Archiwa tagu: czas

Porwana, część 20

Cześć,
prawie udało mi się nadrobić wszelkie zaległości, jest jeszcze parę notek, które koniecznie chcę przeczytać, kilka blogów, na które chcę zajrzeć i na pewno to zrobię ;)
Żeby było trochę świątecznie przed opowiadaniem zdjęcie zrobionych przeze mnie bombek :D

IMG_20151217_221154

PORWANA, część 20

Roger, Jude i jej towarzysze znaleźli się w bibliotece. Stanęli przed regałami pełnymi książek. Mniejszymi, większymi. Oprawionymi w niebieską, brązową lub zieloną barwioną skórę. Półki pięły się praktycznie pod sufit. A samo pomieszczenie było naprawdę wysokie. Aby zdjąć książki z wyższych półek należało użyć specjalnej drabiny na kółkach.

-To zabierzmy się za szukanie -zwróciła się do towarzyszy zaraz potem szeptem wypowiadając: „podróże w czasie” i skupiając się na tej myśli.

Z półek zaczęły spadać książki, jedna za drugą. Niektóre upadały dość cicho, gdyż były lżejsze lub znajdowałby się na niższych półkach, inne z ogromnym hukiem, były to głównie pokaźnych rozmiarów księgi. Jude, aż podskoczyła ze strachu. Roger zareagował dość szybko, zatrzymał niektóre w locie zanim zdążyły spać, a następnie umieścił je skinieniem ręki i prostym dla siebie zaklęciem z powrotem na miejsce.

-Ten czar jest skuteczny, gdy szukamy doprecyzowanej informacji, którą znajdziemy w zaledwie kilku książkach -zabrzmiał spokojny, ale zarazem pouczający głos czarodzieja -Jeżeli chodzi o podróżowanie w czasie, to wielu o tym marzyło, a jeszcze więcej pisało, czy tylko wspominało o takiej możliwości w książkach. Tym razem będziemy musieli zdać się na typowo ludzki sposób szukania, przeglądając i czytając jedną książkę za drugą.

Jude ciężko westchnęła, perspektywa spędzenia wielu godzin w bibliotece na szukaniu igły w stogu siana przerażała ją.

-Nic nie można zrobić? -zapytała z nadzieją w głosie.

***

Jake nie wiedział czy bardziej bolą go plecy, szyja czy tyłek od spędzenia kilku godzin na przeszukiwaniu grubych tomisk w poszukiwaniu możliwości powrotu do domu, siedząc na twardej podłodze oparty o regał. Wstał, momentalnie poczuł mrowienie w nogach. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Jude spała z głową opartą na rękach wyciągniętych na stoliku znajdującym się w końcu pomieszczenia. Robert drzemał na krześle obok czarodziejki, jego jedna ręka bezwładnie zwisała wzdłuż mebla. Podszedł do nich. Nie zastanawiając się długo, delikatnie, aby nie obudzić Jude wziął ją na ręce. Jej głowa opadła na jego prawe ramię, dziewczyna oddychała miarowo. Wyglądała tak spokojnie i w jego ocenie tak pięknie, uśmiechnął się na tę myśl. Nim opuścił pomieszczenie wpadł na Rogera.

-Robert? -zapytał czarodziej przyglądając się blondynowi i czarodziejce.

-Obudzisz go i zaprowadzisz do sypialni -pradziadek Jake skinął dla potwierdzenia głową.

-Sypialnie są na piętrze w prawym skrzydle.

Blondyn zaniósł Jude we wskazane przez Rogera miejsce. Pokój dla odmiany urządzony był zupełnie inaczej niż ten z czasów blondyna. Znajdowało się tam proste drewniane łóżko zamiast pokaźnego łoża z baldachimem. Pomieszczenie bardziej przypominał jego sypialnie z czasów, z których przybyli niż te przeznaczone dla gości. W rogu pokoju zabrakło też złoconego wielkiego lustra i dębowej szafy, w miejsce której znajdowało się krzesło. Jake położył dziewczynę na łóżku. Wziął ze stołka koc, którym następnie okrył czarodziejkę. Ostrożnie odgarnął włosy z twarzy dziewczyny.

-Wrócicie do domu -usłyszał głos zza plecami, w progu stał Roger.

-Jude bardzo na tym zależy, tęskni za rodziną.

-Dobrze jest mieć oparcie w takiej dziewczynie, masz szczęście.

-My nie jesteśmy razem -był to szybki protest ze strony blondyna.

-Nie? Przecież wy… sposób w jaki na siebie patrzycie…

-Nie możemy być razem -Jake zrobił krok w tył, jednoczenie zamykając drzwi do pokoju.

-Dlaczego? -czarodziej zmierzył go uważnym spojrzeniem, zupełnie jakby wiedział, że kryje się za tym coś większego, jakaś dużo poważniejsza sprawa niż „nie kocham jej” albo „ona nie kocha mnie”, czy też „jej lub jego ojciec jest przeciwny temu związkowi”.

-Potrafisz dochować tajemnicy? Takiej dużej…

Chwilę później oboje siedzieli w kuchni, po przeciwnych stronach stołu. Każdy z kubkiem kawy mimo bardzo późnej pory.

-Wciąż nie do końca mogę uwierzyć, że jesteś moim prawnukiem.

-A ja że rozmawiam ze swoim pradziadkiem, na dodatek młodszym od siebie -obaj zaśmiali się radośnie.

-Co to za tajemnica?

-Widzisz… mój ojciec, twój wnuk.. -zamilkł przez moment zastanawiając się czy na pewno dobrze robi chcąc powiedzieć swojemu przodkowi to, co zamierza. Miał jednak dość dźwigania tego ciężaru samotnie -Jest złym człowiekiem -wydusił w końcu z siebie, Roger spojrzał na niego zdumiony.

-To dość mocne słowa, biorąc pod uwagę, że mówisz o własnym ojcu.

-On… -nie był pewien jak wiele może powiedzieć -Pragnie przywrócić kogoś z krainy umarłych -zdecydował się nie mówić o swojej siostrze.

-Wie o konsekwencjach?

-Uważa, że znalazł sposób na obejście ich.

-To ktoś dla niego bliski? Nie odpuści?

-Nie -odparł blondyn upijając łyk aromatycznego napoju.

-Potrzebuje krwi dziedzica od potomków dwóch pierwszych czarodziejów.

-Nasza korzenie sięgają tak daleko -na te słowa brunet przytaknął skinieniem głowy -To samo dotyczy Jude, ona także jest potomkinią jednego z pierwszych -Roger wydał z siebie zdumione „ooo”.

-Dlatego nie możecie być razem -tym razem to Jake przytaknął.

-Co zamierzacie z tym zrobić?

-Jude o niczym nie wie -dodał pospiesznie blondyn -Ta rozmowa musi zostać między nami, rozumiesz?

-Dlaczego twój ojciec przeniósł was do 1938?

-Nie mam pojęcia -odparł blondyn z westchnięciem -Działania mojego ojca nie mają ostatnio sensu -podrapał się za uchem, analizując w głowie wszystko to, co wydarzyło się ostatnimi czasy. Jack pozwolił im uciec ze swojego pałacu, potem porwał ich tylko po to, aby przypomnieć mu o siostrze i w pewnym sensie spróbować namówić go do współpracy, potem pozwolił im wrócić do domu Klausa, aby wysłać ich w przeszłość. Po co? W przekonaniu blondyna równie dobrze mógł znów zamknąć w swoim wielkim zamku. Po co przenosił ich w przeszłość? Dlaczego do roku 1938? Jake spodziewałby się po ojcu, że raczej wyśle ich do czasów pierwszych, jeżeli w ogóle. W końcu tamte lata to jego ulubiony okres w historii. No, i pozostawało jeszcze jedno pytanie. Dlaczego wysłał z nami Roberta? -Ojciec zawsze miał wszystko zaplanowane, to… -chłopak rozłożył ręce -Nie jest takie w ogóle -pokręcił głową na boki.

***

Następnego dnia Jude obudziły promienie słońca padające prosto na jej twarz. Powoli uniosła głowę, przez chwilę zastanawiając sobie, gdzie się znajduje. Jednak dość szybko, niczym uderzenie w policzek, przypomniała sobie co się wydarzyło. Położyła głowę na powrót na poduszce, najchętniej nie wstawałaby z łóżka. Zaraz potem zadała sobie pytanie: Jak ja się tutaj właściwie znalazłam? Ostatnie co pamiętała, to fakt, że czytała wynurzenia jakiegoś czarnoksiężnika na temat możliwości podróży w czasie. Zacisnęła dłoń na poduszce, a następnie z całej siły cisnęła ją w stronę krzesła. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że kolejny wieczór spędzi zgłębiając zapewne nieźle popapraną psychikę kolejnego mrocznego czarodzieja. Wyczarowała sobie czyste ubrania, te co miała na sobie były całe wygniecione, poza tym nie pachniały zbyt ładnie. Zastanawiała się w jakim stanie są jej włosy, nie wspominając o zapewne rozmazanym makijażu, jednak w pokoju nie było lustra. Wyjrzała na korytarz, w pobliżu nie było żywej duszy. Wzruszyła ramionami, a następnie zajrzała do pomieszczenia obok. Z zawodem westchnęła na widok pustej przestrzeni. Miała nadzieję, że nie spędzi całego poranka na poszukiwaniu łazienki. Zajrzała do pokoju naprzeciwko, zauważyła tam Jake. Spał z głową na książce, miał na sobie wczorajszą koszulkę, jego dżinsy leżały na ziemi, tuż koło koca, podczas gdy poduszka zakrywała jego stopy. Dziewczyna ciężko westchnęła, skupiła się na zaklęciu, a chwilę później na stercie książek obok łóżka pojawiała się czysta odzież. Nie budząc blondyna po cichu wycofała się z pomieszczenia.

-Cześć -zabrzmiał radosny głos Roberta, na który Jude podskoczyła w strachu.

-Nie rób tak więcej -odparła gniewnie, łapiąc się prawą dłonią za klatkę piersiową.

-Szukam kuchni. Może przyłączysz się do mojej wyprawy poszukiwawczej?

-Tak -odparła z uśmiechem na twarzy.

Jakieś dziesięć minut później Jude zajadła się kanapką słuchając jak Robert opowiada o jednym z finałowych meczów koszykówki, podczas którego jego kolega z drużyny złamał rękę, a oni mimo, jako osłabiony zespół i tak wygrali. Dobrze czuła się w towarzystwie bruneta, chłopak mówił z takim przejęciem. Kilka razy dodał jakiś żart, z którego śmiała się, aż do łez, choć na chwilę zapominając, że jest rok 1938.

Dobrą godzinę po tym jak dziewczyna niespodziewanie wpadła do niewłaściwego pomieszczenia, obudził się Jake. Przeczesał dłonią potargane włosy. Przy łóżku dostrzegł ubrania, w myślach podziękował za to Roger’owi. Zaraz potem udał się do łazienki. Odkręcił kran, zamoczył dłonie w umywalce pełnej chłodnej wody, a następnie ochlapał nią twarz. Gdy podniósł wzrok, chcąc się obejrzeć w lustrze, przez okno dostrzegł postać. Szybko sięgnął po ręcznik. Zdążył zaledwie zobaczyć tył postaci nim zniknęła mu z pola widzenia. Była to kobieta, blondynka, w sukience w kwiaty. Zaintrygowany sięgnął po koszulkę, którą zamierzał założyć. Skierował się w stronę drzwi, a gdy je otworzył praktycznie wpadł na Jude.

-Przepraszam -odparł robiąc krok w tył.

Wzrok Jude mimowolnie powędrował na tors blondyna, przyjrzała się jego tatuażom. Jeden pod linią obojczyka, drugi pod linią żeber, jakiś napis zawierający słowo: „bohater”. Nie zdążyła go przeczytać, gdyż Jake nałożył na siebie koszulkę.

-Chciałam żebyś wiedział -starała się pozbierać swoje myśli w głowie -To co wydarzyło się wczoraj… -wiedziała, że musi wyjaśnić tę sprawę, jakby nie było potrzebuje jego pomocy w powrocie do domu, ponad wszystko musi umieć z nim współpracować -Myślę, że powinniśmy zakopać topór wojenny -machnęła dłonią przecinając powietrze w pół -Może spróbowalibyśmy wrócić do tego jak było wcześniej -dodała zakładając opadający jej na czoło kosmyk włosów.

-Jako przyjaciele?

-Tak, jako przyjaciele -powtórzyła Jude, po części chyba już się pogodziła z faktem, że nie może liczyć na nic więcej ze strony blondyna. Zresztą po tym, co ostatnio jej zrobił, po tym jak ją zranił, nie była pewna czy nadal potrafiła patrzeć na niego w ten sam sposób.

-Jest coś jeszcze…

-Słucham.

-Dzisiaj w nocy miałam sen.

-Sen? Jaki sen? -zapytał zaintrygowany McGhart, przypominając sobie jak dziewczyna kiedyś opowiadała mu o tym jak we śnie widziała jego pracownie, a także śmierć Nicki i chwile sprzed wypadku samochodowego, w którym zginęła jego siostra.

-Tutaj są -w korytarzu pojawił się Roger oraz blondynka, którą Jake widział przez okno.

-Liv? -zapytał wyraźnie zszokowany chłopak.

-Wy się znacie? -czarodziej zmrużył oczy, nie rozumiejąc co się dzieje.

-Spotkaliśmy się w pociągu -wytłumaczyła Jude.

-Nie wiedziałam, że znacie Roger’a -blondynka uśmiechnęła się pogodnie.

-Moja dziewczyna, Olivia -czarodziej objął ją w pasie, a potem pocałował w policzek.

Jake momentalnie przypomniał sobie zdjęcie prababki, nieco starszej do Liv w tym momencie, z krótkimi starannie ułożonymi włosami i perłowymi kolczykami. Właśnie z tej fotografii ją kojarzył. Jedna sprawa, która nie dawała mu spokoju została wyjaśniona.

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 19

Cześć,
znowu zawaliłam :(

Mieliśmy w pracy kontrolę za kontrolą, na dodatek jesteśmy w trakcie audytu. W tym tygodniu na pewno nie dam rady się zrehabilitować i dodać kolejnej notki, ale postaram się nadrobić zaległości w święta :)

Zabrałam się też za nadrabianie zaległości na Waszych blogach, postaram się jak najszybciej u każdego pojawić i zostawić po sobie ślad ;) Przepraszam za moją nieobecność ostatnio.

PORWANA, część 19

Dom należący do rodziny McGhart w roku 1938 wyglądał dokładnie tak samo jak ten z czasów, z których przybyła Jude i jej towarzysze. Duża posiadłość otoczona jeszcze większym ogrodem. Kamienna ścieżka prowadząca prosto na wyłożony kamieniem ganek z masywnymi wykonanymi z ciemnego drewna rzeźbionymi drzwiami wejściowymi, a także ozdobnymi witrażami w oknach na piętrze. Wszystkie drzewa i krzewy na posesji były starannie przycięte, trawnik równo skoszony. Wszytko zadbane, wykonane z dbałością o każdy nawet najmniejszy szczegół.

-Jaki jest plan? -zapytał Robert wciąż trzymając Jude na rękach.

-Może najpierw mnie postawisz? -koszykarz pomógł czarodziejce ostrożnie stanąć na zdrowej nodze, ręka dziewczyny wciąż znajdowała się na jego szyi, a dłoń bruneta spoczywała na jej plecach stanowiąc podporę.

Jake nie zwracając uwagi na pozostałą dwójkę zapukał do drzwi. Obdarowany gniewnym spojrzeniem koleżanki wzruszył jedynie ramionami. Blondyn stojąc u progu swojego domu prawie sprzed stulecia nie potrafił się skupić na niczym innym poza myślą, że chciałby mieć spotkanie ze swoim przodkiem już za sobą. Drzwi otworzył młody chłopak, mniej więcej w ich wieku. Szczupły, ubrany w białą koszulę i brązową kamizelkę. Jego ciemne brązowe włosy starannie były zaczesane na bok.

-W czym mogę pomóc? -zapytał przyglądając się gościom.

-Cześć. Nazywam się Jude. A to Robert i Jake -czarodziejka wyrzuciła z siebie słowa niczym pociski z armaty -Szukamy Roger’a McGhart’a.

-W takim razie to mnie szukacie.

-Musimy porozmawiać -dziewczyna wysiliła się na uśmiech, dopiero teraz dostrzegła niewielkie podobieństwo w budowie i rysach twarzy u blondyna i jego pradziadka. Gdyby nie wiedziała, że mężczyźni są spokrewnieni zapewne nie wyłapałaby tych zbieżności.

-Jude skręciła kostkę, potrzebuje pomocy -dodał koszykarz starając się odnaleźć w tej niecodziennej sytuacji jako nie czarodziej i nie członek pokręconej rodziny McGhart.

-Wejdźcie -Roger usunął się na bok, robiąc przejście dla gości.

Robert pomógł dziewczynie przejść przez wyłożony marmurem hol główny. Spod sufitu zwisały ozdobne żyrandole, na ścinach wisiały oprawione w masywne drewniane ramy obrazy. Gospodarz zaprowadził ich do przestronnego salonu w głównej części budynku na parterze. Układ domu był taki sam jakim zapamiętał go Jake.

-To twój dom? -koszykarz zwrócił się do blondyna rozglądając się po pomieszczeniu, gdy tylko dziewczyna zajęła miejsce na fotelu tuż przy kominku, z którego buchały płomienie.

-Moja rodzina mieszka tutaj od pokoleń -Roger udzielił brunetowi odpowiedzi na pytanie, uznając, że skierowane było ono do niego, a nie do jego prawnuka -Przyniosę lód i bandaże -dodał przechodząc obok małego drewnianego stolika, na którym stały szachy, w stronę drzwi, gdy zatrzymały go słowa wypowiedziane przez Jude.

-Nie potrzebujesz tego -chłopak obrócił się w jej stronę -Wiem, że jesteś czarodziejem.

-Słucham?

-Ja także posiadam magiczne zdolności.

-Nie mam pojęcia o czym mówisz.

-Mogę to udowodnić -czarodziejka wyciągnęła przed siebie rękę, a następnie wyczarowała na niej ognistą kulę -Proszę, musisz nam pomóc. Nikogo tu nie znamy. Jesteś naszą jedyną nadzieją na powrót do domu -zabrzmiał jej błagalny głos.

-Skąd o mnie wiecie? -na dotychczas spokojnej twarzy Roger’a pojawiło się zdziwienie.

-To dość skomplikowane.

-Jeżeli mam wam pomóc, musicie być ze mną szczerzy.

-W porządku -Jude skinęła potwierdzająco głową, wcześniej spoglądając na swoich towarzyszy -Jakkolwiek szalenie to brzmi, musisz wiedzieć, że to prawda -głęboki wdech -Jake jest twoim prawnukiem, zostaliśmy przeniesieni do twoich czasów z roku 2015.

-To niemożliwe, nie istnieje czar umożliwiający podróże w czasie -zaprotestował wciąż nie mogąc złapać oddechu po nagłym wybuchu śmiechu.

-Ale my tutaj jesteśmy…

-Wychowywałem się w tym domu, znam go jak własną kieszeń. Do biblioteki prowadzi tajne przejście przez kominek z pokoju na pierwszym piętrze. W zachodnim skrzydle znajdują się ukryte drzwi prowadzące do schronu mieszczącego się pod ogrodami.

-To niczego nie dowodzi -zaprotestował niemal od razu pradziadek Jake’a.

Blondyn wiedział, że tylko jedno może przekonać Roger’a, że to, co mówią jest prawdą. Sięgnął ręką do kieszeni kurtki mając nadzieję, że przedmiot nadal tam jest. Nie znalazł go w prawej kieszeni bluzy. Przerażony, że zostawił go w domu Klausa nerwowo włożył rękę do lewej. Odetchnął z ulgą znajdując to, czego szukał.

-Jest w rodzinie od pokoleń -odparł pokazując przedmiot przodkowi -Po wewnętrznej stronie wygrawerowane są słowa: „Na zawsze twój, MMG” -podał pierścionek będącemu w szoku Roger’owi -M od imienia Martin, MG od nazwiska McGhart -wyjaśnił Jake.

-Ale jak to możliwe?

-Sami chcielibyśmy to wiedzieć -wtrąciła się Jude.

-Teraz nam pomożesz? -chciał wiedzieć Robert – Może zaczniesz od uleczenia nogi Jude?

***

Roger bez problemu uleczył skręconą kostkę Jude, dziewczyna promiennie się uśmiechnęła, a następnie podziękowała czarodziejowi. Miała jeden problem mniej na głowie, wprawdzie była to błahostka w porównaniu do głównego powodu, dla którego wraz z Robertem i Jake’m pojawiła się u progu domu pradziadka blondyna. Porządnie zawiązywała but na zdrowej już nodze.

-Jak dokładnie się tutaj znaleźliście? -zapytał kładąc wyczarowane przez siebie szklanki, także napoje i wodę na stole.

-Właściwie to nie wiemy. W jednej chwili byliśmy w domu naszego przyjaciela w drugiej mężczyzna z bronią przeganiał nas z tego samego budynku w roku 1938 -wyjaśnił Jake bez podawania szczegółów.

-To wszystko? -zapytał zdziwiony Roger.

-Myślimy, że ojciec Jake’a… -zaczęła czarodziejka, gdy przerwał jej blondyn.

-Nie ma znaczenia kto, ani dlaczego. Im mniej wiesz tym lepiej -wyjaśnił spoglądając na pozostałą dwójkę swoich towarzyszy -Przypuszczamy, że do rzucenia czaru wykorzystano czarną magię -dodał nieco łagodniej.

-Jak już wcześniej wspomniałem, nie znam zaklęcia pozwalającego na podróże w czasie, szczerze mówiąc nigdy nawet o takim nie słyszałem.

-Ale my nie możemy tutaj zostać, musimy wrócić do swoich czasów. Może znasz kogoś kto mógłby nam pomóc? -zabrzmiał zmartwiony głos dziewczyny.

-Mój ojciec jest w Europie, wyśle mu wiadomość. Możemy też poszukać informacji w bibliotece, może tam coś znajdziemy -odparł drapiąc się za uchem.

-Nie -zaprotestował szybko Jake -Twój ojciec musi zostać w Europie.

-Nie rozumiem.

-Im mniej osób wie o naszej obecności w twoich czasach tym lepiej.

***

-Jake -czarodziejka z postawy jaką przyjął wobec niej chłopak, wywnioskowała, że ponownie postanowił ją od siebie odsunąć -Chciałabym z tobą porozmawiać -starała się wymusić, aby na nią spojrzał, jednak jego wzrok zwrócony był w zupełnie innym kierunku -W cztery oczy -dodała z naciskiem.

-Teraz to zły moment -brunetka otworzyła usta z niedowierzaniem.

-Nalegam -nie zamierzała jednak tym razem odpuścić.

-W porządku -odparł po kilkudziesięciu sekundach milczenia blondyn, a następnie skierował się w stronę wyjścia, tuż za nim udał się dziewczyna.

-To zajmie tylko chwilę -Jude uśmiechnęła się do Roberta, kątem oka spoglądając jeszcze na czarodzieja, który podobnie jak ich trójka był zdezorientowany w tej sytuacji.

-O czym chcesz rozmawiać? -zapytał Jake, gdy znaleźli się w korytarzu.

Dziewczyna przeszła przez hol, otworzyła drzwi do pomieszczenia znajdującego się naprzeciwko salonu, z którego właśnie wyszli. Chłopak przewrócił oczyma, Jude nie specjalnie się tym przejęła. Poczekała, aż blondyn przekroczy próg kuchni.

-Powiesz mi o co ci chodzi? -zapytała, gdy drzwi za nimi się zamknęły.

-Mi? Raczej o co tobie chodzi… -odparł udając się wzdłuż kuchennego blatu w stronę lodówki, jednocześnie przeciągając po nim prawą dłonią.

-Jake! -podniosła głos chcąc na siebie zwrócić uwagę chłopaka -Przecież widzę, że coś jest na rzeczy -dodała, gdy blondyn odwrócił się w jej stronę. Stali naprzeciwko siebie, między nimi znajdował się kwadratowy drewniany stół.

-Wszystko jest w porządku. Na tyle na ile jest to możliwe biorąc pod uwagę, że zostaliśmy przeniesieni w czasie do roku 1938 -czarodziejka westchnęła na te słowa, powoli traciła cierpliwość, co nie wróżyło nic dobrego.

-Jeszcze kilka godzin temu traktowałeś mnie jak przyjaciółkę, a nawet… -zamilkła szukając odpowiednich słów -Jesteś w stosunku do mnie oziębły odkąd znaleźliśmy się tutaj -po tych słowach w pomieszczeniu zapanowała cisza, wszechobecna i niezwykle uciążliwa -Nie zaprzeczasz -odważyła się w końcu odezwać ledwo panując na drżącym głosem.

-To nie powinno było się nigdy wydarzyć…

-Przecież coś do mnie czujesz! -nie pozwoliła Jake’owi dokończyć, musiała to powiedzieć.

-Jude…

-Nie kłam! Choć raz zdobądź się na odwagę i powiedz mi prawdę.

Każda sekunda milczenia po wypowiedzianych przez nią słowach wydawała się trwać wieczność. Patrzyła w jego niebieskie oczy, a nadzieja, którą w nim pokładała z każdą chwilą wydawała się coraz bardziej mglista. Nie mogąc dłużej znieść panującego między nimi napięcia obeszła stół dookoła. Stanęła tuż przed chłopakiem, ich twarze dzieliły zaledwie milimetry. Będąc tak blisko niego nie potrafiła myśleć o niczym innym tylko jego dłoniach z zachłannością pieszczących jej ciało, tak jak to miało miejsce kilka godzin temu, nim przerwano im tę nieopisaną dla niej chwile radości.

-Jeśli ktoś ciągle mówi nie, przestań prosić -wyszeptała, a następnie ujęła jego szyję w swoje dłonie. Wspięła się na palcach, aby chwilę potem poczuć na swoich ustach ciepło i smak jego warg. Blondyn nie protestował. Co więcej odwzajemnił jej pocałunek, mocniej przyciągając ją do siebie. Wsunął swoje ręce pod jej bluzkę, delikatnie musnął palcami jej skórę na plecach.

-Czego się boisz? -zapytała czując jego oddech na swojej szyi.

-Nie chcę złamać ci serca…

-To tego nie rób -spoglądała mu w oczy, ich czoła stykały się.

-Nie możemy być razem.

-Dlaczego? -odparła oburzona odsuwając się od niego -Powiedz mi dlaczego.

-Nie jestem dla ciebie odpowiedni.

-Skąd ta pewność? Może jesteś najbardziej odpowiedni dla mnie.

-Nie chcę się kłócić -odparł przesuwając krzesło stojące po jego lewej stronie, a zaraz potem zmierzając w stronę wyjścia z pomieszczenia -Zaufaj mi, tak będzie lepiej.

-Bzdura -dziewczyna parsknęła śmiechem -Nie uważasz, że już ufam ci, aż nadto? -blondyn milczał stojąc przed drzwiami, odwrócony do niej plecami – Mógłbyś spojrzeć na mnie, gdy do ciebie mówię? -młody McGhart skierował na powrót głowę w jej stronę, starała się mówić spokojnie, jednak czuła jak jej serce rozpada się na drobne kawałki -Powiedz mi o co chodzi. Razem znajdziemy jakieś wyjście.

-Powinniśmy wrócić do Roberta i Rogera. Zacząć szukać sposobu na powrót do domu.

-Dupek! -Jude wyminęła chłopaka, w pośpiechu opuszczając pomieszczenie.

/Miłośniczka kryminałów

PS. Przepraszam za jakoś notki, ale nie miałam czasu jej przejrzeć.

Porwana, część 18

Cześć,
notka byłaby szybciej, gdyby nie strajk ze strony internetu. To niestety się nazywa złośliwość rzeczy martwych… Na szczęście wrócił nim minął piątek ;)
Uwaga, nakręciłam i namieszałam (sorry :D) Mam nadzieję, że się połapiecie w stworzonej przez mój chory umysł historii :P

PORWANA, część 18

Młody McGhart bez słowa skierował się w stronę rynku, Robert spojrzał na Jude, dziewczyna wzruszyła ramionami, a zaraz potem udała się w ślad za blondynem.

-Jake -krzyknęła będąc wciąż kilka korków za nim, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę, bezskutecznie. „Kiedyś nie wytrzymam i naprawdę go zabije” -dodała w myślach.

Chwilę później zaleźli się na deptaku, wokół kręciło się mnóstwo ludzi. Obok nich przebiegła grupka roześmianych dzieci bawiąca się w berka. Blondyn zwrócił uwagę na elegancko ubraną kobietę w koku, który przykucnęła przy małej blondyneczce. Uśmiechnęła się do niej, pogłaskała po głowie, a następnie sięgnęła po torebkę. Wyjęła z niej kolorowego lizaka. Dziewczyna otarła łzy spływające jej po policzkach, wzięła do jednej ręki słodycz, a drugą podała mamie.

-Jake -raz jeszcze zwróciła się do niego czarodziejka, liczą tym razem na jakiś dialog z jego strony -Co się dzieje?

-Co widzisz? -Jude zmarszczyła czoło nie rozumiejąc jego pytania, przyjrzała się jego skupionej twarzy wędrującej od jednego końca rynku do drugiego.

-Chyba powinieneś zapytać czego nie widzi -usłyszała głos bruneta, odwróciła się w jego stronę, on także przeczesywał okolicę wzrokiem.

-Skąd mam wiedzieć. Nigdy tu nie byłam! -odparła podirytowana.

-Zabrał nas stąd Klaus… -zaczął Jake.

-Wpadłem tutaj na ciebie -kontynuował koszykarz.

-Fontanna. Nie ma jej -dodała przypominając sobie ten słoneczny dzień, gdy co jakiś czas kropelki wody niesione przez wiatr lądowały na jej twarzy. -Co się z nią stało? -dopytywała na przemian spoglądając to na blondyna to na bruneta.

Tuż obok nich przeszedł mężczyzna w okrągłych okularach, pod pachą trzymał gazetę, a w dłoni papierosa, z końca którego unosił się szary dymek.

-Dzisiejsza? -nieznajomy skinął twierdząco głową -Mogę pożyczyć? -zapytał Jake.

-Już ją przejrzałem, możesz zatrzymać -podał mu przedmiot, zaraz potem poprawił oprawki na nosie i udał się tylko w sobie znanym kierunku. Młody McGhart spojrzał na nagłówek, jego uwagę od razu przykuła data.

-Powiesz mi co się dzieje?

-Powinnaś zapytać kiedy -odparł blondyn podając jej gazetę.

-23 wrzesień 1938 -przeczytał ponad jej ramieniem koszykarz.

-To jakiś żart. Podróże w czasie są przecież niemożliwe… -zmarszczyła czoło szybko przypominając sobie, że jeszcze nie tak dawno temu nie wierzyła w istnienie magii -Są możliwe? -w jej głosie zabrzmiała niepewność.

-Jak inaczej wytłumaczysz brak fontanny, wszystkie te zmiany w urbanistyce miasta. Jeszcze kilka godzin temu tam -wskazał na budynek znajdujący się na wprost nich -znajdował się punkt jednej ze znanych sieci telefonii komórkowej zamiast sklepu obuwniczego. A obok niego stała budka z lodami, której teraz brak. Mogę tak wymieniać dalej -spojrzał na Jude -Poza tym przyjrzyj się samym ludziom, ich ubraniom. Zauważyłaś kogoś w kolorowej koszulce lub podartych dżinsach?

Dziewczyna zwróciła uwagę na kobiety ubrane w proste sukienki w połowę łydki, mężczyzn w materiałowych spodniach prasowanych w kant i koszulach. Dzieci i młodzież bez słuchawek w uszach, dorośli bez telefonów w rękach. Żadnych reklam kredytów w bankach, wszelkiego rodzaju suplementów diety czy superszybkiego internetu.

-Musimy znaleźć Kalusa…

-Nie wydaje mi się, aby Jack zapewnił nam jego pomoc -przerwał jej blondyn.

-Czyli przeniósł w czasie tylko naszą trójkę? Dlaczego?

-Odpowiednie pytanie zadane nieodpowiedniej osobie -Jake wzruszył ramionami, jednocześnie spoglądając na nią swoimi niebieskimi oczyma, z których jak zwykle nie potrafiła kompletnie nic wyczytać. Młody McGhart był dla niej zagadką, której nie potrafiła rozwiązać. Nigdy nie wiedziała czego może się po nim spodziewać, co było chyba po części powodem tego, że tak bardzo ją do niego ciągnęło.

-To jak wrócimy do domu? -do rozmowy włączył się dotąd milczący koszykarz -Poza tym chciałbym zauważyć, że zaczynamy wzbudzać sensację -skinął głową w stronę chłopca, który mówił coś do starszego mężczyzny pod krawatem i z kapeluszem na głowie, prawdopodobnie swojego ojca, wskazując ich trójkę palcem -Raczej niecodziennie mają okazję widzieć takich dziwaków -Jude zrozumiała, że jej bluzka z imitującymi skórę wstawkami i dość sporym dekoltem, a także granatowa pikowana przejściówka i wysokie ponad kostkę sznurowane brązowe obuwie zdecydowanie wyróżnia się na tle kobiet ubranych w gustowne marynarki dopasowane w pasie oraz buty na słupku z okrągłym czubkiem. To samo dotyczyło się jej towarzyszy w sportowych bluzach z kapturem zamiast eleganckiego wierzchniego nakrycia.

-Skoro nie możemy liczyć na pomoc Klausa, chyba będziemy musieli poprosić o nią jego przodka -Jude wskazała na kremowy dom, z którego przed chwilą zostali wyproszeni.

-Pomysł dobry. Jednak mężczyzna, którego miesiliśmy okazję poznać bez wątpienia nie jest w żaden sposób z nim spokrewniony. Klaus przybył tutaj jakieś 30 lat temu z Europy, chyba z Anglii. Więc jeżeli chcemy szukać jego przodków to właśnie tam.

-To może znajdziemy moich krewnych? -dodała z nadzieją Jude.

-Twój pradziadek nie posiadał magicznych zdolności, a twój dziadek ma teraz pewnie jakieś 10 lat i myśli, że czarodzieje istnieją tylko w bajkach -te słowa blondyna były dla dziewczyny jak kubeł zimnej wody. Mimo, iż starała się zachować spokój miała wrażenie jak każdą część jej ciała powoli paraliżuje strach, a umysł opanowuje przerażenie.

-A co z twoimi przodkami? -koszykarz zwrócił się do Jake’a, czując na sobie uważne spojrzenia ludzi, chcąc jak najszybciej znaleźć się w bardziej ustronnym miejscu.

-Robert ma rację -podchwyciła z entuzjazmem czarodziejka -Pamiętam jak twój ojciec mówił, że w twojej rodzinie magia była od pokoleń. Tak samo jak dom, który został wybudowany, o ile dobrze pamiętam, w XVIII wieku.

-Nie sądzę, aby to był dobry pomysł -zaprotestował dość szybko młody McGhart.

-Dlaczego?

-Nie masz problemu z powrotem do miejsca, w którym byłaś przetrzymywana wbrew swojej woli przez łaknącego władzy nad światem czarodzieja?

-A mam inny wybór? -oboje mierzyli się przed dłuższą chwilę spojrzeniami -Nie możemy siedzieć z założonymi rękom, licząc, że może zdarzy się cud i wrócimy do naszych czasów. A co jeżeli nie wrócimy? Będziemy żyć tu i teraz, umrzemy zanim się narodzimy. A to i tak lepsza wersja. Mamy rok 1938, pamiętasz co wydarzyło się w 1939? -Jude czuła, że to wszystko powoli ją przerasta, miała dość wszystkich tych sztuczek czarnoksiężnika. Emocje już zaczynały przejmować kontrolę nad rozsądkiem. Łzy cisnęły się jej do oczy, wiedziała jednak, że płacz w niczym nie pomoże. Nie rozwiąże żadnego z jej problemów.

-Spokojnie, Jude. Oddychaj -zabrzmiał przepełniony troską głos blondyna, na jego twarzy zagościł delikatny uśmiech, który miał na celu dodać jej otuchy -Za bardzo się zapędzasz, coś wymyślimy.

-Tylko co? Ja znam zaledwie kilka prostych zaklęć. Jak poradzimy sobie bez księgi magii, bez pomocy jakiegoś doświadczonego czarodzieja?

-W porządku, zrobimy jak chcesz -chłopak miał nadzieję, że to będzie wyjątkowy dzień, podczas którego odpocznie od czarów, od całego tego cyrku związanego z Jack’em. Jednak jak zwykle został wciągnięty przez ojca w samo centrum wydarzeń.

***

Rytmiczny stukot kół pociągu działał na Jude usypiająco, siedziała przy oknie z głową opartą na ręce, obserwując krajobrazy za oknem. Obok niej znajdował się Robert, bawił się etykietą od butelki wody. Odklejając ją, a zaraz potem ponownie przyklejając. Natomiast naprzeciwko czarodziejki siedział Jake, miał zamknięte oczy jednak brunetka była pewna, że nie śpi. Denerwowało ją, że był taki milczący.

-Można? -wszechobecną ciszę przerwała niespodziewanie pojawiająca się w przedziale dziewczyna z walizką w jednej dłoni oraz białą tubą pod pachą, taką samą z jaką widziała kiedyś Jake’a. Nieznajoma miała blond włosy sięgające nieco za ramiona, rozkloszowaną kremową sukienkę za kolano, białą bluzkę z kołnierzykiem i sweterek.

-Jasne -odparła Jude wzruszając obojętnie ramionami. Złapała się na tym, że przejęła ten gest od blondyna, ponieważ sama nigdy wcześniej tak nie robiła.

-Jestem Liv -odparła dziewczyna próbując umieścić bagaż na półce ponad siedzeniami.

-Ja jestem Robert -koszykarz jak na dżentelmena przystało znalazł się tuż koło niej, aby pomóc jej z walizką -A to Jude i Jake -dodał koleżeńsko się uśmiechając.

-Dziękuję -nieśmiało założyła kosmyk włosów za ucho.

Na czole młodego McGharta pojawiły się bruzdy. Przyglądał się dziewczynie poprzez przymrużone oczy. Chłopak bez najmniejszych wątpliwości kojarzył skądś blondynkę, nie potrafił jednak stwierdzić gdzie wcześniej już widział jej twarz.

-Nie wyglądacie jakbyście byli stąd -Liv zwróciła szczególną uwagę na porwane na kolanach czarne dżinsy brunetki, kładąc w zasięgu swoich rąk białą tubę.

-Bo nie jesteśmy -odparła siląc się na uprzejmość czarodziejka -Przyjechaliśmy tutaj, aby odwiedzić dalekich krewnych.

-Artystka? -zabrał głos Jake, pochylając się delikatnie w jej stronę.

-Studiuję na wydziale sztuk pięknych -spojrzała w stronę swoich prac zwiniętych w rulony i umieszczonych w plastikowym stworzonym specjalnie do takich celów pojemniku.

-Mógłbym zobaczyć?

-Nie obraź się, ale wolałabym nie -przechyliła głowę, przygryzając dolną wargę -Nie jestem z nich zadowolona, mogły być lepsze. Zabrakło mi czasu na ich dopracowanie. To prace zaliczeniowe, a dzisiaj mija ostateczny termin ich składania.

-Na pewno są dobre.

-Skąd ta pewność? -posłała mu rozbawione spojrzenie -Interesujesz się sztuką?

Jude przyglądała się tej rozmowie z boku, nie rozumiejąc jak dziewczynie udało się tak łatwo nawiązać kontakt z blondynem. Rozmawiali tak swobodnie. Szybko zdała sobie sprawę, że chodzi o pasję. Łączyło ich zamiłowanie do sztuki. W tym momencie żałowała, że matka natura nie obdarzyła jej kompletnie żadnymi zdolnościami artystycznymi.

Miała ochotę powiedzieć chłopakowi, że raczej nie powinien podrywać dziewczyny starszej od siebie prawie o stulecie. Złapała się na tym, że jest zazdrosna. Szybko odsunęła od siebie wszystkie głupie myśli, równocześnie dyskretnie kręcąc głową na boki.

-Trochę -na ziemię sprowadził ją głos chłopaka -To nasz przystanek -Jake zwrócił się do pozostałej dwójki -Miło się rozmawiało -raz jeszcze posłał Liv promienny uśmiech.

***

Czarodziejka wychodząc z pociągu odwróciła się za siebie, chcąc upewnić się, że jej towarzysze podążają za nią. A także pragnąc jak najszybciej zapytać blondyna skąd u niego zainteresowanie tą dziewczyną, gdy straciła równowagę i runęła na ziemię.

-Jude -zobaczyła obok siebie Roberta, wyciągnął w jej stronę rękę, chcąc pomóc jej wstać.

Brunetka ujęła jego dłoń. Gdy spróbowała stanąć na nogach poczuła przeszywający ból, a na jej twarzy pojawił się grymas.

-Co się dzieje? -dopytywał koszykarz kucając naprzeciwko niej.

-Noga mnie boli -odparła dotykając delikatnie dłonią kostki.

-Pozwolisz, że zobaczę -nie czekając na odpowiedź zabrał się za rozsznurowywanie jej buta, który następnie bardzo ostrożnie zdjął jej z nogi -Myślę, że skręciłaś kostkę i raczej nie nałożysz buta z powrotem, szybko puchnie.

-Wszystko w porządku? -w zasięgu wzroku dziewczyny pojawił się Jake, na jego twarzy malowało się zdziwienie, zdecydowanie musiał przegapić moment jej upadku.

-Nie możesz się uleczyć? -padło z ust Roberta.

-Niestety Klaus nie zdążył mnie tego nauczyć.

-Daleko do Twojego domu? -do blondyna wciąż jakby nie docierało co się dzieje, jakby myślami był zupełnie gdzieś indziej.

-Jakieś 10, góra 15 minut.

-Chodź -zwrócił się do dziewczyny, brunet założył sobie jej rękę na szyję, a następnie wziął ją na ręce -Mam nadzieje, że twój pradziadek należy do drużyny dobro, a nie jak Jack zasila szeregi zła i uleczy nogę Jude, a także pomoże nam wrócić do domu -młody McGhart skinął kilka razy głową, starając się przekonać nie tylko Roberta, ale także siebie, że nie mogą mieć ciągle pod górkę i w końcu coś musi ułożyć się po ich myśli. Dziewczyna natomiast objęła rękoma szyję koszykarza ciesząc się, że ma w nim wsparcie i nie musi utykając na jedną nogę iść tak daleko. Żałowała jedynie, że nie znajduje się w ramionach blondyna.

/Miłośniczka kryminałów