jej stronę rękę -Można prosić panią do tańca? -teatralnie pokłonił się.

-Co? -rozejrzała się dookoła -Jesteśmy w parku. Ludzie będą się dziwnie na nas patrzeć -dodała wskazując na zmierzające w ich stronę małżeństwo z żwawo kroczącą przed nimi małą blond dziewczynką ubraną w różową kurtkę.

-To niech patrzą -stał niewzruszony jej słowami.

-Nie ma muzyki -przerażała ją myśl robienia czegokolwiek przed ludźmi, od zawsze stresowała się przed publicznymi wystąpieniami.

-Jesteś czarodziejką.

Westchnęła. Od samego początku była na przegranej pozycji. W myślach powtarzała sobie, że jest w obcym mieście, daleko od domu. Nikogo tutaj nie zna, nikt nie zna jej. Pewnie nigdy więcej nie zobaczy tego małżeństwa, ani dwóch nastolatek, które dokładnie w tym momencie jak na złość pojawiły się w zasięgu jej wzorku. Zamknęła oczy, wyobrażając sobie dźwięki. Refren jednej z jej ulubionych piosenek, nie było to takie trudne. Słuchała jej wielokrotnie, znała na pamięć tekst i melodię. Poczuła dłonie Roberta, jedną w talii, drugą chwycił ją za rękę. Mimowolnie uśmiechnęła się, kręcąc jednocześnie z niedowierzaniem głową na boki. Dała się mu poprowadzić, wciąż z zamkniętymi powiekami. Krok w przód, krok w tył. Pomyślała, że jest równie stuknięta co brunet. W końcu tańczyła pośrodku głównej alei w jakimś parku z chłopakiem, którego widziała trzeci raz w życiu na oczy, z czego dwa wcześniejsze „przelotnie” i o którym wiedziała właściwie tylko tyle, że dostał od nieżyjącej ukochanej Jake’a list z jej zdjęciami z informacją, że mają sobie w przyszłości pomóc. W tym samym momencie, gdy uświadomiła sobie jak absurdalnie to brzmi, jego dłoń zniknęła z jej talii. Otworzyła oczy będąc w połowie obrotu.

-Dałabyś radę wyczarować nam jeszcze stroje z epoki? -zapytał przyciągając ją do siebie.

Jude położyła wolną dłoń na jego torsie. Była tak blisko niego, czuła jego ciepło. Spojrzała w jego oczy, błyszczały w nich iskierki radości.

-Jesteś szalony -wyszeptała odsuwając się od niego.

-Ale przyznaj, że chociaż na chwilę zapomniałaś o wszystkich problemach.

-Tak -zdała sobie sprawę, że już dawno tak dobrze się nie bawiła -Dziękuję.

***

Jude zajęła miejsce na kanapie obok Klaus, na ekranie telewizora przewijały się napisy końcowe. W drzwiach minęła się z Julią, szybko połączyła oba fakty w jedno. Czarodziej spędził miły wieczór ze swoją ukochaną.

-Co oglądaliście? -zapytała sięgając po kawałek czekolady z misy słodkości położonej na stole między po części opróżnioną butelką wina, a kubkami po kawie.

-Jake wybrał dla nas jakiś kryminał -wstał z miejsca, wyjął płytę z odtwarzacza -Labirynt -przeczytał tytuł znajdujący się na pudełku, do którego włożył krążek -Dobry.

-A gdzie Jake? -zapytała nie mogąc powstrzymać się przed sięgnięciem po kolejną porcję łakoci.

-Wyszedł jak przyszła Julia, wziął blok i ołówek. Pewnie gdzieś się zaszył i rysuje -spojrzał w stronę dziewczyny -A jak udał się twój spacer?

-Było miło -odparła promiennie się uśmiechając -Pomoże nam -dzięki temu wypadowi na miasto miała okazję go poznać.

Okazał się taki, jakim miała nadzieje, że będzie. Normalnym chłopakiem, bez pokręconej przeszłości czy niezrozumiałej teraźniejszości. Posiada prawie normalną rodzinę, rodziców po rozwodzie i młodszego brata. Jednak z tego, co mówił jego ojciec i matka potrafią się dogadać, nie ma między nimi wojny. Po prostu ich uczcie wygasło. Chłopak ma stypendium sportowe, a w przyszłości chce zostać agentem i reprezentować wiele znanych osobistości, nie tylko ze świata koszykówki.

-Zastanawia mnie brak reakcji ze strony Jack’a. To jak cisza przed burzą.

-Gdy nadejdzie będziemy gotowi -odparł z pewnością w głosie Klaus.

-Zastanawiała mnie sprawa tego listu -oczyma wyobraźni widziała zdjęcia, które pokazał jej Robert, siebie na nich, swoich przyjaciół, a także blondyna -Nicki wysłała go, aby chronić Jake -była to jedyna stała w tym skomplikowanym równaniu -Zastanawiam się dlaczego nie powiedziała wprost o grożącym mu niebezpieczeństwie?

-Czasami, aby chronić osobę, na której nam zależy decydujemy się na kłamstwo…

-Nie uznaję czegoś takiego jak kłamstwo w dobrej wierze -wiedziała co chce powiedzieć czarodziej, dlatego też zdecydowała się mu przerwać -Kłamstwo to kłamstwo.

-Niekiedy ucieczka jest lepszą opcją niż udział w spisanej na porażce walce. Wydaje mi się, że z kłamstwem jest podobnie. Szanuje twoje poglądy, jednak proszę, abyś miała otwarty umysł.

-Skąd Nicki wiedziała o mnie? -dziewczyna miała wrażenie, że Klaus próbuje tłumaczyć Jake’a. Sama w sumie już wybaczyła blondynowi, nie potrafiła być długo na niego zła. Nie wiedziała dlaczego, jednak za każdym razem, gdy zawiódł jej zaufanie, ona wciąż miała nadzieję, że potrafi się zmienić. Nie całkowicie, bo lubiła jego artystyczną stronę, zamiłowanie do kryminałów, które także podzielała. Dobrze czuła się w jego towarzystwie, jednak pragnęła, aby się przed nią otworzył. By podzielił się z nią swoimi myślami, a także obawami. Tylko tyle, nic więcej. Wydawało się, że jednak wciąż za dużo.

-Odnalezienie osoby z magicznymi zdolnościami urodzonej dokładnie tego samego dnia, tego samego roku w tej samej godzinie i minucie nie wydaje się takim trudnym zadaniem, szczególnie gdy posiada się wszystkie niezbędne do tego środki. Nie zapominaj, że była dziewczyną Jake’a, miała dostęp do ksiąg w bibliotece jego ojca -Jude przytaknęła, było to logiczne wyjaśnienie.

-A jak znalazła Roberta?

-Na to pytanie jeszcze nie udało mi się znaleźć odpowiedzi.

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 15

Cześć,
przepraszam za moją długą nieobecność, już jestem. Mam pierwszy od pół roku całkowicie wolny weekend, bez pracy, bez uczelni i postanowiłam poświęcić go nadrobieniu zaległości.
Rozpisałam się, mam nadzieje, że dotrwacie do końca notki. Część przerzuciłam do kolejnej części, bo wyszła mi naprawdę przesadzona, jeżeli chodzi o objętość.
PS. Dziękuję, że jesteście :*

PORWANA, część 15

Jude siedziała naprzeciwko Roberta, chłopak cały czas się uśmiechał przez co i jej dopisywał dobry humor. Przypominał czarodziejce jej najbliższego przyjaciela, David’a. Oboje sportowcy. Poznała zapaśnika, bo taki rodzaj aktywności fizycznej uprawiał chłopak, przez ojca albo raczej dzięki ojcu, który był jego trenerem. Mogła z David’em pogadać o wszystkim, nie miała przy nim żadnych zahamowań. Ufała mu, a on jej. Otaczała go bliżej nieokreślona przyjazna aura, to samo dotyczyło Roberta. Chciała po prostu być w jego towarzystwie. Szybko zdała sobie sprawę, że właśnie tego jej brakuje. Wcześniej o tym nie myślała, ale jakaś jej cząstka tęskniła za tą swobodą, którą czuła będąc z David’em. Brakowało jej domu, uczelni. Tego wszystkiego co miała i co było niegdyś jej codziennością. Znajomych, specyficznego poczucia humoru Lucy, jej najbliższej koleżanki ze studiów. Wspólnych wieczorów spędzonych na nauce, przygotowywaniu ściąg z iście kosmicznymi wzorami, a także plotkowania o wykładowcach, szczególnie prowadzącym audytoria ze statystki. Wysokim, dobrze zbudowanym doktorancie. Góra 4-5 lata starszym od nich. Mężczyzna z motorem i gitarą, chodzący ideał. Gdyby była nieco lepsza z matematyki to wybrałaby go jako swojego opiekuna pracy.

-Zamierzasz nam w końcu powiedzieć to, co chcemy usłyszeć. Czy mamy cię o to prosić? -dość ostry ton głosu blondyna sprowadził ją do rzeczywistości.

 -Od razu do sedna sprawy -Robert w dalszym ciągu przyglądał się Jude, położył dłonie na stole. Splótł je razem, pochylając się nieco w stronę dziewczyny. Czarodziejka mimo, iż skupiona była na koszykarzu, wręcz czuła na sobie spojrzenie blondyna.

-Zapomniałem zaproponować coś do picia. Kawy? Coś zimnego? Może ciasteczka do tego?

-Jake! Nie bądź niemiły -warknęła Jude, odwracając się w stronę młodego McGhart’a, a zaraz potem spoglądając na niego w taki sposób, że gdyby mogła zabijać wzrokiem, bez wątpienia udałoby się jej to uczynić w tym momencie.

-W porządku, po prostu pytajcie. Odpowiem na każde pytanie -brunetka była wdzięczna Robertowi za opanowanie, nie miała ochoty być rozjemcą kolejnej bójki.

-Skąd wiesz kim jesteśmy? -zadała pytanie Jude -Specjalnie wtedy na mnie wpadłeś? Dlaczego uciekłeś? -nie mogła się powstrzymać przed zadaniem kolejnych dwóch, choć raz miała nadzieję uniknąć sytuacji, gdy jej rozmówca nagle znika albo odchodzi trzaskając za sobą drzwiami. Zdawała sobie sprawę, że liczy na wiele. „Nadzieja matką głupich” -w jej głowie zabrzmiały słowa Lucy. Doskonale pamiętała, że opowiadała wtedy koleżance, że po raz drugi przeprowadza ekspresję białka, nad którym przyszło jej pracować podczas pisania pracy dyplomowej, dziewczyna śmiała się, że byłoby to zbyt piękne i na pewno będzie się z tym bawić znacznie dłużej. Przywykła do sobót spędzonych na pracowni, jednak jak każda normalna osoba wolałaby je spędzić w domu, w kinie czy gdziekolwiek indziej. Odpowiedziała jej wtedy: „Ale każda matka swoje dzieci kocha”. Czarodziejka w końcu nie wymagała od Roberta rzeczy niemożliwych, tylko jasnego, logicznego i zgodnego z prawdą wytłumaczenia sytuacji.

-Niby wiedziałem kim jesteście, ale nie do końca -brunet opowiadając dość żywo gestykulował -Jednak wpadłem na ciebie zupełnym przypadkiem. Nie było w tym ani grama celowości -dodał drugie zdanie, chcąc potwierdzić prawdziwość swoich słów. Jude dostrzegła jak blondyn przewraca oczami, miała ochotę uderzyć go książką leżącą obok niego na kominku. Krytykować innych to łatwo, ale samemu powiedzieć prawdę to nie łaska.

-Skąd o nas wiesz? -ponowiła swoje pytanie czarodziejka.

-Kiedyś znalazłem to pod drzwiami domu -chłopak wyjął z kieszeni bluzy szarą złożona na pół kopertę, a następnie podał ją dziewczynie. Zaadresowana była jego imieniem i nazwiskiem, brakowało jednak adresu oraz znaczka pocztowego. Jude pomyślała, że nie mogła zostać wysłana, świadczyło to raczej, że paczka została podrzucona.

Brunetka zajrzała do środka, znajdowały się tam zdjęcia. Wyjęła je i zaczęła oglądać. Już pierwsze przykuło jej uwagę, znajdowała się na nim ona sama w towarzystwie swoich kolegów i koleżanek ze studiów. Obok niej stała Lucy, uśmiechała się radośnie. Szybko wydedukowała, że zostało ono zrobione na pierwszym roku. Poza jej najbliższą koleżanką na zdjęciu znajdował się Matt i Ruth, którzy nie poradzili sobie z matematyką i odpali ze studiów po pierwszym lub drugim semestrze, nie pamiętała dokładnie. Po raz kolejny tego dnia, tej godziny, zatęskniła za tamtymi czasami. Wtedy wszystko było takie proste. No, może nie do końca, bo chemia do najprostszych nie należy, ale bez wątpienia łatwiejsze. Szybko przerzuciła fotografię, na kolejnej stała przy samochodzie z bratem. On stał bokiem, ręce miał oparte na dachu pojazdu, ona wyraźnie znudzona siedziała na masce. Rozpoznanie okolicy nie sprawiło jej problemu, był to parking przed blokiem jej babci. Nie potrafiła umiejscowić tego wydarzenia w konkretnym czasie, mogła jedynie przypuszczać, że czekali wtedy na ojca, aby po kolejnych zawodach sportowych zabrać go do domu.

-Skąd je masz? -zapytała oburzona, gdy przyglądała się trzeciemu zdjęciu. Siedziała na ławce w parku niedaleko wydziału chemii ze swoimi byłym chłopakiem. Początkowo układało im się dobrze, nawet można powiedzieć, że bardzo dobrze. Jej ojciec go polubił, co w sumie było do przewidzenia, dzieli wspólne pasje. Keith, bo tak się chłopak nazywał, zapalony piłkarz, uczęszczający na treningi każdego dnia, bez względu czy odbywały się na hali czy na świeżym powietrzu, czy aura sprzyjała czy padał ulewny deszcz. Miał jedną wadę, której Jude nie mogła znieść, był chorobliwie zazdrosny. Gdy zrobił jej scenę przy znajomych przeddzień wigilii nie wytrzymała i zerwała z nim wszelkie kontakty. Zdjęcia, które trzymała w rękach przywołały tak wiele wspomnieć, jednak fakt, że dostała je od zupełnie obcego chłopaka przerażał ją -Skąd mam mieć pewność, że nie kłamiesz? Że to ty ich nie zrobiłeś? -ledwo powstrzymała się przed zapytaniem czy nie jest przypadkiem jakimś psychopatą. Cieszyła się, że ma przy sobie Klausa i Jake, czuła się przy nich bezpieczna, mimo budzącej lęk i obawy sytuacji. Gdy sięgnęła po następne zdjęcie, ujrzała na nim Jake’a. Chłopak stał oparty o jakiś budynek. Na jego twarzy gościł uśmiech, czarodziejka zdała sobie sprawę, że rzadko go takiego widuje, a szkoda, bo do twarzy mu. Spojrzała na ostatnią fotografię, blondyn trzymał za rękę swoją ukochaną, Nicki. Obok nich znajdowała się Cadence. Ciemne rozpuszczone włosy dziewczyny, częściowo zakrywały twarz, jednak Jude bez problemu rozpoznała córkę Jack’a.

Obok Jude pojawił się Jake, ciekaw co takiego znajduje się na zdjęciach. Nachylił się nad czarodziejką, był tak blisko, że brunetka czuła wzbierającą w nim złość. Widziała jak zaciska szczękę.

-Oprócz zdjęć w kopercie był też list -Jude podała blondynowi fotografie, aby mógł je obejrzeć, sama skupiła się na Robercie i kartce, którą trzymał w dłoniach -Autor pisze, że w przyszłości wy będziecie potrzebowali mojej pomocy, a ja waszej -streścił zawartość listu brunet, następnie podał go Jude.

-I tak bez problemu uwierzyłeś, że nijaka Jude ze zdjęć jest czarodziejką? -zapytała widząc swoje imię i nazwisko, a przy nim wyjaśnienie, że potrafi posługiwać się magią.

-Zanim powiedziałem wam o przesyłce powinienem był zaznaczyć, że jestem pełen władz umysłowych. I nie, nie uwierzyłem. Uznałem, że to jakiś kiepski żart.

-Ale wczoraj z pełnym przekonaniem nazwałeś mnie czarodziejką, a Jake’a synem czarnoksiężnika -drążyła dalej temat czarodziejka, przez chwilę nawet zastanowiła się jak ona zareagowałaby, gdyby znalazła pod drzwiami własnego domu paczkę ze zdjęciami obcych sobie ludzi i list, w którym jakiś szaleniec pisze jej, że magia istnieje naprawdę.

-Byłem ciekaw waszej reakcji. Liczyłem raczej, że wyzwiecie mnie od nienormalnych, szaleńców czy co tam jeszcze jesteście w stanie wymyślić. A wy z pełnym spokojem zaproponowaliście mi spotkanie. Wiecie jakie było moje zdziwienie?

-Kiedy dostałeś te zdjęcia? -wtrącił Jake, niespokojnie przestępując z nogi na nogę.

-Jakieś dwa lata temu -Robert zmarszczył czoło, a jego odpowiedź brzmiała bardziej jak pytanie niż stwierdzenie faktu -Coś koło tego. 

-Nie pomyślałeś, że to może my jesteśmy stuknięci. I zamiast odciąć się od wariatów, zgodziłeś się tutaj przyjść -dziewczyna była coraz bardziej zaintrygowana historią Roberta, wciąż ciężko było jej uwierzyć w jego słowa, jednak póki on mówił ona słuchała.

-Po tym jak na ciebie wpadłem, sprawdziłem twój profil na portalu społecznościowym. Studentka chemii, posiadająca wielu znajomych. Wiele zdjęć z ukochanym psem. Uznałem, że taka ładna i miła dziewczyna nie może być żadną psychopatką, morderczynią czy innym złem wcielonym -Jude zaśmiała się na samo wyobrażenie siebie z nożem obciekającym krwią w ręku.

-Twojego nie mogłem znaleźć -zwrócił się do blondyna -Znaczy się, istnieje jeden Jake McGhart, jednak jest to mężczyzna pod pięćdziesiątkę, ze znacznym stopniem otyłości. Prowadzący jakąś mało znaną knajpę w dość odległej części kraju.

-Nic dziwnego, odkąd pamiętam zawsze posługiwałem się nazwiskiem matki. W liceum, na studiach, na portalach społecznościowych także je podawałem… -blondyn zwrócił uwagę na coś w liście.

-Jake? -zapytała chcąc dowiedzieć się, co takiego odkrył chłopak. Blondyn jednak milczał, jak zahipnotyzowany wpatrywał się w trzymaną w ręku kartkę papieru. Po raz kolejny czarodziejka pomyślała o uduszeniu go własnymi rękoma. Zdecydowała, że jeżeli postanowi wyjść bez słowa z pokoju, dokona na nim mordu doskonałego, jednocześnie udowadniając, że jak kobieta chce to potrafi.

-Jeśli masz odwagę, to wszystko może się udać.

-Słucham?

-To fragment książki. Jeżeli powiemy sobie, że potrafimy, jeśli powiemy sobie w głębi serca „nie denerwujemy się”, jeśli będziemy się zachować się jak bohaterowie… wszyscy będziemy odważni.

-Piotruś Pan -wtrącił dotąd milczący Klaus, rozpoznają cytowany przez blondyna fragment -Odwaga jest na wyciągnięcie ręki. Odwaga to jest coś, no nie? Jeśli masz odwagę, to wszystko musi się udać -dokończył nie mogąc się powstrzymać.

-Rozumiem, że jest to jakaś wskazówka -dziewczyna uważnie przyjrzała się blondynowi, nie drapał się za uchem, jak zwykł to robić, gdy myśli, więc… -Ty wiesz kto jest autorem.

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 14

Cześć,
będę nudna i zacznę od: dziękuję za Wasze komentarze :*
Mobilizują mnie do znalezienia czasu w tej całodziennej gonitwie i dalszego pisania ;)
Do napisania tej notki podchodziłam chyba z cztery razy, stworzyłam coś, potem kasowałam i tak w kółko. Ostatecznie postanowiłam, że początek będzie trochę inny. Do tej pory zawsze przedstawiałam wydarzenia z perspektywy Jude, przez to, wiecie to, co wie dziewczyna. Nie jestem pewna czy „wstęp” coś wyjaśni czy jeszcze bardziej namiesza. Cokolwiek będzie to mam nadzieję, że mnie nie zlinczujecie. Nawet teraz, gdy dodaję notkę, nie jestem przekonana, czy to, co stworzyłam jest dobrym pomysłem. Ale mówią: „Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi”. Oceńcie sami ;)

PORWANA, część 14

Klaus pożegnał czułym pocałunkiem ukochaną. Chłodne powietrze wdarło się do domu, gdy Julia wyszła na zewnątrz. Czarodziej potarł dłońmi o ramiona, chcąc się rozgrzać. Ulicę rozświetlały pojedyncze latarnie, w pobliżu nie było widać żywej duszy, nie licząc oddalającej się z każdym krokiem kobiety jego życia. Pomachał do niej, Julia odmachała posyłając mu jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. Zamknął drzwi i udał się do salonu. Tam na dużej narożnej kanapie leżał Jake wpatrując się w telewizor.

-Coś ciekawego? -zapytał siadając obok blondyna.

-Zależy co uważasz za ciekawe -ani na chwilę nie oderwał wzroku od szklanego ekranu, elegancka prezenterka wiadomości opowiadała o wypadku autobusu, w wyniku którego zginęło kilkadziesiąt osób.

-Wiem, że lubisz filmy. Kilka tytułów znajdziesz w szafce pod telewizorem, może coś ci się spodoba -chłopak skinął głową. Po trwającej dosłownie kilka sekund ciszy Klaus postanowił zadać kolejne pytanie, nie mogąc liczyć na jakiekolwiek zainteresowanie rozmową ze strony młodego McGhart’a -Zastanawiałem się też, dlaczego wczoraj zachowałeś się tak nieuprzejmie w stosunku do Jude.

-Już mówiłem, jestem egoistą -wyrzucił z siebie słowa niczym wyuczoną regułkę.

-Ktoś kto cię nie zna, może uwierzy. Nie ja -Jake wzruszył ramionami -Nie chcesz rozmawiać. W porządku. Pamiętaj jednak, że nie jestem Jack’em. Nie wszyscy są tacy jak twój ojciec.

-Tak jest lepiej -odparł blondyn, gdy Klaus podniósł się z miejsca -Lepiej, że mnie nienawidzi.

-Dlaczego tak mówisz? -zmierzył chłopaka uważnym spojrzeniem.

-Łatwiej jest zranić bliską osobę, niż pozwolić jej zostać wiedząc, że w końcu i tak się ją zawiedzie.

-To mocne słowa. Ale znaczą również, że zależy ci na Jude.

-To dobra dziewczyna. Zasługuje na coś więcej niż to gówno, którym uczynił jej życie Jack.

-Zdajesz sobie sprawę, że nie możesz ciągle odtrącać ludzi. W końcu będziesz musiał kogoś do siebie dopuścić.

-Przez dwa lata byłem zupełnie sam, nikt przeze mnie nie cierpiał.

-Wcześniej coś takiego miało miejsce? -blondyn wymienił spojrzenie z czarodziejem, Klaus usiadł na powrót na kanapie -Czujesz się winny śmierci Nicki? -chłopak nadal milczał uważnie wpatrując się w czerwony pasek u dołu ekranu podający najważniejsze informacje dotyczące wypadku autobusu -Chodzi o Cadence? -kontynuował mag, chcąc wyciągnąć jak najwięcej od młodego McGhart’a.

-Cadence nie była zła. Potrzebowała osoby, która nauczyłaby ją wykorzystywać magie w dobrych celach. Autorytetu, który nie pragnąłby ponad wszystko władzy nad światem.

-Nie mogłem nic zrobić. Nie mogłem też pomóc tobie…

-Nigdy nie chodziło o mnie. Ja potrafiłem przeciwstawić się Jack’owi -na chwilę między mężczyznami zapanowała cisza. Słowa, które zostały wypowiedziane odbijały się echem -Jack pozwolił mi i Jude uciec. Uważasz, że zrobił to bez powodu? -blondyn zdecydował się pierwszy przerwać milczenie.

-O pewnych rzeczach wolałoby się nie wiedzieć. Powiedziałeś o tym Jude?

-Nie -odparł blondyn kiwając głową na boki.

-Dlaczego?

-Kilka razy chciałem to zrobić. Wczoraj, gdybym nie wyszedł, powiedziałbym jej wszystko.

-Dlaczego tego nie zrobiłeś. Zdajesz sobie sprawę, że prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw. Jude dowie się, że nie byłeś z nią szczery…

-Chcę, aby mnie nienawidziła -powiedział z pełną stanowczością w głosie.

-Uważasz, że ją chronisz, ale czy na pewno? -na czole czarodzieja można było zaobserwować pojawienie się poprzecznej bruzdy, jego brwi zbliżyły się do siebie. Jake natomiast wciąż wpatrywał się w telewizor, co czynił przez praktycznie całą rozmowę, okazjonalnie jedynie zaszczycając swojego rozmówcę spojrzeniem. Klaus wstał z kanapy, skierował się w stronę swojej sypialni -Nie uważasz, że powinieneś przestać zastanawiać się nad tym czego chce albo czego nie chce Jack, a zacząć myśleć o tym czego chcesz ty? -zapytał nim opuścił pomieszczenie.

-Chciałem się oświadczyć Nicki. Chciałem spędzić z nią resztę życia -Jake sięgnął ręką do kieszeni bluzy, wyjął z niej złoty pierścionek z pojedynczym pięknym kamieniem, na którym skupił spojrzenie -Jest w naszej rodzinie od pokoleń -od środka widniał grawer „Na zawsze twój, MMG” -Powinien znajdować się na palcu Nicki.

***

Jude obudziła się z książką przy głowie. Przypomniała sobie, że dzień wcześniej przed spaniem postanowiła poczytać powieść, którą znalazła na niewielkim regale w pokoju gościnnym. Chciał czymś zająć swoje myśli. Odnalezienie Roberta było dla niej sukcesem, pierwszym krokiem na drodze do pokonania Jack’a. Kolejnym miała być rozmowa z chłopakiem i przekonanie go, aby pomógł im wprowadzić ten szalony plan w życie. Jude powiedziała kiedyś swojej koleżance, że kobieta zawsze przegra z pasją faceta. Szczególnie, gdy jest nią sport i kumple. Została wtedy wyśmiana, jednak dziewczyna uważała to, co powiedziała za prawdziwe. Tak została wychowana. Czarodziejka pomyślała o swoim tacie, on podobnie jak Robert od zawsze jest bardzo blisko związany z aktywnością fizyczną, wszelkimi jej formami. Począwszy od tradycyjnej męskiej piłki nożnej, poprzez siatkówkę, a na zapasach skończywszy. Swoją drogą brunetka nie miała pojęcia, co w tym ostatnim sporcie jest takiego ekscytującego. Dorośli faceci obściskujący się na macie w dość dziwnych, jej zdaniem zdecydowanie za dużo odsłaniających „trykotach”. Brzmi karykaturalnie. Jej ojciec często bywa poza domem, na różnego rodzajów zawodach, czy innych ważnych wydarzeniach sportowych. Związane to jest z jego pasją, wykształceniem, a także poniekąd wykonywanym zawodem. Jest trenerem, zawodnikiem, a także sędzią. Jude przywykła do tego typu nieobecności. Dlatego też nie protestowała, gdy Robert zaproponował, aby przełożyli rozmowę o tym skąd wie kim ona i Jake są oraz jaki jest jego stosunek do świata magii na inny dzień. Przyjęła pozycję siedzącą, gdy do jej nozdrzy wdarł się przyjemny zapach śniadania dostający się przez uchylone drzwi jej pokoju z kuchni. Pospiesznie wstała z łóżka, narzuciła na piżamę bluzę, jak to miała w zwyczaju, a zaraz potem popędziła do pomieszczenia, w którym przy kuchence stał nie kto inny tylko Klaus.

-Dzień dobry -przywitała się, jednocześnie uważanie przyglądając się blondynowi, który siedział przy stole przeglądając gazetę.

-Mam nadzieje, że lubisz jajecznicę, bekon i tosty -odparł Klaus kładąc przed nią talerz z wymienionymi przez siebie przysmakami -Mleko do tego? Woda?

-Może być woda -odparła sięgając po widelec, była taka głodna, a na sam widok posiłku leciała jej ślinka, w jej domu śniadania każdy przygotowywał sobie sam i były to zazwyczaj kanapki z serem lub dżemem, nie mogła się przestać uśmiechać na samą myśl, że jest tutaj tak rozpieszczana.

-Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zły, że zaprosiłam tutaj Roberta -zwróciła się do czarodzieja, gdy skończyła przeżuwać kęs tosta.

-Dobrze zrobiłaś -uśmiechnął się do dziewczyny.

-Pomyślałam, że… -zamilkła na chwilę szukając odpowiednich słów -Może mógłbyś uczyć mnie czarów. Znam podstawy, nie mam problemów z prostymi zaklęciami. Ale skoro już posiadam takie zdolności, chciałabym móc się doskonalić.

-Cieszę się, że to zaproponowałaś.

Śniadanie przerwał dźwięk dzwonka, Jude spojrzała w stronę czarodzieja.

-Otworzę -odparła wstając z miejsca -To pewnie Robert.

Czarodziejka udała się korytarzem do drzwi wejściowych. Przez małe ozdobne okienko od razu rozpoznała bruneta.

-Cześć. Cieszę się, że przyszedłeś -odparła wpuszczając go do środka.

-Hey Jude, don’t be afraid* -zanucił z uśmiechem na twarzy -Hey Jude, don’t let me down* -puścił oczko w stronę dziewczyny, a następnie odłożył na podłodze sportową torbę, na którą rzucił kurtkę.

-Bardzo oryginalne -odparła czarodziejka, sama nie mogąc przestać się uśmiechać.

-Od dłuższego czasu chodziło mi po głowie -dziewczyna poprowadziła go do salonu, gdzie na kanapie siedział Klaus, a oparty o ozdobny kominek stał Jake.

-Nie spodziewałem się takiego powitania -oznajmił Robert na widok mężczyzn.

*zapewne znacie piosenkę „Hey Jude” Paula McCartney’a -podaję tytuł na wszelki wypadek ;)

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 13

Cześć,
zmieniłam nagłówek ze względu na nowego bohatera, który się pojawił i będzie pojawiał częściej. Mam nadzieje, że polubicie go bardziej niż Jake’a. Pierwszy raz łączyłam różne zdjęcia w jedno, więc z góry przepraszam za niedoskonałość.
Dzisiaj zero chemii w rozdziale, jesteśmy chwilowo w separacji, a dokładniej: muszę poszukać innego opiekuna pracy dyplomowej, bo ten na którego liczyłam odmówił mi :( Postaram się, aby mój posępny humor nie odcisnął się piętnem na notce, z góry przepraszam, jeżeli mi się nie uda.

Jeszcze piosenka, jak macie ochotę posłuchać:

PORWANA, część 13

-Cześć, może byłabyś w stanie mi pomóc, szukam tego chłopaka -Jake zwrócił się do wychodzącej z cukierni wysokiej blondynki.

-Przykro mi. Nie znam -odparła wtulając się w swojego partnera, który przecząco pokiwał głową ledwo spoglądając na kartkę, którą pokazał mu Jake’a.

Młody McGhart obserwował przez chwilę jak odchodzą. Blond włosy dziewczyny powiewały na chłodnym wieczornym wietrze, jej towarzysz otulił ją ramieniem. Jake pomyślał o Nicki, bardzo mu jej brakowało. Tęsknił za nią każdego dnia. A od momentu, w którym dowiedział się, że dziewczyna została zamordowana, w jego sercu powstała pustka, której nie mógł niczym wypełnić. Nawet wolność od Jack’a nie przynosiła ukojenia.

-Masz coś? -obok blondyna pojawiła się Jude.

-Niestety.

-Powinniśmy wracać, robi się późno -odparła pocierając dłońmi o siebie.

-Spytajmy jeszcze te dzieciaki -wskazał głową na grupkę sześciu chłopców w wieku mniej więcej 10-11 lat. Zajmowali oni ławkę przy latarni, dwoje z nich trzymało w ręku deskorolkę, jeden stał podparty o rower. Żywo o czymś dyskutowali.

-Cześć -Jude wysiliła się na uśmiech, miała dość całodziennych bezowocnych poszukiwań chłopaka, który mógł im pomóc, inną sprawą było czy faktycznie pomoże.

-Może widzieliście tego chłopaka? -Jake pokazał im rysunek przedstawiający tajemniczego nieznajomego.

-Jesteście z policji? -zapytał jeden z chłopców, poprawiając swoją czapkę z daszkiem, jednocześnie mierząc blondyna i jego partnerkę uważnym spojrzeniem.

-Tak -czarodziejka wyprzedziła Jake, który zdążył jedynie otworzyć usta, nie popłynęły z nich jednak żadne słowa -Nazywam się Kat White, jestem agentką -mówiąc to sięgnęła do kieszeni, równocześnie wyobrażając sobie odznakę jaką legitymują się funkcjonariusze we wszystkich serialach kryminalnych i thrillerach. Odetchnęła z ulgą, gdy przedmiot był tam gdzie być powinien, pokazała chłopcom przedmiot -A to mój partner, agent Sam Black.

-Chcę zobaczyć twoja odznakę -odparł inny chłopiec nie mogąc doczekać się, aż w jego ręce dostanie się fałszywa legitymacja Jude. Blondyn spojrzał na swoją koleżankę, brunetka przytaknęła głową, jednocześnie po raz kolejny obrazując sobie przedmiot, tym razem w kieszeni kurtki Jake.

-Super! -krzyknął chłopiec oglądając odznakę agenta Sam’a Black’a.

-Dlaczego go szukacie? -zapytał inny opierając deskorolkę o ławkę i krzyżując ręce na klatce piersiowej.

-Zrobił coś złego? -padło z ust innego.

-Nie, nie zrobił nic złego. Ale może nam pomóc w złapaniu kogoś bardzo złego -Jude nie była pewna jak rozmawiać z tymi dzieciakami, aby nie odkryły, że wcale nie są policjantami, ale jednocześnie, aby się przed nimi otworzyły. Nie mogła przecież powiedzieć, że szuka chłopaka z rysunku, gdyż jest odporny na magię i chce go ostrzec przez złym czarodziejem, Jack’em.

-Dlaczego nie macie pistoletów? -zapytał szczupły brunet z grzywką zaczesaną na bok.

-Mamy -odparła spokojnym głosem, szybko wyobrażając sobie kaburę z bronią za paskiem swoich spodni i Jake’a. Czarodziejka ręką podwinęła kurtkę odsłaniając przedmiot, chłopcy wydali okrzyk zachwycenia, blondyn wykonał tę samą czynność.

-Wow!

-To Robert -odparł dzieciak w czapce z daszkiem.

-Wiesz gdzie go znaleźć? -Jake ożywił się na tę informację.

-Często widujemy go wieczorami na boisku przy szkole -kontynuował drugi z chłopców posiadający deskorolkę.

-Dziękujemy za waszą pomoc -Jude uśmiechnęła się, w końcu doczekała się jakiejś przydatnej informacji.

-Dostaniemy wizytówkę na wszelki wypadek? -zapytał chłopiec z grzywką zaczesaną na bok nim czarodziejka i jej towarzysz zdążyli odejść.

-Jasne -dziewczyna podała mu mały biały prostokącik zadrukowany czarnymi napisami z fałszywym nazwiskiem oraz zmyślonym numerem telefonu. Była zdziwiona, że trzykrotnie zupełnie bezbłędnie udało jej się użyć czarów. Jednocześnie czuła jak wewnątrz niej rośnie bliżej nieokreślone, ale przyjemne uczucie. Było to zadowolenie, a może raczej duma z własnych osiągnięć. Przygotowując się do matury z chemii wielokrotnie słyszała z ust nauczycielki, że im więcej zadań przeliczy tym łatwiej będzie jej zdać egzamin. Wtedy podchodziła do tego jak każdy inny uczeń, z przymrużeniem oka. Teraz gdy jest studentką, a także początkującą czarodziejką doskonale pojmuje sens słów: „Praktyka czyni mistrza”.

 ***

 Jake i Jude żwawym marszem pokonali drogę dzielącą ich od miejsca, w którym rozmawiali z dzieciakami do szkoły mieszczącej się na przeciwko parku. Początkowo oboje milczeli, a im dłużej panowała między nimi cisza, tym trudniej było ją przełamać.

-Dobra robota, agentko Kat -pochwalił dziewczynę blondyn, posyłając jej uśmiech, który nie tak dawni temu wręcz zwalał Jude z nóg.

-To, że zgodziłam się na twoją pomoc wcale nie znaczy, że ci wybaczyłam, ani że między nami wszystko jest okey -odparła pewnym krokiem podążając w stronę dwóch chłopaków siedzących na trybunach.

-Szukam Roberta -odparła pewnie brunetka, chowając dłonie w kieszeniach cieniutkiej przejściówki. Żałowała, że nie wyczarowała sobie czegoś cieplejszego.

-Powinien się lada chwila pojawić -odparł niższy, wyjmując z granatowej sportowej torby bidon.

-Zaczekamy na niego -blondyn zdjął swoją kurtkę, a następnie podał ją Jude -Wyglądasz na zmarzniętą.

-Nie trzeba -zajęła miejsce na trybunach, chowając dłonie między uda.

-Może do nas dołączycie, rozgrzejecie się -zwrócił się do nich ten sam chłopak co wcześniej -Tak w ogóle jestem Mick. -dodał podając blondynowi rękę.

-Cześć, Jake -uścisnął dłoń nowo poznanego towarzysza.

-To jak? Grasz? -zapytał wyższy wskazując głową na boisko.

-Koszmarny ze mnie sportowiec -kiedy Jake wypowiadał te słowa Mick rzucił w jego stronę piłkę do koszykówki, blondynowi udało się w ostatnim momencie ją złapać.

-Refleks masz całkiem niezły -odezwał się niższy chłopak.

-Cześć, chłopaki. Widzę, że załatwiliście brakującego gracza -na boisku pojawiło się kolejnych trzech koszykarzy -Brian -przedstawił się blondyn w koszulce z numerem 7 -a to są Oleg i Feliks -podał imiona kolegów.

-Już mówiłem marny ze mnie koszykarz -Jake wyciągnął dłonie z piłką w stronę Mick’a.

-Przekonajmy się -gracz z numerem 7 rzucił na bok torbę i powędrował na środek boiska -Pokaż co potrafisz -dodał, przyjmując pozycję wyjściową z lekko ugiętymi kolanami.

Jake zawahał się, z jednej strony chciał zagrać z chłopakami, chociaż z drugiej miał wrażenie, że to nie jest odpowiednia chwila na rozrywkę. Spojrzał w stronę Jude, dziewczyna siedziała z założonymi rękoma kompletnie go ignorując. Nie miał jej tego za złe, zasłużył sobie. Ostatecznie puścił piłkę, odbiła się od podłoża. Kozłując, a raczej przypominając sobie jak to się robi, udał się w stronę Brian’a. Stanął przed chłopakiem zastanawiając się jak powinien go wyminąć, postąpił odruchowo i wziął gracza z numerem 7 od lewej strony. Złapał piłkę w obie dłonie, wykonał dwa kroki, wyskoczył do góry i rzucił w stronę kosza. Piłka nie trafiła do celu, uderzyła w tarczę, odbiła się od poręczy i spadła na ziemię. Chwycił ją Brian.

-Jeszcze raz, tym razem postaraj się zostawić ręce wyprostowane po rzucie i celuj w kwadrat na płycie kosza -gracz z numerem 7 podał Jake’owi piłkę i wrócił na środek boiska.

Blondyn zaczął kozłować, Brian wyciągnął prawą rękę chcąc przeszkodzić przeciwnikowi, spodziewając się, że znowu spróbuje go okrążyć z lewej, jednak Jake tym razem odbił w prawo. Skorzystał z wskazówek koszykarza, wykonał dwutakt i tym razem trafił do kosza.

Jude zauważyła, że na twarzy Jake’a pojawił się uśmiech. Mimo, że chciała być na niego zła, nie potrafiła. Mimowolnie kąciki jej ust powędrowały ku górze. Sięgnęła po jego kurtkę, którą zostawił na ławce obok niej. Było jej koszmarnie zimno. Miała nadzieję, że Robert pojawi się szybciej niż później.

-Jak chłopaki? -Brian zwrócił się do siedzących na trybunach.

-Jak na nieumiejącego grać, gra całkiem nieźle -odezwał się Mick.

-To zagrajmy na serio, bez żadnej taryfy ulgowej -odparł z uśmiechem na twarzy gracz z numerem 7 -Mick, Feliks, Oleg i ty Jake, przeciwko mnie, Steve’owi -Brian wskazał na chłopaka, który właśnie przybył na boisko -oraz Tom’owi -mówił o koszykarzu, który siedział z Mick’em, gdy blondyn pojawił się na boisku. Piłka poszybowała do góry, a chłopcy rozbiegli się po polu do gry.

 ***

 -Cześć -dziewczyna zwróciła się do chłopaka w szarej czapce, który pojawił się przy trybunach jakieś 20 minut po tym jak jego przyjaciele postanowili rozegrać mecz koszykówki z Jake’m -Czekałam na ciebie.

-Cześć -odparł mrużąc oczy -Dziewczyna z rynku -jego wzrok powędrował ku grającym kolegom -I jej rycerz w lśniącej zbroi -dodał wypatrując blondyna pośród rozbieganych zawodników, odłożył torbę na ławkę -Jak mnie znaleźliście?

-Nie było to takie trudne, wystarczyło wpisać w pole adresu wyszukiwarki www.jestempepkiemswiata.com.Jesteś liderem w klasyfikacji na tej stronie.

-Zabawne. Jeżeli cię przeproszę, dasz mi spokój?

-Potrącenie i ucieczka z miejsca zdarzenia… wydaje mi się, że przeprosiny nie wystarczą.

-Wypiszesz mi mandat? -odparł ledwo powstrzymując się od śmiechu.

Jude pokręciła głową na boki, już raz tego dnia udawała funkcjonariusza policji. Wykorzystała naiwność młodych umysłów, w tym przypadku nie miała raczej szans na wmówienie brunetowi, że pełni służbę na rzecz obywateli tego miasta.

-Potrzebuję twojej pomocy -odparła poprawiając kurtkę Jake’a na ramionach.

-Mojej pomocy? W czym miałbym ci pomóc?

-W powrocie do domu.

-Twój wybawca nie może zamówić ci taksówki? -mówiąc to głową wskazał na boisko.

-To nie takie proste.

-No, tak. Wybór odpowiedniego kierowcy i samochodu może być kłopotliwy…-dziewczyna spiorunowała go spojrzeniem -To jak Jude…

-Skąd wiesz jak mam na imię? Nie przedstawiłam się -wtrąciła się w jego wypowiedź.

-Strzelałem.

-W takie cuda nie uwierzę. Spośród miliona możliwości, akurat to jako pierwsze przyszło ci do głowy? -brunet ponownie zmrużył oczy, przyglądając się dziewczynie.

-Jude -podszedł do nich blondyn, nieco zdyszany, ale na jego twarzy wciąż gościł uśmiech.

-Jake -Robert wyszczerzył ząbki zadowolony z siebie wypowiadając imię młodego McGharta.

-Wiesz kim jesteśmy -czarodziejka raczej stwierdziła fakt niż zadała pytanie.

-Syn czarnoksiężnika i dziewczyna, która ma ocalić świat -wypowiadając te słowa ani na chwile nie oderwał wzroku od Jude.

 

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 11

Cześć,
ostatnio cierpię na chroniczny brak czasu, jutro czeka mnie 12 godzin w pracy, a zaraz potem korepetycje. Dlatego też musiałam sobie dzisiaj na siłę wygospodarować chwilę, aby napisać kolejną część. W połowie notki jest obrazek, wydawał mi się pasować do opisanej sytuacji :P Chciałam też dodać piosenkę, ale jeszcze nie udało mi się dojść do tego jak to zrobić, może przy następnej notce. W weekend nadrobię zaległości na Waszych blogach :)
Mam nadzieje, że opowiadanie się Wam spodoba, dziękuję za wszystkie komentarze. Każdy motywuje mnie do dalszego pisania :)

PORWANA, część 11

Klaus przyjrzał się Jude, zaraz potem zwrócił swój wzrok na Jake’a. Miał przed sobą dwoje młodych zagubionych ludzi. Nie mieli oni pojęcia komu zaufać, gdzie się podziać. Niby wolni, a wciąż niczym ptaszki w klatce. Magiczna bariera stworzona przez Jack’a opadła, pojawiła się jednak kolejna. Niewidoczna, niewyczuwalna. Wydawałoby się nieistniejąca. Bariera stworzona przez nich samym w ich własnych głowach. Ograniczająca ich życie do tu i teraz, daleko od Jack’a.

-Pewnie jesteście głodni. Został mi sos do spaghetti, wystarczy ugotować makaron -Klaus nagle wstał z miejsca, podszedł do lodówki, zajrzał do środka.

Dziewczyna odwróciła się w stronę swojego towarzysza, w brzuchu kiszki grały jej marsza. Nic od rana nie jedna, a za oknem powoli zmierzchało.

-Jeżeli chcecie możecie też u mnie przenocować, mam wolny pokój.

-Dziękujemy, to bardzo miłe z twojej strony -Jude wysiliła się na uśmiech, nie wiedziała co sądzić o czarodzieju, liczyła na opinię blondyna, on w końcu kiedyś już spotkał Klausa. Jednak chłopak milczał jak zaklęty.

-Ewentualnie mogę zaproponować kanapki -odparł wyjmując z lodówki dojrzałego pomidora, a także przezroczysty pojemniczek z pokrojonym w plastry serem -To jak?

-Spaghetti brzmi nieźle -czarodziejka stwierdziła, że nie wytrzyma do rana nie włożywszy nic do ust.

-Jake? -Klaus spojrzał wymownie na chłopaka.

-Dziękuję, nie jestem głodny. Jeżeli nie masz nic przeciwko to zajmę kanapę w salonie -odparł drapiąc się za uchem.

-To wy… -zaczął niepewnie czarodziej.

-Nie, nie jesteśmy parą -wtrącił Jake przewracając oczyma, zupełnie jakby ta uwaga ze strony maga była czymś kompletnie nie na miejscu.

-W porządku, Jude zajmie wolny pokój -uśmiechnął się do dziewczyny, która wciąż spoglądała na swojego towarzysza. Zupełnie jakby miała nadzieje, że ugnie się pod jej czujnym spojrzeniem i raczy w końcu przemówić, nic takiego jednak się nie stało.

-Możemy zamienić słówko -zwróciła się do blondyna, skoro nie chciał udzielić jej żadnych informacji po dobroci, musiała zmusić go do mówienia.

-Słucham cię.

-Na osobności -wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Młodzi powędrowali korytarzem prosto do salonu, pokój był przestronny. Duży telewizor wisiał na ścianie na przeciwko białej kanapy z fioletowymi poduszkami. Przed nią stał mały stolik, na którym znajdowała się szklana waza, a obok niej pilot. Pod oknem stał ogromny stół, a dookoła niego obite fioletowym materiałem krzesła.

-Możemy mu zaufać? -zapytała Jude oglądając się za siebie, chciała się upewnić, że są sami.

Jake zmarszczył czoło. Z jego ust nie padło jednak ani jedno słowo, spoglądał ponad jej ramieniem. Czarodziejkę coraz bardziej irytowało jego zachowanie.

-Musisz coś o nim wiedzieć, on ciebie zna. Powiedział, że się zmieniłeś. Ty też go na pewno znasz, pamiętam jak powiedziałeś mi w bibliotece, że bywał kiedyś gościem w waszym domu.

-Oczekujesz ode mnie odpowiedzi, których nie znam.

-Nie jesteś mi w stanie nic o nim powiedzieć? Nic, a nic?

Blondyn pokręcił przecząco głową. Jude czuła jak wzrasta w niej uczucie bezradności, a także złość. Mogła go w tym momencie udusić gołymi rękoma. Liczyła, że będzie miała w nim oparcie, tymczasem była zdana tylko na siebie.

-A jak czujesz? Co powinniśmy zrobić?

-Nie wiem co powinniśmy zrobić -odparł oburzonym tonem kierując się z powrotem w stronę korytarza, dziewczyna udała się za nim, nie miała pojęcia co się dzieje. Chłopak zmierzał w kierunku ciemno brązowych drzwi ze szklaną witryną.

-Jake! -złapała do za nadgarstek -Dokąd idziesz? -zapytała, gdy znaleźli się przy drzwiach wejściowych.

-Muszę się przewietrzyć.

-Dlaczego ze mną nie porozmawiasz? Na pewno coś wiesz! Kłamstwo weszło ci w krew, pod tym względem jesteś dokładnie taki sam jak ojciec -rzuciła wściekła Jude, nie mogła znieść braku jakichkolwiek odpowiedzi ze strony blondyna. Faktu, że chce zostawić ją samą z czarodziejem, którego nie zna. Mężczyzną, po którym kompletnie nie wie czego się spodziewać.

-Nie waż się więcej tak mówić -Jake wyrwał się z jej uścisku -Nigdy więcej. Możesz nazwać mnie kłamcą, możesz nazwać mnie oszustem. Ale nigdy więcej nie porównuj mnie do Jack’a -czarodziejka dostrzegła w jego niebieskich oczach gniew, ponad który przebijał się smutek i żal.

Blondyn wyszedł z domu, trzaskając za sobą drzwiami. Dziewczyna stała przez chwilę bez ruchu, próbując poukładać sobie myśli w głowie.

Ostatnio zaktualizowane1

***

Jude opróżniła połowę miski spaghetti, była bardzo głodna, a danie było wyjątkowo dobre. W pewnym momencie dostrzegła, że czarodziej uważnie się jej przygląda.

-Co łączy cię z Jack’em? -dziewczyna nie mogła się powstrzymać przed zadaniem tego pytania, była zmęczona zastanawianiem się co wypada, a co nie. Znajdowała się w takiej sytuacji, w której grzeczność i takt postanowiła odłożyć na bok.

-Jego żona, Nicole, była niezwykle ciepłą kobietą -dostrzegła jak kącik jego ust unosi się w uśmiechu -Jednak związek z Jack’em ją wypalał, patrzałem jak w jej oczach blakną iskierki. Jak jej dobroć powoli wygasa. Miała w sobie wiele energii, pomagała ogrodnikom w sadzeniu kwiatów, przycinaniu krzewów. Służba bardzo ją lubiła, zawsze dobrze ich traktowała. Uwielbiała przyjęcia, często sama je urządzała. Dopóki żyła Cadence wszystko jakoś się kręciło, trzymała się resztek swego człowieczeństwa. Potem wszystko się posypało. Dopadła ją depresja. Przestała zajmować się ogrodem, nie opuszczała w ogóle domu. Jack zwolnił służbę, on ich nie potrzebował. Wszyscy ci ludzie, sprzątaczki, kucharze, kamerdynerzy byli ratunkiem dla Nicole. Byli jej ucieczką przed obłędem, który niósł ze sobą Jack. Podupadła na zdrowiu, w ogóle nie wstawała z łóżka -Klaus westchnął -Lubiłem z nią rozmawiać, miała ciekawe poglądy na prozaiczne sprawy.

-Jake uważa, że jego ojciec chce wskrzesić Cadence.

-Nie zdziwiłoby mnie to.

-Czy to w ogóle możliwe? Czy można przywrócić do życia kogoś kto już nie żyje?

-Jack odkąd pamiętam interesował się czarną magią. Zawsze coś go ciągnęło w tą stronę, to bardzo potężny rodzaj czarów. Nieprzewidywalny -przerwał, gdy Jude odsunęła od siebie pusty talerz -Nicole dusiła w sobie emocje. Strach i samotność zżerały ją od środka. Jake jest pod tym względem do niej podobny. Nie powie ci, że czuje się zagubiony, a na pewno tak jest.

-Dlaczego od niego nie odeszła? Dlaczego go nie zostawiła skoro był dla niej niczym trucizna…

-Nie zawsze tak było. Początkowo darzyli siebie prawdziwą miłością, dopiero potem do ich życia wkradła się szara codzienność, Uczucie wygasło…

-Dlaczego potem go nie zostawiła?

-Ze względu na dzieci, bardzo je kochała.

-Mogła wziąć je ze sobą. Byłoby im lepiej bez takiego ojca.

-Cadence była oczkiem w głowie Jack’a. Nie pozwoliłby jej odejść. Prędzej zabiłby swoją żonę niż zrezygnował z córki.

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 10

Cześć,
udało mi się dzisiaj znaleźć chwilę, więc publikuję kolejną część ;)
Zaczął się październik, zaczęły się studia, ech… Notki będą ukazywały się raczej raz w tygodniu, pewnie jakoś pod koniec tygodnia czwartek-piątek.
A z dobrych wiadomości: już dzisiaj poznacie nowego bohatera :D przelotnie, bo przelotnie, więcej o nim w kolejnych częściach :D

PORWANA, część 10

Jude i jake znaleźli się na rynku, promienie słońca ogrzewały ich twarze. po błękitnym niebie błąkały się zaledwie pojedyncze białe obłoczki. Blondyn uważnie przyglądał się ludziom, starając się zapamiętać twarze i sytuacje. Matkę obdarowującą uroczą córeczkę lizakiem, rodzeństwo goniące się dookoła fontanny. Dwie uśmiechnięte dziewczyny siedzące na ławce, prawdopodobnie omawiające plany na zbliżające się wakacje. Jude natomiast zastanawiała się jak daleko znajduje się od domu, od przyjaciół. Bywały chwile, takie jak ta, gdy dziewczyna wciąż traktowała całą tą sytuację jako sen. Magiczne moce, wielka ucieczka, to wszystko przecież nie mogło być prawdziwe. Kiedyś wprawdzie marzyła o spotkaniu prawdziwego wampira, ale tylko dlatego, że naczytała się książek i naoglądała seriali o tej tematyce. Jako nastolatka czekała na list z Hogwartu, była wielką fanka Harry’ego Potter’a. Ale mimo wielkich nadziei, zawsze wiedziała, że cała ta bajkowa otoczka to tylko wytwory wyobraźni wielkich umysłów. Pragnienia zwykłych ludzi.

Jude miała coś powiedzieć, gdy wpadł na nią nieznajomy. Potrącił ją ramieniem, wytrącając jej z ręki otwartą butelkę wody. Przezroczysta ciecz ochlapała jej buty, chwilę później tworząc kałużę u jej stóp.

-Ej! -krzyknęła rozgniewana.

Chłopak nie zareagował, miał iść dalej w sobie tylko znanym kierunku, gdy Jake chwycił go za ramię.

-Wpadłeś na moją koleżankę, zapomniałeś przeprosić -odparł karcąco blondyn.

-Daj mi spokój! -chłopak trącił Jake’a barkiem, próbując odejść.

Młody McGhart zacisnął mocniej dłoń na ramieniu nieznajomego. Sprawił, że chłopak obdarzył go oburzonym spojrzeniem. Nie spodobało się to blondynowi, w przypływie złości uderzył nieznajomego pięścią w twarz. Brunet zatoczył się. Wykonał krok w tył, a gdy odzyskał równowagę rzucił się na przeciwnika. Obaj wylądowali na ziemi, szarpiąc się i okładając pięściami.

-Jake! Przestań! -krzyczała stojąca nad nimi Jude. Nie wiedziała co robić. Skoncentrowała się na nieznajomym, wyobraziła sobie, że odciąga go od blondyna. Że młody brunet upada na ziemię kilka metrów dalej. Nic się jednak nie stało. Spróbowała raz jeszcze. W myślach zobrazowała sobie całą sytuację, to jak chłopak znajduje się w powietrzu, nie dotykając stopami ziemi, a następnie upada daleko od Jake’a. Tym razem także nic się nie wydarzyło. Przerażona dziewczyna wyobraziła sobie to samo zdarzenie, z jednym tylko wyjątkiem, tym razem to blondyn padł na ziemię kilka metrów od nieznajomego. I tym razem tak też się stało. Jej towarzysz uderzył ręką o pustą ławkę, tą samą, na której wcześniej siedziały dwie radosne dziewczyny, na której wcześniej zwrócił uwagę. Jude szybko do niego podbiegła. Ukradkiem spojrzała na nieznajomego, nie rozumiała dlaczego czary nie zadziałały. Przez chwilę pomyślała o odpornych na magię, ale wierząc słowom Jack’a -wszystkich się pozbył. Ostatnią taką osobą była ukochana Jake’a -Nicki.

-Wszystko w porządku? -zapytała kucając przy blondynie.

-Ucierpiała tylko moja duma -odparł siląc się na uśmiech.

-Jesteś pewien? -spojrzała na niego zatroskanym spojrzeniem. Dostrzegła grymas bólu, który za wszelką cenę starał się przed nią ukryć.

-Jestem tylko trochę potłuczony -dodał łapiąc się za rękę.

Jude pomogła mu wstać mimo jego licznych protestów.

-Widziałam gdzieś aptekę, kupię coś przeciwbólowego i na stłuczenia -dziewczyna nie zdążyła skończyć zdania, gdy pojawił się przed nimi wysoki mężczyzna. Miał na sobie długi czarny płaszcz, przyglądał się im uważnie swoimi zielonymi oczyma.

-Klaus -wyrwało się z ust Jake’a. Mężczyzna położył swoją dłoń na jego ramieniu, a zaraz potem na ramieniu Jude. Otaczający ją świat zaczął powoli popadać w nicość, kształty stawały się coraz mniej wyraźne, kolory zlewały się w szarość. Chwilę później ujrzała już tylko ciemność.

***

Dziewczyna powoli otworzyła oczy. Dostrzegła biały sufit. Poderwała się gwałtownie z miejsca, zakręciło się jej w głowie. Znajdowała się w małym pokoiku o kremowych ścianach. Siedziała na łóżku, obok niej leżał nadal nieprzytomny blondyn. Pokiwała na boki głową, czyżby znów została uprowadzona? Cóż za absurd -pomyślała ledwo powstrzymując się od śmiechu.

-Jake -wyszeptała lekko potrząsając towarzyszem, pocieszała ją myśl, że tym razem nie jest sama -Jake, obudź się! -dodała.

Twarz chłopaka wykrzywiła się z bólu. Dziewczyna momentalnie puściła jego ramię.

-Przepraszam -odparła przygryzając dolną wargę, całkowicie zapomniała o incydencie, który miał miejsce na rynku w ich pierwszych, i wydawało się brunetce, ich ostatnich chwilach wolności.

-Już się obudziliście -na dźwięk głosu Klausa Jude gwałtownie obróciła głowę w stronę drzwi -Przepraszam za wszelkie niedogodności -uśmiechnął się -Jake, zmieniłeś się odkąd widziałem cię ostatnio. Zmężniałeś. Ledwo cię poznałem bez twojej świty, buntowniczego wyglądu i gitary pod ręką.

-Czego od nas chcesz? -zapytał dość ostro blondyn.

-Chcę pomóc.

-Pomóc? -w głosie dziewczyny słychać było zdziwienie -Porwałeś nas!

-Zaskoczyła mnie obecność Jake, musiałem improwizować. Poza tym możecie w każdej chwili wyjść, nie zatrzymuję was.

-Czy to prawda? -zapytał chłopak wciąż nie zmieniając pozycji.

-Nie rozumiem pytania.

-Doskonale rozumiesz -odparł opryskliwym tonem Jake.

-Jeżeli pytasz o Nicki, przykro mi…

Dosłownie minutę później chłopak poderwał się z miejsca, przebiegł przez pokój, Klaus obejrzał się za nim. Jude także podniosła się z łóżka, udała się za blondynem, który wybiegł na korytarz, otworzył najbliżej niego znajdujące się drzwi, zajrzał do środka, zaraz potem popędził do kolejnych. Wszedł do drugiego pomieszczenia, dziewczyna tuż za nim. Znaleźli się w łazience, na podłodze znajdowały się zielone kafelki, na ścianach białe z zielonym motywem kwiatowym. W rogu znajdował się prysznic, obok niego ubikacja, po przeciwnej stronie umywalka. Zielony ręcznik leżał starannie złożony na białej szafce koło zlewu. Pomieszczenie lśniło czystością. Jake padł na kolana przed toaletą, a następnie zwymiotował. W drzwiach pojawił się Klaus, wymienił z Jude spojrzenia.

-Zostawmy go -zabrzmiał spokojny głos czarodzieja -Może przejedziemy do kuchni, zrobię ci herbatę, albo coś innego do picia -dziewczyna przytaknęła, nie chciała wprawdzie być sam na sam z Klausem, martwiła się także o swojego towarzysza, jednak nie widziała innego rozwiązania, a to zaproponowane przez mężczyznę wydało jej się sensownym.

***

Jude siedziała na przeciwko czarodzieja w jego zadbanej kuchni. Tak jak w łazience wszystko miało swoje miejsce, kolorowe kubki wisiały na metalowych haczykach nad zlewem. Dwie niebieskie ściereczki starannie złożone i przewieszone przez rączkę od piekarnika. Na blatach nie znajdowała się nic z wyjątkiem kuchenki mikrofalowej oraz ekspresu do kawy. To samo dotyczyło wypolerowanego na błysk stołu, na którym nie odważyła się położyć dłoni z obawy, że pozostawi smugi. Nie miała pojęcia czego spodziewać się po czarodzieju, czy jest równie ułożony, jeżeli chodzi o pozostałe aspekty życia. Niegdyś oceniła Jack’a jako porządnego mężczyznę, wtedy się pomyliła.

-To czego się napijesz? -zapytał Klaus przerywając ciszę.

-Wody -Jude poprawiła niesforny kosmyk włosów opadający jej na czoło.

Miała tak wiele pytań, ledwo powstrzymała się przed zasypaniem nimi Klausa. Wszystko dlatego, że nie miała pewności czy jest on dobrym czy złym bohaterem tej historii. A miała serdecznie dość kłamstw i tajemnic. Dziewczyna obserwowała jak Klaus wyciąga z szafki nad zlewem szklankę, a następnie kładzie ją na blacie. Zaraz potem kieruje się w stronę lodówki, wyjmuje z niej butelkę wody mineralnej. Napełnia przezroczystym płynem szklankę, a później odkłada wodę na swoje miejsce.

-Jude, ładne imię… -mówi z uśmiechem na twarzy kładąc na stole przed dziewczyną pełną szklankę.

-Dziękuję -czarodziejka nie miała pojęcia do czego zmierza Klaus, wydawało się jej, że plecie co mu ślina na język przyniesie, tylko po to, aby uniknąć niezręcznej ciszy.

-Ciężko jest być daleko od domu, prawda?

-Do czego zmierzasz? -miała dość tego owijania w bawełnę, tych wszystkich tematów zastępczych. Chciała w końcu dowiedzieć się, o co chodzi. Dlaczego siedzi teraz w kuchni Klausa. Dlaczego zdecydował się porwać ją i Jake’a z rynku.

-Nie okłamuj jej -usłyszała za swoimi plecami głos blondyna, obróciła się w jego stronę, stał oparty o framugę drzwi -Ma talent w odkrywaniu prawy -dodał marszcząc nos.

-Miło, że postanowiłeś do nas dołączyć -czarodziej wskazał na wolne krzesło obok Jude, chłopak pokręcił przecząco głową. Zdecydował, że dobrze mu tam, gdzie jest.

-Magiczne obrażenia? -zapytał przyglądając się jak chłopak masuje lewe ramie.

-Słucham? -wypaliła czarodzieja, nie rozumiejąc jak Klaus w ogóle śmie podejrzewać ją, że mogła skrzywdzić swojego towarzysza przy użyciu magii. To, co się wydarzyło na rynku było dziełem przypadku, nie miała innego wyjścia. Gdyby czar zadziałał na tamtego chłopaka, nigdy nie rzuciłaby go na blondyna. Poza tym stłuczona ręka  chłopaka to nie wynik zaklęcia, tylko skutek upadku.

-Jeżeli obrażenie nie powstało w wyniku użycia czarów, mogę uleczyć rękę Jake’a -wyjaśnił mężczyzna, widząc bojową postawę Jude.

-Nie, dziękuję -odparł bez chwili zastanowienia blondyn.

-Skoro tego właśnie chcesz -Klaus wzruszył obojętnie ramionami, skoro chłopak chciał się męczyć, nie jego sprawa, nie jego obrażenia, ani ból.

-Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć o co chodzi?

-Jack nie nauczył cię zaklęcia „uleczania„.

-Nie. Pewnie nie zdążył -tym razem to ona wzruszyła ramionami.

-Zaklęcie zadziała poprawnie tylko jeżeli uraz powstał bez udziału magii -Klaus brzmiał jak typowy profesor prowadzący wykład dla swoich nie tyle uczniów, co uczestników koła naukowego, chcąc ich zainteresować tematem, ale także zachęcić do zadawania pytań.

-A co jeżeli powstanie w wyniku użycia czarów? -Jude nie mogła powstrzymać się od zadania pytania.

-To zależy od czaru -wtrącił się zniecierpliwiony tą rozmową blondyn -Najprawdopodobniej dojdzie do ponownego doznania urazu, jaki nastąpił w wyniku rzucenia czaru.

-Jake -odparł zachwycony Klaus -Zawsze podziwiałem twoją widzę o świecie magii i czarów -westchnął, kręcąc głową na boki -Tak bardzo się starałeś, aby ojciec cię docenił…

-Jack od dawna nie jest mi ojcem, o ile kiedykolwiek w ogóle nim był -blondyn nie pozwolił dokończyć czarodziejowi myśli, miał wrażenie, że mężczyzna i tak już za dużo powiedział.

 

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 9

Cześć,
dzisiaj zakończę jakby 1 z 3 głównych części „Porwanej”.
Na pocieszenie dodam, że już przy kolejnym wpisie pojawi się nowa postać, czarodziej… Pomoże on czy tylko zaszkodzi głównej bohaterce? Jak myślicie? ;)
Nie jestem jakoś szczególnie zadowolona z tej części, czegoś mi w niej brakuje. Obiecuję poprawę. Następna część raczej nie pojawi szybciej niż 5 września, mam trochę spraw do pozałatwiania. Ale postaram się być na bieżąco z Waszą twórczością ;)

PORWANA, część 9

Drzwi do pokoju Jake’a były zamknięte. Jude zapukała. Nie uzyskała żadnej odpowiedzi. W sumie czego innego mogła się spodziewać. Raz jeszcze zastukała w drzwi i poprosiła, aby chłopak ją wpuścił. Nic. Zagroziła, że jeżeli dobrowolnie nie otworzy drzwi, użyje magii. Nadal nic się nie wydarzyło. Nie mając wyboru rzuciła zaklęcie, chwilę później stała po środku pokoju z obrazami. Chłopak siedział na parapecie, spoglądał przez okno. Ani na chwile nie odwrócił się w jej stronę, pogrążony był w myślach.

-Jake -odparło nieśmiało, zbliżając się krok po kroku, powoli do blondyna.

Chłopak przetarł dłonią twarz, gdy odwrócił się w jej stronę dostrzegła, że w jego oczach smutek i ból. Były czerwone i podpuchnięte. W dłoni trzymał bransoletkę.

-Pomyślałam, że powinniśmy porozmawiać -dodała zatrzymując się dosłownie na wyciągniecie ręki przed Jake’m. Chciała go przytulić, pocieszyć, ale nie była pewna, czy on właśnie tego w tej chwili potrzebuje.

-O czym chcesz rozmawiać? -zapytał zachrypniętym głosem.

-Kochasz ją -słowa te zawisły w powietrzu. Przez dłuższą chwilę żadne z nich nie odważyło się odezwać.

-Kochałem -odparł Jake spoglądając w stronę namalowanych przez siebie obrazów -Gdy Jack stworzył barierę wokół domu, kilkukrotnie prosiłem go, błagałem, aby pozwolił mi zobaczyć się z Nicki. Za każdym razem odmawiał. Miałem wtedy takie wrażenie, uczucie, że stało się coś złego. Rozumiesz co mam na myśli? -Jude przytaknęła -Gdy dziś dałaś mi jej bransoletkę, potwierdziły się moje najgorsze obawy…

-Możesz mi coś więcej o niej powiedzieć?

-Była podobna do ciebie. Odważna, mądra, a przede wszystkim wrażliwa -wypowiadając te słowa przyjrzał się portretowi uśmiechniętej blondynki w kremowej bluzce i katanie, ze srebrną bransoletką na ręku.

-Twój ojciec… -chłopak gwałtownie pokręcił głową na boki.

-Ja nie mam ojca -odparł stanowczym tonem.

-Jack cię kocha, jesteś jego synem -Jude sama nie do końca wiedziała do czego zmierza, co tak właściwie chce powiedzieć blondynowi.

-Świetnie to okazuje. Zabił moją dziewczynę, bo ubzdurał sobie, że stanowi ona dla niego zagrożenie. Zamknął mnie w tym wielkim domu daleko od przyjaciół, od studiów, które były moją pasją. Czy na tym polega miłość? Na niszczeniu osoby, którą się kocha?

-Ubieraj się -odparła przyglądając się blondynowi, gdy chłopak nie ruszył się z miejsca, podeszła do szafy ubraniowej w jego pokoju, a następnie ją otworzyła -Nie spodziewałam się, że zobaczę to pośród twoich ubrań -trzymała w ręku wieszak, na którym wisiała czarna skórzana kurtka. Jake jakby jej nie słyszał. Jude zajrzała do komody, znalazła tam czarne dżinsy i szarą koszulkę z długim rękawem i guzikami pod szyją.

-Nie będę drugi raz powtarzać -mówiąc to podała mu wybrane przez siebie ubrania.

-Po co? Jaki w tym sens…

-Nie dramatyzuj, tylko się ubieraj -Jude obdarzyła go nieznoszącym sprzeciwu spojrzeniem -Chcę ci coś pokazać. Kiedyś bez żadnych pytań wyszłam za tobą na ulewny deszcz. Nie żałuję, że ci wtedy zaufałam, ty także nie będziesz.

Chłopak wstał z parapetu, następnie zdjął bokserkę. Dziewczyna przyjrzała się uważnie jego nagiemu torsowi. Blondyn był szczupły, dobre zbudowany, a oprócz dwóch tatuaży, które widziała wcześniej na jego ciele dostrzegła jeszcze trzy inne.

-Nie grasz przypadkiem na gitarze? -zapytała, gdy Jake ubrał koszulkę.

-Skąd to pytanie? -na jego twarzy malowało się zdziwienie.

-Wypowiedziałam je na głos? -odparła lekko speszona.

-Kiedyś trochę grałem -dodał zamieniając spodnie od piżamy na dżinsy.

-Dlaczego już nie grasz?

-Jak już mówiłem, jestem teraz innym człowiekiem niż byłem kiedyś.

-Nie można przecież tak po prostu zapomnieć o przeszłości.

-Można próbować -mówiąc to podwinął rękawy koszulki pod same łokcie -Dowiem się w końcu po co tak właściwie miałem się ubrać?

-Wychodzimy -odparła z promiennym uśmiechem na twarzy.

-Przecież nie przejdziemy poza barierę stworzoną przez Jack’a.

-Wyjdziemy dzięki temu -mówiąc to Jude pokazała blondynowi książkę oprawioną w brązową skórę.

-Skąd to masz?

-Pożyczyłam z gabinetu Jack’a, należała do Cadence.

Dziewczyna nie do końca była pewna czy właściwie postępuje. Jednak ponad wszystko potrzebowała przestrzeni, nie mogła już dłużej znieść zamknięcia w tym wielkim pałacu.

-Dasz radę zniszczyć magiczną barierę? -zapytał z nadzieją chłopak.

-Dopóki nie spróbuję to się nie dowiem -wyjaśniła wzruszając ramionami -Gotowy na przygodę?

Kilka minut później znajdowali się na podwórku, na tyłach ogromnej posesji Jack’a. Tuż przed nimi znajdowała się magiczna bariera. Jake stał półkroku za czarodziejką. Dziewczyna spojrzała na niego, wydał się jej nieco przestraszony.

-Wszystko w porządku?

-Czyń swoją powinność -wysilił się na uśmiech.

Jude wyciągnęła przed siebie prawą dłoń, palcami dotknęła zimnej i w dotyku przypominającej taflę szkła bariery, a następnie szeptem przeczytała odręcznie zapisane słowa w księdze kiedyś należącej do Cadence, córki czarodzieja. Zaraz po wypowiedzeniu ostatniego wyrazu opór pod palcami zniknął. Zdziwiła się, nie mogło jej się udać, nie za pierwszym razem. Dziewczyna z ręką wyciągniętą przed siebie zrobiła krok do przodu, nie natrafiła na żadną przeszkodę. Śmiało przebiegła kilka metrów przed siebie, odetchnęła z ulgą, gdy znalazła się poza posesją Jack’a. Na jej twarzy zagościł uśmiech, który znikł równie szybko jak się pojawił, gdy tylko spojrzała na chłopaka. Blondyn nie ruszył się z miejsca, stał jak sparaliżowany.

-Jake? -dziewczyna nie do końca rozumiała jego zachowanie. Przecież tego właśnie chciał, opuścić dom. Uciec od samotności. Nagle zrozumiała coś jeszcze. Chłopak spędził ponad dwa lata w zamknięciu, z dala od zewnętrznego świata.

-Jesteśmy w tym razem -odparła wyciągając w jego stronę rękę, w ten właśnie sposób chciała dodać mu odwagi -Jesteś wolny, jesteśmy wolni -dodała zakładając za ucho kosmyk włosów.

-Bariera opadła, bo Jack tego chciał. Możemy opuścić to miejsce, bo on tego chce -zabrzmiał jego wyzuty z wszelkich emocji głos.

-Nie przesadzaj, Jack jest tylko człowiekiem.

-Nie znasz go tak dobrze jak ja znam -potarł dłonią brodę -To nie wróży nic dobrego. Nie jestem pewien czy powinniśmy…

-Może poszedł po rozum do głowy i zdał sobie sprawę, że przetrzymując nas wbrew naszej woli tylko nas rani -Jude chciała wierzyć w swoje słowa, jednak gdy je wypowiadała przypomniała sobie jak Jack podniósł księgę, którą teraz trzymała w dłoniach, jak położył ją na biurku i zastukał w nią kilkukrotnie palcami. Zupełnie jakby bez użycia słów chciał podświadomie jej przekazać, że ma po nią sięgnąć.

-Chciałbym w to wierzyć…

-Chodź -wysiliła się na uśmiech -Przekonajmy się co szykuje dla nas przyszłość -dodała wciąż mając wyciągniętą przed siebie rękę.

Jake ujął jej dłoń, a następnie przekroczył barierę niegdyś wyznaczającą granicę posesji Jack’a.

 

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 7

Cześć,

dziękuję za Wasze wsparcie :* Wiele dla mnie znaczy.
Dzisiaj krótko, obiecuję poprawę następnym razem ;)

PORWANA, część 7

Jude zatrzymała się w połowie korytarza prowadzącego do jej pokoju. Zastanawiała się czy Nicki rzeczywiście została zamordowana, a jeżeli tak to kto mógł to zrobić. Jake? Jack? A może ktoś zupełnie inny, przecież kiedyś, zgodnie z tym co powiedział jej blondyn, przez ten dom przewijało się wiele osób. Musiała dowiedzieć się czegoś więcej o Jack’u, o przeszłości. Pomyślała o bibliotece, tam może znaleźć trochę informacji. Bez problemu znalazła wazon, pod którym Jake schował klucz. W ciemnym pokoju przesunęła sowę, wcześniej wyczarowawszy ognistą kulę, którą zaczarowała w taki sposób, aby lewitowała kilka kroków przed nią. A wszystko po to, aby bezpiecznie pokonać strome schody. Gdy znalazła się w bibliotece, westchnęła ze zwątpieniem.

-Jak znajdę właściwą księgę -Jude stanęła przed jednym z regałów.

Dziewczyna zrobiła krok w tył. Nie przewidziała jednego, otóż tego, że ta biblioteka jest naprawdę wielka. Gdy miała już zrezygnować wpadła na pewien dość szalony pomysł.

-Chcę dowiedzieć się więcej na temat Jack’a, a także jego córki Cadence -wypowiedziała te słowa szeptem, a następnie skoncentrowała się na tej myśli. Chwilę później z kilku regałów spadły na podłogę książki. Jude podskoczyła przestraszona. Przyłożyła dłonie do ust, powstrzymując krzyk. Zachowując ciszę nasłuchiwała. Miała nadzieję, że czarodzieja nie ma w gabinecie. Nic się nie wydarzyło, nikt nie pojawił się w bibliotece. Jude podeszła do jednej z ksiąg, leżała otwarta. Dziewczyna wzięła ją do ręki. „Jack McGhart jedyny syn Emily DeLov oraz Victora McGhart. Urodził się w miasteczku Ocvotor, niedaleko Werturu”. Dziewczyna dowiedziała się z tej księgi niewiele, jeżeli chodzi o rzeczy, które ją interesowały. Zawarte w niej były informacje dotyczące dorastania Jack’a. Jude odłożyła ją na miejsce, a następnie sięgnęła po kolejną. „Cadence McGhart drugie dziecko Jack’a McGhart oraz Nicole Luise”. Brunetka raz jeszcze przeczytała to zdanie, zaintrygowało ją słowo ‚drugie‚. Jednak w tej księdze nie było żadnych informacji o pierwszym dziecku Jack’a. Jude przejrzała jeszcze kilka książek. Znalazła informacje o matce Cadence, kobieta ciężko zachorowała i zmarła 2 lata po śmierci córki. W tym momencie uzyskała odpowiedź na jedno z wielu dręczących ją pytań. Śmierć żony spowodowała, że Jack otoczył pałac magiczną barierą. W jednej z ksiąg znalazła informacje o dziadku, zapisy potwierdziły wszystko to, co powiedział jej Jack. Brunetka już miała opuszczać pomieszczenie, gdy dostrzegła jeszcze jedną książkę na ziemi. „Jack McGhart mąż Nicole Luise. Ojciec Jake’a oraz Cadence McGhart”. Jude spojrzała na zdjęcie nad podpisem. Znajdowała się na nim kobieta z portretu Jake’a, obok niej stał około 4 letni chłopiec, a także Jack, który trzymał na rękach małą dziewczynę.

-Potrzebuję więcej informacji o Jake’u McGhart -Jude ponownie skupiła się na wyszeptanym zdaniu, tym razem jednak nic się nie stało. Nie spadła żadna książka.

Dziewczyna doszła do wniosku, że to zapewne dlatego, że blondyn nie jest czarodziejem. Dlatego nie ma o nim nic więcej w księgach. To odkrycie było nie małym zaskoczeniem. Jude nigdy nie pomyślałaby, że Jack jest ojcem Jake. Miała wrażenie, że są dla siebie obcy. Na ścianie w pokoju wypełnionym obrazami nie było portretu Jack’a. Pierwszego dnia, gdy brunetka pojawiła się w tym pałacu, gdy wraz z chłopakiem udała się na wieżę do czarodzieja, blondyn nie zwrócił się do niego „tato” tylko po imieniu. Była ciekawa czy Jack zna prawdę o śmierci Cadence. Czy wie, że to dziewczyna straciła panowanie nad kierownicą. Wtedy też zdała sobie sprawę, że to Jake nie chciał rozmawiać z ojcem, a nie odwrotnie. Jude zrozumiała, że przez cały pobyt tutaj jest oszukiwana. Wyrwała stronę z księgi, złożyła dwukrotnie i włożyła do kieszeni szarej bluzy. Odłożyła książkę z powrotem na miejsce i już miała się udać do tunelu, gdy pomyślała, że może znajdzie coś jeszcze w gabinecie czarodzieja. Podeszła do drzwi, przyłożyła do nich ucho. Przez chwilę nasłuchiwała. Z pokoju obok nie dochodziły żadne odgłosy. Położyła dłoń na klamce, a zaraz potem ostrożnie na nią nacisnęła. W gabinecie czarodzieja było ciemno, na szczęście ognista kula oświetlała to, co było przed Jude. Dziewczyna usiadła na fotelu czarodzieja, a zaraz potem przeszukała blat biurka. Nie znalazła na nim nic, co by ją zainteresowało. Czuła jak szybko bije jej serce, robiła właśnie coś wbrew sobie. Nie dość, że włamała się do cudzego pokoju, to na dodatek grzebała w cudzych rzeczach. Ale to był jedyny sposób, aby się czegoś dowiedziała. Wiedziała, że ani Jack, ani Jake nic jej nie powiedzą. W każdym razie nic co byłoby prawdą, a kolejne kłamstwa jej nie interesują. Jude spróbowała otworzyć pierwszą od góry szufladę, była zamknięta. Rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu klucza. Nie znalazła go na biurku, ani w żadnej wazie czy wazoniku. Sprawdziła między książkami na regale, tam także nic nie znalazła. Nie było żadnej gablotki z kluczami. Zrezygnowana opadła z powrotem na fotel, gdy po raz kolejny uświadomiła sobie, że ma moce. Skoncentrowała się na zamku. Chwilę później usłyszała jak mechanizm się przesuwa. Zaraz potem otworzyła szufladę, znajdowało się w niej trochę długopisów, małe kolorowe karteczki, a nawet linijka. Stara mapa, Jude przyjrzała się jej, pochodziła z okresu, w którym rządził Wilhelm. Były tam też prywatne zapiski maga, znajdowała się w nich także jakaś notka w języku, którego brunetka nie rozumiała. Jude za pomocą magii otworzyła kolejną szufladę. Od razu w oczy rzuciła się jej srebrna bransoletka. Zdziwiło to dziewczynę, po co czarodziejowi damskie akcesoria. Wzięła ją do ręki, aby móc się jej bliżej przyjrzeć. Dwa doczepione do niej serduszka zawierały wygrawerowane napisy. Na jednym: Jake, a na drugim: Nicki. Jude przypomniała sobie blondynę ze snu, a także tą z portretu chłopaka. Przypomniała sobie, że podczas ostatniej rozmowy z Jake’m, chłopak zapytał ją „w jakiej sytuacji śniła ci się Nicki?”. W jej głowie pojawiły się kolejne pytania. Jednego była pewna w 100%. Otóż tego, że w tym domu dzieje się coś dziwnego. Musiała za wszelką cenę dowiedzieć się, w czym bierze tak naprawdę udział. Schowała bransoletkę do kieszeni. Zamknęła szufladę, a zaraz potem opuściła gabinet czarodzieja.

 /Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 6

Cześć,

jak zwykle mam dużo zaległości, moim jedynym usprawiedliwieniem jak praca, której swoją drogą mam już dość. Wręcz przeraża mnie myśl, że październik tuż tuż za pasem i zaczną się do tego studia ;( dodatkowo chyba zbyt pochopnie zgodziłam się wziąć dwie dziewczyny na korepetycje, ale obiecuję, że zrobię wszystko, aby nie zaniedbać mojego opowiadania, jak i Waszych twórczości ;)

PORWANA, część 6

Od momentu, gdy Jude poznała prawdę o pokoju pełnym obrazów minęły dokładnie 23 dni. Przez ten czas dziewczyna, ani razu nie rozmawiała z Jake’m. Nie mogła znieś tego, że chłopak tak perfidnie ją okłamał. Zdała sobie też sprawę, że mógł skłamać także w innych kwestiach. Te trzy tygodnie i dwa dni Jude spędziła pilnie ucząc się czarów pod okiem Jack’a. Było to dla niej coś niesamowitego, z każdą kolejną godziną odkrywała nowe możliwości. Mag nauczył ją kontrolować ogień, a także wodę. Pokazał jej, że siłą umysłu może sprawić, że kubek pełen kawy zniknie albo zamieni się w kubek pełen herbaty czy kakao. Dowiedziała się jak sprawić, aby w jej pustej dłoni pojawiło się soczyste jabłko lub czekoladowy batonik. Tego samego dnia, w którym to odkryła kłamstwo Jake, Jude postanowiła zadać czarodziejowi dręczące ją od dawna pytanie:

-Skąd wzięły się u mnie magiczne moce? Moi rodzice ich nie posiadają.

-Twój dziadek był wielkim czarodziejem. twoja babcia urodziła mu wspaniałego syna, twojego tatę. Nie wszystkie dzieci czarodziei posiadają moce. Możliwe, że gdyby mieli drugie dziecko, to ono władałoby magią. Jednak twój dziadek został zamordowany, gdy twój tata skończył zaledwie 6 lat.

-Zamordowany? -zapytała zdziwiona Jude.

-Został zamordowany przez osobę pozbawioną magii i na nią odporną. Oni są niezwykle niebezpieczni. Polują na nas, aby potem zabić. Nikogo nie oszczędzają.

-Tata powiedział mi, że dziadek zginął w wyniku nieszczęśliwego wypadku.

-Syn jednego z pierwszych czarodziei został zamordowany przez odpornego na magię. Trevor uwolnił krainę od okrutnego władcy Zachariasza. Został uznany za wybawiciela. Od tamtej pory odporni na magię polują na czarodziei, uważają ich za zło -Jude miała okazje poznać wersję maga, chciała wyciągnąć od niego jak najwięcej informacji -Bracia Wilhelma po tym wydarzeniu zrezygnowali z władzy -czarodziej opowiedział jej o Eustachym, o jego żądzy władzy -Chcieli usunąć się w cień, uciec przed odpornymi na magię -opowiedział również o zaklęciu, które rzucili bracia, aby żadnej czarodziej więcej nie objął władzy nad światem. W ustach Jack’a historia ta brzmiała zupełnie inaczej, te same wydarzenia przedstawione w innym świetle. Ta wersja wydała się jej odpowiedniejsza, bardziej pasowała do jej wizji Jack’a jako człowieka z zasadami.

-Twój dziadek przekazał twojemu tacie gen czarodzieja, jednak u niego on się nie uaktywnił. A twój tata przekazał go tobie, dlatego posiadasz magiczne umiejętności. Musisz nauczyć się posługiwać magią, aby móc się bronić -dodał na sam koniec mag.

Dwudziestego trzeciego dnia Jack uznał, że Jude opanowała podstawy magii, dlatego zdecydowała się jej pokazać coś trudniejszego, zaczął uczyć ją wpłynąć na ludzi. Jak sprawić, aby zrobili to, czego ona chce. Po skończonych ćwiczeniach z czarodziejem, dziewczyna udała się do swojego pokoju. Położyła się na łóżku, była zmęczona. Wkładała wiele pracy i wysiłku w czary, tak bardzo pragnęła, zostać dobrą czarodziejką, wielką i potężną. Jednak tej nocy, po długiej przerwie, Jude nawiedził kolejny dziwny sen. Siedziała w samochodzie, zajmowała miejsce pasażera z tyłu. Ręką przejechała po skórzanym siedzeniu, w radio leciała dobrze jej znana piosenka. Dziewczyna zamknęła na chwile oczy, wsłuchała się w słowa, jak zwykła to robić. Piosenkarka obiecywała, że wszystko będzie dobrze, wystarczy tylko poczekać na światło poranka. Gdy uniosła powieki jej oczom ukazał się Jake i Cadence. Dziewczyna zajmowała miejsce kierowcy, a chłopak fotel pasażera tuż obok niej. Oboje o czymś rozmawiali, jednak Jude nie mogła usłyszeć, przeszkadzała jej muzyka. Dopiero, gdy piosenkarka wyśpiewała ostatnie słowa, dowiedziała się, co jest tematem dyskusji blondyna i jego przyjaciółki. Jake mówił dziewczynie, że bardzo mu na niej zależy i tylko z tego powodu wtrąca się w jej życie. Prosił ją, aby nie wierzyła ślepo w każde słowo Jack’a. Powiedział jej, że brakuje mu „dawnej kochającej życie” Cadence.

-Wydoroślałam, ty także powinieneś! -odparła brunetka. w jej głosie dało się słyszeć złość.

Zaraz po tych słowach samochodem zarzuciło. Pojazd zmierzał prosto w drzewo stojące przy drodze, Cadence spojrzała na Jake’a, wypowiedziała jakieś zaklęcie. Potem Jude znalazła się w pokoju z obrazami, tym razem jednak widziała twarze na ścianach, a także na płótnach umieszczonych na sztalugach. Po raz pierwszy mogła im się uważnie przyjrzeć. Stwierdziła, że są piękne. Doskonałe w najdrobniejszym szczególe. Nagle usłyszała krzyk, podbiegła do okna. Zauważyła dziewczynę, drobną blondynkę. W jej niebieskich oczach dostrzegła przerażenie. Pojawiła się druga postać, Jude spostrzegła błysk noża. Tajemniczy nieznajomy dźgnął nim dziewczynę trzy razy. Blondynka padła na ziemię, z ran popłynęła krew. Jej bluzka zalśniła szkarłatem. Wtedy też Jude się obudziła. Przez dłuższą chwilę próbowała się uspokoić, powtarzając „to był tylko sen”. Gdy w końcu jej oddech się unormował, a serce przestało walić jak szalone, ostrożnie wstała z łóżka. Nałożyła na piżamę szarą bluzę, a następnie opuściła pokój. Skierowała się na piętro, zachowując się możliwie najciszej. Wszędzie było ciemno, żałowała, że nie wzięła latarki. Jednak kilka sekund później uświadomiła sobie, że jest przecież czarodziejką. Skoncentrowała się na swojej dłoni, tak samo jak zrobiła to na pierwszych zajęciach z Jack’em. Kilka chwil później pojawiła się na niej kula światła. Zadowolona uśmiechnęła się sama do siebie, coraz łatwiej przychodziło jej uprawianie magii. Zatrzymała się przy drzwiach prowadzących do kuchni, zrobiła krok do przodu, a zaraz potem cofnęła się. W jej głowie panował chaos, pewna część chciała, aby szła dalej, a inna pragnęła, aby wróciła do pokoju. Ciekawość jednak przezwyciężyła strach, kilka minut później Jude stała po środku pokoju z obrazami. Przysunęła dłoń bliżej ściany, na której znajdowały się portrety. Zatrzymała się na kilka chwil przy sylwetce przedstawiającej Cadence. Dziewczyna była zachwycona dokładnością, a także starannością wykonania. Przesunęła dłoń nieco w prawo, kolejnej postaci nie znała. Była to dostojna dama o intensywnie niebieskich oczach. Jude przyłapała się na tym, że myśli o Jake’u. A dokładnie o tym, że chłopak ma identyczne spojrzenie. Zaraz potem zdała sobie sprawę, skoro to wszystko to dzieło blondyna, to osoby na ścianie muszą być mu bliskie. Dlatego też ta dostojna kobieta to zapewne jego matka. Ponownie przesunęła dłoń w prawo, tym razem ukazała się jej twarz tajemniczej blondynki ze snu. Jude podeszła bliżej, uważnie się jej przyjrzała. Zastanawiała się kim ona jest dla Jake’a. Siostrą? Dziewczyna nie widziała żadnego podobieństwa, ale też nie miała pewności, że nią nie jest. Rodzeństwo nie zawsze jest do siebie podobne. A jeżeli nie jest jego siostrą to kim jest? Brunetka chciała znać odpowiedź, nie wiedziała jednak jak ją uzyskać.

-Co cię tutaj sprowadza? – Jude gwałtownie odwróciła się w stronę drzwi. Po raz drugi tej nocy poczuła nagły przypływ adrenaliny. W drzwiach dostrzegła Jake’a.

-Przestraszyłeś mnie -odparła oburzona dziewczyna.

Chłopak zapalił światło, na moment oślepiła ją wszechogarniająca jasność. Zamknęła dłoń, jednocześnie gasząc ognistą kulę.

-Dlaczego tutaj jesteś? Wyraźnie zaznaczyłaś, że nie chcesz mnie już nigdy więcej widzieć -blondyn zrobił krok w jej kierunku.

-Okłamałeś mnie -wyjaśniła robiąc krok w tył.

-Nie dałaś mi wytłumaczyć -Jake spojrzał na obrazy, wolnym krokiem podszedł do jednego z nich -Gdy zapytałaś mnie czy wiem coś o pokoju pełnym obrazów, nie byłem wtedy jeszcze gotowy, aby wpuścić cię do mojego świata.

-Do twojego schronienia -dodała Jude starając się zrozumieć chłopaka.

-Tak. Do mojego schronienia -powtórzył za nią.

-Przed czym się ukrywasz? -zapytała powoli podchodząc do Jake’a.

-Przed magią. Przed Jack’em. Przed przeszłością, a także przyszłością.

-Co to za życie, gdy cały czas uciekasz?

-Takie, w którym nic innego poza ucieczką nie pozostało.

-To twoja mama? -Jude wskazała na dostojną kobietę.

-Tak.

-Piękna kobieta -brunetka spojrzała na Jake’a, chłopak wydał jej się nieobecny -Kiedyś wspomniałeś, że pozostawiła cię pod opieką Jack’a. Co się z nią stało? Wyjechała?

-Umarła.

-Przykro mi -Jude dziwnie się czuła rozmawiając z blondynem. Nie była pewna czy może mu ponownie zaufać. Jak miała wierzyć w jego słowa, skoro już raz ją oszukał -A twój ojciec? -chłopak oderwał wzrok od podłogi, odwrócił się w stronę dziewczyny, zmierzył ją uważnym spojrzeniem. Zupełnie jakby szukał odpowiednich słów.

-Nie przyszłaś tutaj, aby poznać historię mojej rodziny. A więc dlaczego tutaj jesteś?

-Chciałam się dowiedzieć kim ona jest -mówiąc to wskazała na portret blondynki.

-Dlaczego się nią interesujesz?

-Śniła mi się -odparła Jude, jednocześnie uważnie przyglądając się chłopakowi -W śnie widziałam także ciebie i Cadence. Chciała, abyś wydoroślał, cokolwiek miała na myśli. Znajdowaliście się w samochodzie, to było tuż przed wypadkiem.

-Opowiadałem ci o tym -blondyn zmarszczył czoło.

-”Gdy wstanie nowy dzień, będziemy bezpieczni” -Jude stanęła na przeciwko chłopaka.

-Co takiego? -zapytał zdziwiony.

-Piosenka. Leciała w tle -dodała, ani na chwile nie spuszczając z niego wzroku.

-Do czego zmierzasz?

-Powiedziałeś, że to ty siedziałeś za kierownicą -chłopak przytaknął.

-W moim śnie to Cadence była kierowcą -Jude dostrzegła napięcie na twarzy Jake’a -Początkowo tłumaczyłam sobie, że zanim przyśnił mi się ten pokój, może wcześniej przez przypadek się tutaj znalazłam i zapamiętałam kilka szczegółów, kilka obrazów. Chciałam samą siebie w ten sposób uspokoić. Ale tak naprawdę nigdy tu nie byłam. Więc jak mogłam śnić o tym pokoju?

-Rozumiem, że masz na to jakieś wytłumaczenie.

-Jack powiedział mi wczoraj, że mój dziadek posiadał niezwykle rzadki dar. Potrafił widzieć przeszłość, a także przyszłość. Powiedział też, że taki dar posiadał jeden z pierwszych magów.

-Świadczy to, że twoje korzenie sięgają daleko wstecz -wtrącił Jake uważnie przyglądając się dziewczynie.

-Zdałam sobie sprawę, że skoro mój dziadek widział przeszłość, to być może ja także posiadam taką umiejętność.

-Jest to prawdopodobne…

-Już raz mnie okłamałeś. Dlaczego nie miałbyś zrobić tego drugi raz?

-Chyba nie rozumiem do czego zmierzasz?

-Myślę, że tak naprawdę to Cadence spowodowała wypadek. Nie wiem tylko dlaczego wziąłeś winę na siebie? I dlaczego mnie okłamałeś, mówiąc, że to ty prowadziłeś.

-Może chciałem, aby tak było. Może tak bardzo tego pragnąłem, że uwierzyłem, że to ja straciłem panowanie nad kierownicą i przeze mnie Cadence zginęła.

-Nim samochód uderzył w drzewo Cadence wypowiedziała jakieś zaklęcie…

-Zaklęcie ochronne. Dlatego wyszedłem z wypadku bez szwanku.

-Dlaczego… -Jake nie pozwolił jej na dokończenie pytania, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak będzie ono brzmieć.

-Nie mam pojęcia dlaczego rzuciła zaklęcie ochronne tylko na mnie.

-Musieliście być sobie bliscy -Jude zrobiła krok do tyłu, a następnie udała się w stronę wyjścia. Miała jeszcze wiele pytań do Jake’a, ale miała wrażenie, że to nie jest odpowiednia chwila, aby je zadać.

-W jakiej sytuacji śniła ci się Nicki? -blondyn nie chciał tak po prostu pozwolić jej odejść.

-Wiele dla ciebie znaczy, prawda? Inaczej nie namalowałbyś jej portretu na ścianie.

Blondyn nic nie powiedział przyglądał się tylko stworzonym przez siebie obrazom.

-W moim śnie pojawiła się tylko na chwilę, widziałam ją z okna tego pokoju. Tylko tyle, nic więcej -Jude czuła się podle okłamując Jake’a. Jednak nie mogła postąpić inaczej. Nadal nie miała pojęcia, co właściwie dzieje się w tym domu. Komu ufać? Co stało się z Nicki? Czy szkarłatna plama na jej bluzce oznaczała tylko jedno, ŚMIERĆ? Tak wiele pytań, a tak niewiele odpowiedzi. Czarodziejka przypomniała sobie, że Jake wspominał w jednej z rozmów, że jeszcze cztery lata temu dom ten tętnił życiem. Tyle czasu minęło od śmierci Cadence. Jednak blondyn wspomniał, że jest zamknięty w tym pałacu od dwóch lat. Co wtedy się wydarzyło? Dlaczego Jack otoczył swój dom magiczną barierą dwa lata po śmierci córki? Szybki wniosek. Jeżeli chce poznać odpowiedzi, musi dowiedzieć się, co takiego wydarzyło się dwa lata temu. 

/Miłośniczka kryminałów