Archiwa tagu: gra

Porwana, część 22

PORWANA, część 22

Jude wróciła do biblioteki z talerzem pełnym kanapek. W momencie, w którym weszła do pomieszczenia Robert leżał na wznak na podłodze co chwilę wzbijając w powietrze zgnieciony w kulkę kawałek kartki. Jednocześnie dodając komentarze w stylu: „Zawodnik z numerem jedenaście trafia zwycięski rzut z odległości 6,5 metra” przy pierwszym wzbiciu w powietrze papierowej piłki oraz „Don przechwytuje piłkę, podaje między nogami do Roberta, a ten kończy pewnie spod kosza” przy drugim. Zaraz potem kątem oka dostrzegł dziewczynę. Odłożył swoją zabawkę na bok i przyjął pozycje siedzącą.

-To koniec drugiej kwarty, zawodnicy udają się do szatni, gdzie odpoczną -dodała z uśmiechem na twarzy czarodziejka siadając koło bruneta -Smacznego!

-Tobie także należy się chwila przerwy -koszykarz rozwinął zgniecioną kartkę, dłonią nieco przygładził, a następnie przedarł na pół.

-Miałam już swoje 15 minut daleko od książek -mówiąc to wskazała na kanapki.

-To się nie liczy -odparł rozglądając się dookoła, zaraz potem gwałtownie podrywając się z miejsca -Zagramy w „Zgadnij kto” -dodał wracając na miejsce z długopisem w ręku.

-W co?

-Ja wymyślę postać dla ciebie, natomiast ty dla mnie. Trzymaj -podał jej kawałek pomiętej kartki i przyrząd do pisania.

-Co to ma być za postać? -zapytała próbując podejrzeć co pisze.

-Nie podglądaj! -zaprotestował zakrywając dłonią swoją kartkę, jednocześnie robiąc przy tym minę pokrzywdzonego dziecka -Możesz wymyślić sobie postać jaką tylko chcesz. Może to być prawdziwa osoba żyjąca tu i teraz albo historyczna. Możesz wybrać sobie jakąś z bajki lub baśni -Jude zmarszczyła czoło, a zaraz potem szybko zapisała coś na papierze.

-I co teraz?

-Teraz -ponownie rozejrzał się po pomieszczeniu -powinniśmy sobie przykleić te kartki wzajemnie do czoła.

-Do czoła? -dziewczyna zrobiła wielkie oczy -Czemu do czoła?

-Takie są zasady gry -na jego twarzy pojawił się uśmiech od ucha do ucha -Zasady gry rzecz święta, nie wolno ich podważać.

-Skoro tak mówisz -czarodziejka wzięła głęboki oddech, wyciągnęła przed siebie dłoń, wyszeptała krótkie zaklęcie, a chwilę później trzymała w dłoni samoprzylepne karteczki -Myślę, że lepiej nadają się do tej twojej gry.

-Zdecydowanie -obje zapisali swoje postacie tym razem na wyczarowanych przez dziewczynę żółtych kawałkach papieru z warstwą kleju.

-Głupio się czuję -czarodziejka zwróciła wzrok ku czołu.

-Tak też wyglądasz -zaśmiał się, brunetka nie zastanawiając się uderzyła go pięścią w ramię, a usłyszawszy jego „ała” także wybuchła gromkim śmiechem.

-I co teraz?

-Teraz musisz zadawać mi pytania, a ja mogę na nie odpowiadać tylko „tak” lub „nie”.

-Jakie pytania?

-Ja zacznę, dobrze? -Jude przytaknęła -Czy moja postać jest prawdziwa?

-Tak -dziewczyna dodatkowo dla potwierdzenia skinęła głową.

-Czy to postać żyjąca współcześnie?

-Współcześnie teraz czy współcześnie dla nas -czarodziejka wytknęła do niego język.

-W czasach, z których pochodzimy -dodał teatralnie przewracając oczyma.

-Nie.

-Teraz twoja kolej -koszykarz wskazał na nią dłonią.

-Czy jestem prawdziwą postacią?

-Nie -na twarzy chłopaka pojawił się szeroki uśmiech -Czy moja żyje w 1938 roku?

-Dlaczego teraz ty zadajesz pytanie? -nie rozumiała dlaczego on mógł zadać jej dwa pytania, a ona mu tylko jedno.

-Pytania zadajesz dopóki uzyskujesz w odpowiedzi „tak”.

-Nie, twoja postać nie żyje też w tych czasach -czarodziejka zaprezentowała mu swoje ząbki, dumna z tego, że udało jej się wyprowadzić go w pole.

-Zrobiłaś to specjalnie -pokręcił głową na boki, zaraz potem pochylił się w jej stronę i zaczął ją łaskotać.

-Nie! Robert! -krzyknęła między kolejnymi falami śmiechu i próbami złapania oddechu -Proszę! Robert przestań! -z oczy płynęły jej łzy.

-Tylko jeżeli otrzymam dodatkowe pytanie! -ani na chwilę nie przestawał jej łaskotać.

-Nie ma mowy! -szybko pożałowała swoich słów, otrzymując w zamian dodatkową porcję tych okrutnych tortur.

-Dobra, zgadzam się! -krzyknęła nie widząc innego sposobu na ratunek.

Kolejnych 20 minut spędzili zadając sobie wzajemnie kolejne pytania. Bawiąc się przy tym jak dzieci, co chwila wybuchając śmiechem, a także przekomarzając się. Robertowi udało się jako pierwszemu odgadnąć postać jaką przygotowała dla niego Jude.

-Wygrałeś tylko dlatego, że oszukiwałeś! -dziewczyna założyła ręce na piersi.

-Nie oszukiwałem!

-Wymusiłeś na mnie dodatkowe pytanie!

-Zgadłem Marie Skłodowską Curie jakieś 20 pytań przed tym jak ty zgadłaś misia Yogiego.

-Na pewno nie 20!

tumblr_no2dxq27KH1uomshlo1_1280
(Podobają mi się te zdjęcia, pasują do sytuacji -są śmieszne :D)

***

Olivia zauważyła sylwetkę blondyna znikającą za drzwiami pokoju, przy którym wpadła na niego dzień wcześniej. Zastanowiło ją dlaczego chłopak tak bardzo interesował się tym pomieszczeniem. Dlatego też skierowała tam swoje kroki. Gdy przekroczyła próg na ścianie naprzeciwko dostrzegła namalowaną złotą zorzę na tle granatowego nieba. Malunek zachwycił ją, stała przez chwilę tylko mu się przyglądając.

-Artysta -odparła robiąc krok w kierunku niedokończonego napisu -Możemy by…

-Możemy być bohaterami tylko przez jeden dzień -odparł odkładając na bok pędzel wcześniej zanurzony w białej farbie.

-Dlaczego tylko przez jeden dzień?

-To fragment piosenki -wytłumaczył rozmazując wskazującym palcem prawej ręki emulsję za uchem.

-Ale dlaczego tylko przez jeden dzień? -naciskała Liv -W czasach, z których pochodzisz nie macie pełnoetatowych bohaterów? Zorro? Robin Hood? Supermen, nieśmiały reporter obdarzony nadludzkimi umiejętnościami?* -mówiąc to podała mu chusteczkę, aby wytarł sobie ślady farby zza ucha -Ich raczej nie nazwiesz bohaterami tylko jednego dnia.

-Bo tylko na jeden dzień udało nam się ukraść czas… -Jake westchnął przypominając sobie tych kilka cudownych chwil z Jude nim zostali przeniesieni w przeszłość.

-W miłości masz prawo być egoistą. Bądź zachłanny, ukradnij więcej -dodała z przebiegłym uśmiechem na twarzy -Słuchaj rad starszych.

-Starszych? Ile ty masz lat 22? -Jake zmarszczył czoło, był starszy od swojego pradziadka, musiał być też starszy od Olivii.

-Kobiety o wiek się nie pyta! -zagrzmiała blondynka, zaraz potem krzyżując ręce na wysokości piersi, a także unosząc podbródek ku górze, chcąc dać znać swojemu towarzyszowi, że jest zniesmaczona i co najmniej oburzona jego zachowaniem.

-Przepraszam -chłopak zmrużył oczy, nie chciał sobie robić wroga ze swojej prababki.

-Kim ona jest? -Liv ciężko westchnęła, a następnie wyrwała mu z dłoni chusteczkę, nie mogąc już dłużej patrzeć na jego nieudolne próby pozbycia się małej plamy farby z szyi, która swoją drogą zaczęła już wysychać, więc wzięła sprawy w swoje ręce.

-Kto?

-Ta dziewczyna, z którą udało ci się ukraść tylko jeden dzień.

-To nie ma znaczenia, bo nie możemy być razem -wyjaśnił, gdy Liv odłożyła na bok chusteczkę, zadowolona z siebie i nieskalanego obecnością emulsji skrawka skóry za jego uchem, on potem usiadł na plastikowym pojemniku po granatowej farbie.

-Bzdury gadasz! -Olivia rozejrzała się dookoła, pod oknem leżało białe prześcieradło, pod którym ukryte były wcześniej wszystkie te przybory malarskie, a obok którego stał mały taborecik -Jak dwie osoby się kochają to nic nie może przeszkodzić ich miłości -dodała siadając na krzesełku obok blondyna.

-Bycie ze mną oznacza dla niej życie w obawie o przyszłość. Ciągłą ucieczkę.

-Nie jest na to gotowa? -Liv założyła nogę na nogę, równocześnie podpierając brodę na dłoni, skupiając się na słowach chłopaka.

-Nie chcę tego dla niej. Zasługuje na coś lepszego…

-Dlaczego decydujesz za nią? -wpadła mu w słowa blondynka -Może jest na to wszystko gotowa. Miłość wymaga poświęceń -Liv przechyliła głowę na bok.

-Myślisz, że łatwo mi patrzeć jak spędza czas z Robertem.

-Czyli mówimy o Jude -Olivia ożywiła się na te słowa, podekscytowana podskoczyła na stołku złączając dłonie razem z pojedynczym klaśnięciem.

-Ona nie może się o tym dowiedzieć -Jake zaprotestował łapiąc ją za ręce, a także wymuszając na niej spojrzenie.

-Nie może dowiedzieć się o tym, że ją kochasz czy o tym, że podjąłeś za nią decyzję odnośnie jej przyszłości? -na jej czole pojawiły się bruzdy.

-Gdy tak o tym mówisz, czuję się tak jakbym to ja był tym złym.

-Mogę już nic nie mówić, ale gwarantuję ci, że twoje postępowanie będzie nadal tak samo niemądre jak wcześniej…

-Nazwałaś mnie niemądrym?

-Nie chciałam nazywać wnuka głupim. Posiadasz przecież moje geny -Liv zaśmiała się, Jake natomiast spojrzał na nią zdziwiony.

-Skąd wiesz, że jestem twoim wnukiem?

-Nie miałam pewności, aż do teraz -przygryzła dolną wargę -Ja i Roger, jesteśmy parą. Byłam ciekawa czy pisana jest nam wspólna przyszłość.

-Sprytnie -chłopak z uznaniem pokiwał głową -Jak on z tobą wytrzymuje?

-Kocha mnie -dziewczyna z bananem na twarzy wzruszyła ramionami -Jeżeli kochasz Jude to walcz o nią. Walcz o swoją przyszłość z nią. Tak jak ja walczę o swoją z Roger’em. Wiesz jakie piekło przechodzę z jego rodzicami. Myślisz, że łatwo przebywać w towarzystwie Violet, tej suki, którą wybrali dla niego jako jego przyszłą żonę? Wszystkie te koszmarne obiady, docinki jego matki. Ale wiem, że mam w nim wsparcie. Jest moim bohaterem za każdym razem jak staje w mojej obronie wobec swoich rodziców.

-To co mówisz brzmi pięknie. Ale jego rodzice tylko ciebie nie lubią, mój ojciec jest nieobliczalny i ma już na rękach krew.

-Pozwól jej decydować o sobie -Liv położyła swoją dłoń na jego ramieniu -Tłumaczenie, że robisz to dla jej dobra nie jest żadnym tłumaczeniem -westchnęła kiwając na boki głową.

***

Jude nim położyła się spać zasłoniła kocem okno w pokoju, licząc, że tym razem nie obudzą jej promienie słońca i otrzyma minutę snu więcej. We śnie widziała małą karteczkę. Podobną do tej, którą wyczarowała dla siebie i Roberta, gdy grali w „Zgadnij kto”, jednak bez paska kleju po drugiej stronie. Nie była to jednak taka zwykła karteczka, coś się na niej znajdowało. Nie wiedziała czy to jakiś symbol, a może litera. Cokolwiek to było rozmyło się w jedna wielką niewyraźną plamę, gdy dziewczynę obudziło pukanie do drzwi.

-Proszę -odparła odgarniając włosy z czoła.

Do pokoju weszła Liv, w jednej ręce trzymała czarny kask, a w drugiej brązowe spodnie i białą bluzkę zapinaną na pod szyję na wiele malutkich guzików. Sama była ubrana w strój typowy do jazdy konnej. Czarne bryczesy, czarna koszulka, oficerki i niczym wisienka na torcie czerwona marynarka. Włosy miała starannie spięte w kitka, a uśmiech ani na chwile nie znikał z jej twarzy.

-Wybieramy się na przejażdżkę konno -blondynka odparła pełnym entuzjazmu głosem.

-Czy nie mówiłam ci przypadkiem, że boję się koni -Jude zmrużyła oczy.

-Ktoś musi was dzieci nauczyć, że powstrzymuje was tylko strach przed porażką…

-Słucham? -wypaliła czarodziejka nie wierząc w to, co właśnie usłyszała.

-Czego się boisz? -Liv położyła ubrania na łóżku, zaraz potem ściągnęła koc z okna.

-Że spadnę z konia i się połamię? -Jude demonstracyjnie rozłożyła dłonie.

-A co z przyjemnością wiążącą się z samej jazdy na koniu? Uczuciu wolności, gdy siedzisz w siodle i brniesz przez las nieskalany ludzką obecnością.

-Ale czy ta chwila jak ją nazwałaś „wolności” -dziewczyna palcami wykonała w powietrzu cudzysłów -Warta jest ryzyka utraty życia?

-A czy miłość nie jest warta ryzyka?

-Słucham? -Jude po raz kolejny zamurowało, stała z otwartymi ustami przyglądając się Liv, w tym momencie nie było ją stać na żadne słowa.

-Miłość. Wolność. To jedno i to samo -Olivia radośnie klasnęła w dłonie.

-Miłość nie wyrzuci mnie z siodła i nie sprawi, że wyląduje w szpitalu z połamanymi kończynami.

-Jesteś tego pewna? -spojrzenia dziewczyn się spotkały, żadna nie zamierzała odpuścić.

-Cokolwiek brałaś, nie bierz tego więcej! Nie wsiądę na konia. Koniec dyskusji! -czarodziejka nałożyła na swoją piżamę biały ciepły sweterek -Idę zjeść śniadanie -w pośpiechu nałożyła na nogi ciepłe kapcie za kostkę, wyszła z pokoju i skierowała się do kuchni. Nie była w nastroju do żartów, ponownie jej sen urwał się zbyt szybko przez co jej powrót do domu po raz kolejny został odwleczony w czasie.

-Cześć -w pomieszczeniu przy stole z kubkiem kawy w ręku siedział Roger.

-Twoja dziewczyna od samego rana próbuje mnie zabić -brunetka przebrnęła przez pomieszczenia zatrzymując się przy lodówce, z której wyciągnęła mleko.

-Co takiego? -chłopak gwałtownie obrócił się w stronę czarodziejki.

-Bredzi coś o wolności, miłości i próbuje posadzić mnie na koniu.

-Nie rozumiem co to ma wspólnego z próbą zabicia cię? -spojrzał na nią niczym na wariatkę, tymczasem Jude skończyła wsypywać do miseczki płatki owsiane.

-Konie to niebezpieczne zwierzęta! Są duże i wyrzucają ludzi z siodła od tak, bo mają taki kaprys. Kto tak robi?

-Konie z psychopatycznymi zapędami? -słowa Rogera zabrzmiały dość poważnie, jego mina również taka była.

-Zabawny jesteś -odparła, gdy ostatecznie czarodziej nie wytrzymał i wybuchł śmiechem.

-Liv lubi pomagać ludziom. Na przykład pokonywać ich lęki… -mówiąc się starał ważyć słowa, czując na sobie mordercze spojrzenie brunetki.

-Nie potrzebuje pomocy w pozbyciu się lęku przed końmi. W zupełności wystarczy, że będę omijać je szerokim łukiem -w momencie, gdy Jude wypowiadała te słowa jej uwagę po raz kolejny przykuła gazeta na szafce przy zlewie. Tym razem wzięła ją do ręki, po czym zaczęła przewracać strony. Jedną za drugą w poszukiwaniu, tego co zapisał czy narysował w niej Jake. Nie wiedziała dlaczego, ale coś kazało jej to sprawdzić. Przeczucie, które nie dawało jej spokoju za każdym razem, gdy w zasięgu jej wzroku znajdowało się to czasopismo. W końcu natrafiła na właściwą stronę, w wolnym od tekstu miejscu, między czarno-białymi zdjęciami, znajdował się rysunek. Mały kompas wskazujący na północny-wschód. Nagle obraz z jej snu, mała karteczka i to, co się na niej znajdowało stało się niezwykle wyraźne.

-To jest to! -krzyknęła uradowana dziewczyna -Widziałeś Jake’a? -Roger pokiwał przecząco głową, zaraz potem Jude wybiegał z kuchni, skierowała swoje kroki prosto do pokoju blondyna.

*Znalazłam w internecie, że Supermen po raz pierwszy pojawił się w magazynie „Action Comics vol. 1#1” w czerwcu 1938 :P

/Miłośniczka kryminałów