Archiwa tagu: magia

Porwana, część 23

PORWANA, część 23

Jude z otwartą na właściwiej stronie gazetą w ręku pokonała w pośpiechu korytarze w pałacu rodziny McGhartów. Wpadła do pokoju Jake’a, bez żadnego pukania, bez „dzień dobry”. Przechodząc od razu do rzeczy.

-Musimy pogadać!

Wyrwany ze snu chłopak gwałtownie poderwał się z łóżka. Przyjął pozycję siedzącą, kładąc bose stopy na podłodze. Jedną z dłoni oparł o materac dla zachowania równowagi, drugą przetarł twarz.

-Co się stało? -zabrzmiał jego zaspany głos, całą swoją świadomość starł się ponad wszystko skupić na czarodziejce.

-To się stało! -podeszła do niego, podała mu gazetę -Ty to narysowałeś…

Blondyn spojrzał najpierw na czasopismo, potem na dziewczynę. Bodźce zewnętrzne wciąż powoli do niego docierały, prawie całą noc spędził kończąc malunek na ścianie przyszłego pokoju Cadence. Położył się do łóżka może dwie godziny przed tym jak czarodziejka wpadła do jego pokoju. Skinieniem głowy zgodził się z brunetką.

-Widziałam taki sam w swoim śnie -jej wzrok skupił się na jego nagim torsie, wtedy też dostrzegła tatuaż po lewej stronie klatki piersiowej identyczny z rysunkiem, który znajdował się w gazecie -Co oznacza? -wskazała na mały kompas, jednocześnie zastanawiając się dlaczego nie widziała go wcześniej. Ostatnio, gdy blondyn był bez koszulki, a gdy przypadkowo na niego wpadła, gdy wychodził z łazienki, przypomniała sobie, że jej uwagę przykuł napis na linii żeber, a nim zdążyła zainteresować się jakimś innym chłopak założył koszulkę.

-Usiądź -westchnął zastanawiając się od czego powinien zacząć -Ten kompas to pewnego rodzaju pamiątka po Nicki -wypowiedział te słowa, gdy czarodziejka zajęła miejsce na łóżku obok niego -Po raz pierwszy narysowałem identyczny kompas na nadgarstku Nicki czarnym wodoodpornym markerem -uśmiechnął się do wspomnień, przypominając sobie radość goszczącą na twarzy jego ukochanej -Miał jej wskazywać drogę mojego serca -rozejrzał się po pokoju, na stosie książek dostrzegł długopis, sięgnął po niego -Pozwolisz? -zapytał łapiąc za lewą rękę dziewczyny, Jude niepewnie przytaknęła.

Odwrócił się w stronę brunetki w taki sposób, że siedzieli naprzeciwko siebie. Następnie na jej nadgarstku narysował kółko, a w nim strzałkę skierowaną w stronę jego serca. Zaraz potem podał długopis Jude.

-Nicki dopisała kierunki -dziewczyna początkowo tylko mu się przyglądała, nie rozumiejąc po co jej to wszystko mówi -Zrób to -ponaglił ją, czarodziejka na górze kółka umieściła literę N, na dole S, po prawej stronie E, a po lewej W.

-Północny-wschód -odparła przyglądając się malunkowi na ręce.

-Malowałem to zawsze, gdy za nią tęskniłem. W książkach lub zeszytach, gdy siedziałem na zajęciach. Na kartonie po płatkach, gdy jadłem w domu śniadanie. Wtedy w bibliotece -blondyn głową wskazał na gazetę -Patrzyłem na ciebie i Roberta -zrobił krótką przerwę spoglądając jej w oczy -Pomyślałem o Nicki -wzruszył ramionami.

-Jak ten rysunek znalazł się w książce Jack’a? Co ważniejsze w jakiej książce? -zapytała zakrywając rękawem białego sweterka malunek Jake’a na swoim nadgarstku.

-Nie mam pojęcia -blondyn w myślach dodał: „Mój ojciec nigdy się mną nie interesował. Nigdy nie pytał co robię całymi wieczorami w pracowni”

-A jednak narysowany przez ciebie kompas na małej żółtej karteczce z słowami: „Nie była już więźniem obcego lądu” jakoś znalazł się na 123 stronie w niebieskiej książce, która może być naszą jedyną szansą powrotu do domu.

-”Nie była już więźniem obcego lądu”? -McGhart zmrużył oczy, cofając się w myślach do tylko sobie znanego momentu w przeszłości.

-Coś ci to mówi? -zapytała z nadzieją w głosie.

Jake potarł dłonią brodę, zaraz potem wstał z miejsca. Obok Jude, po drugiej stronie szczytu łóżka, przewieszone były dżinsy. Blondyn sięgnął po nie, na chwilę znalazł się, w ocenie czarodziejki, w niebezpiecznie bliskiej odległości. Myśli mimowolnie zaczęły uciekać jej z głowy, jedna po drugiej. Potrząsnęła głową, mobilizując mózg do skupienia się na odnalezieniu książki, a nie na ciele McGhart’a. Chłopak wsunął na siebie spodnie, zaraz potem ponownie rozejrzał się za czymś po pomieszczeniu.

-Gdy byłem w ostatniej klasie liceum otrzymaliśmy zadanie, aby ustosunkować się do lubianej przez nas książki w odniesieniu do poszukiwania szczęścia -wyjaśnił odnajdując koszulkę pośród książek, kilku talerzyków, szklanek, a także kilku innych rozłożonych na podłodze wokół łóżka rzeczy -Wybrałem „Czarnoksiężnika z krainy Oz”. Odrabiałem pracę domową w gabinecie Jack’a, przy jego biurku. Ojciec niespodziewanie pojawił się, kazał mi wyjść. Musiałem przez przypadek wtedy tam ją zostawić.

-Daje nam to odpowiedź na pytanie jak znalazła się w książce Jack’a. Wciąż nie wiemy w jakiej. Chyba, że wiemy? -dodała wpatrując się prosto w niebieskie oczy Jake’a.

-Przykro mi -na powrót usiadł obok niej -Chciałbym ci pomóc, ale nie potrafię.

Dziewczyna wysiliła się na uśmiech, założyła kosmyk włosów opadający na czoło za ucho, następnie wstała i skierowała się w stronę wyjścia.

-Jude -zabrzmiał jego niepewny głos, czarodziejka spojrzała w jego stronę.

-Tak? -odpowiedź nie padła od razu.

-Znajdziemy sposób na powrót do domu -odparł po dłuższej chwili.

***

Dziewczyna przemierzała korytarz z ogarniającą jej duszę pustką. Była zła na siebie. Przez chwilę miała nadzieję, że Jake powie, że mu na niej zależy zamiast „uda nam się, wrócimy do domu”. Nie wiedziała po co wciąż robiła sobie nadzieję. Nie rozumiała też dlaczego chłopak powiedział jej o kompasie, o Nicki i tym wszystkim, o czym równie dobrze mogłaby nie wiedzieć.

Gdy Jude wróciła do kuchni, przy stole siedział Robert. Na blacie przed nim leżał chleb, masło, a także ser, dżem i kilka innych nieodłącznych przy śniadaniu „rzeczy”, w tym kubek z aromatycznym czarnym napojem, z którego wciąż unosiła się para.

-Kanapki z dżemem?

-Chętnie -usiadła na krześle naprzeciwko bruneta.

-Co powiesz na spacer po śniadaniu? -zapytał smarując kromkę chleba masłem.

-Właśnie miałam wam zaproponować wspólne spędzeni czasu! -do kuchni wpadła uradowana Olivia, ciągnąc za sobą swojego ukochanego -Należy wam się trochę rozrywki! Roger -lekkim skinieniem głowy nakłoniła chłopaka, aby przemówił.

-Liv ma rację -dziewczyna zarzuciła mu ręce na szyję, zaraz potem skradając mu buziaka.

-Czemu nie -Robert spojrzał na czarodziejkę unosząc brwi ku górze i przechylając głowę na bok.

-To jak chcecie spędzić wolne przedpołudnie?

Dobrą godzinę później wszyscy znaleźli się w sali równie ogromnej jak biblioteka rodziny McGhart. Podłoga w pomieszczeniu pokryta została przez Rogera za pomocą magii warstwą lodu. Robert siedział na krześle w samym progu wiążąc sznurowadła łyżew, obok niego stała Liv z szerokim uśmiechem na twarzy spokojnie tłumacząc Jake’owi, że będzie się dobrze bawił.

-Posiedzę w bibliotece i poszukam książki -ręce miał założone na piersi.

-Choć raz mógłbyś poczuć ducha zabawy, wiecznie cierpiący chłopcze -Jude podała blondynowi parę łyżew, nic więcej nie mówiąc skierowała się w stronę koszykarza, usiadła mu na kolanach i zabrała się za przygotowania do jazdy na lodzie.

-Zaprzepaściłem u niej swoją szansę -przyglądał się uśmiechniętej od ucha do ucha czarodziejce -Chciałem jej powiedzieć, że jest dla mnie ważna. Ale stchórzyłem…

-Chyba nie zamierzasz się poddać? Pokaż jej, że ci zależy -Liv puściła oczko do swojego wnuka, zaraz potem złapała go za rękę i pociągnęła w stronę „domowego” lodowiska.

-Nigdy nie jeździłem na łyżwach -odparł cierpiący chłopiec, robiąc przy tym nie tęgą minę.

-To proste, szybko się nauczysz.

Chwilę później dołączyła do nich Jude z Robertem. Dziewczyna bardzo dobrze radziła sobie z jazdą na łyżwach, wielokrotnie z Lucy, swoją przyjaciółką, jeździła po wyłożonym gładką kostką brukową osiedlu na rolkach. Koszykarz nie był wcale gorszy, przemierzali pokój od jednego końca do drugiego, ramię w ramię. Brunet urozmaicał czarodziejce czas różnymi zabawnymi opowieściami, między innymi o tym jak wraz ze znajomymi wybrał się na wycieczkę samochodem po kilku większych okolicznych miastach i jak jeden z nich, siedzący na fotelu pasażera z mapą w ręku, powiedział: „na tej krzyżówce w prawo” kiedy to znajdowali się na pasie do skrętu w lewo. Cała reszta przyjaciół zawtórowała pilotowi powtarzając kolejno: „w prawo”. Tak więc Robert wykonał manewr zgodnie z poleceniem, gdy ich znajomy z przedniego fotela odparł: „nie w to prawo!”. Jude zaśmiała się radośnie.

-Kto pierwszy po drugiej stronie? -zapytała dziewczyna zadziornie spoglądając na bruneta.

Chłopak skinął głową. Oboje ruszyli przed siebie. Każde dając z siebie jak najwięcej. Gdy niespodziewanie Robert stracił równowagę i upadł na lód. Nieszczęśliwie raniąc sobie przy tym łyżwą na prawej nodze podudzie lewej.

-Robert! -krzyknęła czarodziejka natychmiast znajdując się przy chłopaku.

Zaraz potem do koszykarza podbiegała pozostała trójka. Roger wyszeptał zaklęcie. Rana powstała w sposób naturalny, bez użycia czarów. Dlatego postanowił ją magicznie uleczyć. Nic takiego jednak się nie stało. Gdy miał wypowiedzieć zaklęcie jeszcze raz, powstrzymała go Jude.

-Robert jest odporny na magię. Potrzebne będą bandaże -Liv na te słowa skinęła głową i popędziła w stronę kuchni, w której w małej szafce przy zlewie trzymała różnego rodzaju leki, a także apteczkę.

-Jest odporny na magię? -czarodziej zmarszczył czoło, uważnie przyglądając się to Jude, to wnukowi.

-Tak -wtrącił się z grymasem bólu na twarzy koszykarz, gdy lepka ciecz ściekająca po jego skórze w miejscu, gdzie jeansy zostały rozcięte, częściowo wsiąkała w materiał spodni, częściowo kapała na lód barwiąc go na szkarłatny kolor.

-Skoro jest odporny na magię to twój ojciec nie mógł go wysłać za pomocą zaklęcia w przeszłość -Roger spojrzał na blondyna.

-Szukamy książki z zaklęciami… -zaczął Jake drapiąc się za uchem -W niej nie znajdziemy odpowiedzi -czarodziej przytaknął mu skinieniem głowy -Urok?

-Urok -zawtórował mu pradziadek.

-Poszukam książki. Jude, pomożesz mi? -cierpiący chłopiec spojrzał na czarodziejkę.

-Idź. Liv zaraz wróci z bandażami, załata mnie i dołączymy do was -koszykarz nie widział sensu, aby wszyscy stali nad nim i czekali na blondynkę, podczas gdy mogli zająć się czymś znacznie bardziej użytecznym.

-Wrócimy do domu -Jude spojrzała na Roberta, a zaraz potem pocałowała go. To był impuls. Nie wiedziała dlaczego to zrobiła, ale ciszył ją fakt, że to się wydarzyło. Zawsze mogła liczyć na bruneta, zawsze ją wspierał. Bycie z nim wydawało się jej proste, bez dramatów, ciągłych kłótni, a co najważniejsze bez tajemnic i kłamstw.

PS. Dodałam kilka zdjęć do zakładki „bohaterowie” ;)

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 19

Cześć,
znowu zawaliłam :(

Mieliśmy w pracy kontrolę za kontrolą, na dodatek jesteśmy w trakcie audytu. W tym tygodniu na pewno nie dam rady się zrehabilitować i dodać kolejnej notki, ale postaram się nadrobić zaległości w święta :)

Zabrałam się też za nadrabianie zaległości na Waszych blogach, postaram się jak najszybciej u każdego pojawić i zostawić po sobie ślad ;) Przepraszam za moją nieobecność ostatnio.

PORWANA, część 19

Dom należący do rodziny McGhart w roku 1938 wyglądał dokładnie tak samo jak ten z czasów, z których przybyła Jude i jej towarzysze. Duża posiadłość otoczona jeszcze większym ogrodem. Kamienna ścieżka prowadząca prosto na wyłożony kamieniem ganek z masywnymi wykonanymi z ciemnego drewna rzeźbionymi drzwiami wejściowymi, a także ozdobnymi witrażami w oknach na piętrze. Wszystkie drzewa i krzewy na posesji były starannie przycięte, trawnik równo skoszony. Wszytko zadbane, wykonane z dbałością o każdy nawet najmniejszy szczegół.

-Jaki jest plan? -zapytał Robert wciąż trzymając Jude na rękach.

-Może najpierw mnie postawisz? -koszykarz pomógł czarodziejce ostrożnie stanąć na zdrowej nodze, ręka dziewczyny wciąż znajdowała się na jego szyi, a dłoń bruneta spoczywała na jej plecach stanowiąc podporę.

Jake nie zwracając uwagi na pozostałą dwójkę zapukał do drzwi. Obdarowany gniewnym spojrzeniem koleżanki wzruszył jedynie ramionami. Blondyn stojąc u progu swojego domu prawie sprzed stulecia nie potrafił się skupić na niczym innym poza myślą, że chciałby mieć spotkanie ze swoim przodkiem już za sobą. Drzwi otworzył młody chłopak, mniej więcej w ich wieku. Szczupły, ubrany w białą koszulę i brązową kamizelkę. Jego ciemne brązowe włosy starannie były zaczesane na bok.

-W czym mogę pomóc? -zapytał przyglądając się gościom.

-Cześć. Nazywam się Jude. A to Robert i Jake -czarodziejka wyrzuciła z siebie słowa niczym pociski z armaty -Szukamy Roger’a McGhart’a.

-W takim razie to mnie szukacie.

-Musimy porozmawiać -dziewczyna wysiliła się na uśmiech, dopiero teraz dostrzegła niewielkie podobieństwo w budowie i rysach twarzy u blondyna i jego pradziadka. Gdyby nie wiedziała, że mężczyźni są spokrewnieni zapewne nie wyłapałaby tych zbieżności.

-Jude skręciła kostkę, potrzebuje pomocy -dodał koszykarz starając się odnaleźć w tej niecodziennej sytuacji jako nie czarodziej i nie członek pokręconej rodziny McGhart.

-Wejdźcie -Roger usunął się na bok, robiąc przejście dla gości.

Robert pomógł dziewczynie przejść przez wyłożony marmurem hol główny. Spod sufitu zwisały ozdobne żyrandole, na ścinach wisiały oprawione w masywne drewniane ramy obrazy. Gospodarz zaprowadził ich do przestronnego salonu w głównej części budynku na parterze. Układ domu był taki sam jakim zapamiętał go Jake.

-To twój dom? -koszykarz zwrócił się do blondyna rozglądając się po pomieszczeniu, gdy tylko dziewczyna zajęła miejsce na fotelu tuż przy kominku, z którego buchały płomienie.

-Moja rodzina mieszka tutaj od pokoleń -Roger udzielił brunetowi odpowiedzi na pytanie, uznając, że skierowane było ono do niego, a nie do jego prawnuka -Przyniosę lód i bandaże -dodał przechodząc obok małego drewnianego stolika, na którym stały szachy, w stronę drzwi, gdy zatrzymały go słowa wypowiedziane przez Jude.

-Nie potrzebujesz tego -chłopak obrócił się w jej stronę -Wiem, że jesteś czarodziejem.

-Słucham?

-Ja także posiadam magiczne zdolności.

-Nie mam pojęcia o czym mówisz.

-Mogę to udowodnić -czarodziejka wyciągnęła przed siebie rękę, a następnie wyczarowała na niej ognistą kulę -Proszę, musisz nam pomóc. Nikogo tu nie znamy. Jesteś naszą jedyną nadzieją na powrót do domu -zabrzmiał jej błagalny głos.

-Skąd o mnie wiecie? -na dotychczas spokojnej twarzy Roger’a pojawiło się zdziwienie.

-To dość skomplikowane.

-Jeżeli mam wam pomóc, musicie być ze mną szczerzy.

-W porządku -Jude skinęła potwierdzająco głową, wcześniej spoglądając na swoich towarzyszy -Jakkolwiek szalenie to brzmi, musisz wiedzieć, że to prawda -głęboki wdech -Jake jest twoim prawnukiem, zostaliśmy przeniesieni do twoich czasów z roku 2015.

-To niemożliwe, nie istnieje czar umożliwiający podróże w czasie -zaprotestował wciąż nie mogąc złapać oddechu po nagłym wybuchu śmiechu.

-Ale my tutaj jesteśmy…

-Wychowywałem się w tym domu, znam go jak własną kieszeń. Do biblioteki prowadzi tajne przejście przez kominek z pokoju na pierwszym piętrze. W zachodnim skrzydle znajdują się ukryte drzwi prowadzące do schronu mieszczącego się pod ogrodami.

-To niczego nie dowodzi -zaprotestował niemal od razu pradziadek Jake’a.

Blondyn wiedział, że tylko jedno może przekonać Roger’a, że to, co mówią jest prawdą. Sięgnął ręką do kieszeni kurtki mając nadzieję, że przedmiot nadal tam jest. Nie znalazł go w prawej kieszeni bluzy. Przerażony, że zostawił go w domu Klausa nerwowo włożył rękę do lewej. Odetchnął z ulgą znajdując to, czego szukał.

-Jest w rodzinie od pokoleń -odparł pokazując przedmiot przodkowi -Po wewnętrznej stronie wygrawerowane są słowa: „Na zawsze twój, MMG” -podał pierścionek będącemu w szoku Roger’owi -M od imienia Martin, MG od nazwiska McGhart -wyjaśnił Jake.

-Ale jak to możliwe?

-Sami chcielibyśmy to wiedzieć -wtrąciła się Jude.

-Teraz nam pomożesz? -chciał wiedzieć Robert – Może zaczniesz od uleczenia nogi Jude?

***

Roger bez problemu uleczył skręconą kostkę Jude, dziewczyna promiennie się uśmiechnęła, a następnie podziękowała czarodziejowi. Miała jeden problem mniej na głowie, wprawdzie była to błahostka w porównaniu do głównego powodu, dla którego wraz z Robertem i Jake’m pojawiła się u progu domu pradziadka blondyna. Porządnie zawiązywała but na zdrowej już nodze.

-Jak dokładnie się tutaj znaleźliście? -zapytał kładąc wyczarowane przez siebie szklanki, także napoje i wodę na stole.

-Właściwie to nie wiemy. W jednej chwili byliśmy w domu naszego przyjaciela w drugiej mężczyzna z bronią przeganiał nas z tego samego budynku w roku 1938 -wyjaśnił Jake bez podawania szczegółów.

-To wszystko? -zapytał zdziwiony Roger.

-Myślimy, że ojciec Jake’a… -zaczęła czarodziejka, gdy przerwał jej blondyn.

-Nie ma znaczenia kto, ani dlaczego. Im mniej wiesz tym lepiej -wyjaśnił spoglądając na pozostałą dwójkę swoich towarzyszy -Przypuszczamy, że do rzucenia czaru wykorzystano czarną magię -dodał nieco łagodniej.

-Jak już wcześniej wspomniałem, nie znam zaklęcia pozwalającego na podróże w czasie, szczerze mówiąc nigdy nawet o takim nie słyszałem.

-Ale my nie możemy tutaj zostać, musimy wrócić do swoich czasów. Może znasz kogoś kto mógłby nam pomóc? -zabrzmiał zmartwiony głos dziewczyny.

-Mój ojciec jest w Europie, wyśle mu wiadomość. Możemy też poszukać informacji w bibliotece, może tam coś znajdziemy -odparł drapiąc się za uchem.

-Nie -zaprotestował szybko Jake -Twój ojciec musi zostać w Europie.

-Nie rozumiem.

-Im mniej osób wie o naszej obecności w twoich czasach tym lepiej.

***

-Jake -czarodziejka z postawy jaką przyjął wobec niej chłopak, wywnioskowała, że ponownie postanowił ją od siebie odsunąć -Chciałabym z tobą porozmawiać -starała się wymusić, aby na nią spojrzał, jednak jego wzrok zwrócony był w zupełnie innym kierunku -W cztery oczy -dodała z naciskiem.

-Teraz to zły moment -brunetka otworzyła usta z niedowierzaniem.

-Nalegam -nie zamierzała jednak tym razem odpuścić.

-W porządku -odparł po kilkudziesięciu sekundach milczenia blondyn, a następnie skierował się w stronę wyjścia, tuż za nim udał się dziewczyna.

-To zajmie tylko chwilę -Jude uśmiechnęła się do Roberta, kątem oka spoglądając jeszcze na czarodzieja, który podobnie jak ich trójka był zdezorientowany w tej sytuacji.

-O czym chcesz rozmawiać? -zapytał Jake, gdy znaleźli się w korytarzu.

Dziewczyna przeszła przez hol, otworzyła drzwi do pomieszczenia znajdującego się naprzeciwko salonu, z którego właśnie wyszli. Chłopak przewrócił oczyma, Jude nie specjalnie się tym przejęła. Poczekała, aż blondyn przekroczy próg kuchni.

-Powiesz mi o co ci chodzi? -zapytała, gdy drzwi za nimi się zamknęły.

-Mi? Raczej o co tobie chodzi… -odparł udając się wzdłuż kuchennego blatu w stronę lodówki, jednocześnie przeciągając po nim prawą dłonią.

-Jake! -podniosła głos chcąc na siebie zwrócić uwagę chłopaka -Przecież widzę, że coś jest na rzeczy -dodała, gdy blondyn odwrócił się w jej stronę. Stali naprzeciwko siebie, między nimi znajdował się kwadratowy drewniany stół.

-Wszystko jest w porządku. Na tyle na ile jest to możliwe biorąc pod uwagę, że zostaliśmy przeniesieni w czasie do roku 1938 -czarodziejka westchnęła na te słowa, powoli traciła cierpliwość, co nie wróżyło nic dobrego.

-Jeszcze kilka godzin temu traktowałeś mnie jak przyjaciółkę, a nawet… -zamilkła szukając odpowiednich słów -Jesteś w stosunku do mnie oziębły odkąd znaleźliśmy się tutaj -po tych słowach w pomieszczeniu zapanowała cisza, wszechobecna i niezwykle uciążliwa -Nie zaprzeczasz -odważyła się w końcu odezwać ledwo panując na drżącym głosem.

-To nie powinno było się nigdy wydarzyć…

-Przecież coś do mnie czujesz! -nie pozwoliła Jake’owi dokończyć, musiała to powiedzieć.

-Jude…

-Nie kłam! Choć raz zdobądź się na odwagę i powiedz mi prawdę.

Każda sekunda milczenia po wypowiedzianych przez nią słowach wydawała się trwać wieczność. Patrzyła w jego niebieskie oczy, a nadzieja, którą w nim pokładała z każdą chwilą wydawała się coraz bardziej mglista. Nie mogąc dłużej znieść panującego między nimi napięcia obeszła stół dookoła. Stanęła tuż przed chłopakiem, ich twarze dzieliły zaledwie milimetry. Będąc tak blisko niego nie potrafiła myśleć o niczym innym tylko jego dłoniach z zachłannością pieszczących jej ciało, tak jak to miało miejsce kilka godzin temu, nim przerwano im tę nieopisaną dla niej chwile radości.

-Jeśli ktoś ciągle mówi nie, przestań prosić -wyszeptała, a następnie ujęła jego szyję w swoje dłonie. Wspięła się na palcach, aby chwilę potem poczuć na swoich ustach ciepło i smak jego warg. Blondyn nie protestował. Co więcej odwzajemnił jej pocałunek, mocniej przyciągając ją do siebie. Wsunął swoje ręce pod jej bluzkę, delikatnie musnął palcami jej skórę na plecach.

-Czego się boisz? -zapytała czując jego oddech na swojej szyi.

-Nie chcę złamać ci serca…

-To tego nie rób -spoglądała mu w oczy, ich czoła stykały się.

-Nie możemy być razem.

-Dlaczego? -odparła oburzona odsuwając się od niego -Powiedz mi dlaczego.

-Nie jestem dla ciebie odpowiedni.

-Skąd ta pewność? Może jesteś najbardziej odpowiedni dla mnie.

-Nie chcę się kłócić -odparł przesuwając krzesło stojące po jego lewej stronie, a zaraz potem zmierzając w stronę wyjścia z pomieszczenia -Zaufaj mi, tak będzie lepiej.

-Bzdura -dziewczyna parsknęła śmiechem -Nie uważasz, że już ufam ci, aż nadto? -blondyn milczał stojąc przed drzwiami, odwrócony do niej plecami – Mógłbyś spojrzeć na mnie, gdy do ciebie mówię? -młody McGhart skierował na powrót głowę w jej stronę, starała się mówić spokojnie, jednak czuła jak jej serce rozpada się na drobne kawałki -Powiedz mi o co chodzi. Razem znajdziemy jakieś wyjście.

-Powinniśmy wrócić do Roberta i Rogera. Zacząć szukać sposobu na powrót do domu.

-Dupek! -Jude wyminęła chłopaka, w pośpiechu opuszczając pomieszczenie.

/Miłośniczka kryminałów

PS. Przepraszam za jakoś notki, ale nie miałam czasu jej przejrzeć.

Porwana, część 17

Cześć,

przepraszam za swoją długą nieobecność, ale wróciłam i nadrabiam zaległości ;)

PORWANA, część 17

Czarodziejka radośnie podśpiewując „Hey Jude” zaraz po wstaniu z łóżka udała się do kuchni. Kolejny raz od bardzo dawna dopisywał jej dobry humor. Piosenkę znała wcześniej, miała ją nawet w swojej playliście, jednak od momentu, gdy zanucił ją Robert, nie mogła się jej pozbyć z głowy. Przy stole w kuchni siedział Jake, chłopak na chwile oderwał się od przeglądania porannej prasy i przywitał ją krótki cześć. Czarodziejka spojrzała na zegarek, było kilka minut po ósmej.

-Klaus jeszcze śpi? -zapytała podchodząc do lodówki, potem wyjmując z niej mleko. Zdziwił ją brak obecności zarówno mężczyzny, jak i Julii.

-Pojechał do pracy -blondyn złożył gazetę w pół, a następnie odsunął ją od siebie.

-Do pracy? Myślałam, że czarodzieje nie pracują -mówiąc to położyła na stole płatki śniadaniowe i ruszyła na poszukiwanie miski i łyżeczki.

-Nie muszą. Ale coś trzeba robić -młody McGhart wzruszył ramionami dopijając resztę kawy z kubka z zabawnym napisem: „Po herbatce wynieś śmieci”.

-A czym zajmuje się Klaus?

-Jest nauczycielem -chłopak wstał, umieścił kubek w zlewie.

-Nauczycielem?

-Tak, uczy historii.

-Nie spodziewałabym się po nim takiego hobby -odparła widząc jak blondyn zmierza w kierunku drzwi -Jake -dodała nieśmiało, sama nie wiedząc dlaczego. Chłopak odwrócił się w jej stronę -Nie ważne -nie chciała, aby zostawiał ją samą. Przez ostatnie dwa dni dzięki Klausowi i Julii krzątającym się po kuchni czuła się bliżej domu. Przywykła do dużej liczby osób przewijających się przez jej rodzinne domostwo. Wszystko dlatego, że jej mama jest niezwykle otwartą i towarzyską kobietą. Przyciąga do siebie ludzi. Nie raz bywało, że niespodziewanie pojawiali się wujowie i ciotki Jude z jej kuzynostwem w środku tygodnia. Nikt nie przejmował się, że następnego dnia trzeba iść do pracy czy szkoły i siedzieli do późnych godzin nocnych debatując i śmiejąc się. Po prostu spędzając wspólnie czas. W domu Jack’a czuła się samotna, będąc tutaj, nawet tak krótko, przypomniała sobie jak to jest być szczęśliwym mając wokół siebie ludzi i cały ten cudowny chaos z nimi związany. Obawiała się znowu to stracić. Jednak jeszcze bardziej nie chciała się narzucać. Jude sięgnęła po płatki, które następnie wsypała do miski przyglądając się jak blondyn robi kolejny krok w stronę drzwi, gdy niespodziewanie zatrzymał się.

-Wybieram się na spacer w poszukiwaniu spokojnego miejsca, w którym mógłbym porysować. Może masz ochotę mi towarzyszyć?

-Chętnie -na jej twarzy na powrót zagościł uśmiech, cieszyła się jak dziecko.

***

Słońce przedzierało się przez kołyszące się na wietrze korony drzew, ogrywając teatrzyk cieni i światła na jeszcze zielonej trawie. Z oddali dało się słyszeć jedynie dźwięk fali uderzających rytmicznie o brzeg, a także śpiew wybudzonych ze snu ptaków. Pośród tych zapierających dech zjawisk przyrody siedział Jake oparty o pień starego dębu. Napawał się chwilą spokoju, wdychając do płuc świeże poranne powietrze naznaczone zapachem lasu, jednocześnie starając się uwiecznić na papierze wszystko to, co tylko miał w zasięgu wzroku. Chłopak po raz pierwszy od dwóch lat czuł się naprawdę wolny, nieograniczony przez czas i miejsce. Zupełnie jakby odkrywał świat na nowo. Całe piękno, które w sobie kryje. Wszystkie jego obawy zniknęły, a w ich miejsce pojawiła się nadzieja.

-Ładne -usłyszał głos dziewczyny, która szczelniej okryła się kurtką.

-Jak ci idzie? -zapytał przyglądając się białej kartce w jej dłoniach.

-Dobrze -odparła składając swój rysunek na pół.

-Pokaż -wyciągnął w jej stronę rękę.

-Nie ma mowy! -rzuciła oburzona -Będziesz się śmiał.

-Skądże -czekał, aż ona poda mu swoją pracę, dziewczyna pokiwała głową na boki -Proszę -blondyn nie dawał za wygraną.

-No dobra! Ale oglądasz to na własne życzenie, nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za ewentualne uszczerbki na twojej psychice! -podała mu kartkę, Jake rozłożył ją, a jego oczom ukazał się okrąg z uśmiechniętą buźką i oczyma, wokół którego znajdowało się kilka kresek, na przemian cały i przerywanych.

-Bardzo ładne słoneczko -odparł z bananem na twarzy.

-Nabijasz się ze mnie!

-Nie, naprawdę mi się podoba -dodał nie mogąc dłużej powstrzymać śmiechu, głównie ze względu oburzenia malującego się na twarzy dziewczyny i jej złożonym na piersiach dłonią sugerującym, że jest na niego bardzo zła.

-To twoja wina.

-Co jest moją winą? To, że malujesz jak sześciolatka?

-Ej! -uderzyła go w ramię -Przyglądałam się jak malujesz, nie mogłam się powstrzymać -zmarszczyła czoło robiąc przy tym dość dziwną minę -Zabrzmiało jakbym była szalona, a nie jestem -zmrużyła oczy -Dokładnie to powiedziałby ktoś kto jest szalony -westchnęła ciężko -Po prostu zamilknę nim powiem jeszcze coś głupiego -”BRAWO!” rzuciła do siebie w myślach. „Jak zwykle robisz z siebie idiotkę w towarzystwie chłopaka, który ci się podoba”.

-Spójrz -blondyn wskazał na drzewa nieopodal nich, po których zmiennie przeskakiwała mała ruda wiewiórka, a następnie sięgnął do kieszeni kurtki. Pamiętał, że przed wyjściem włożył do niej kilka kawałków czekolady z orzechami. Wyciągnął rękę z łakociami w stronę rudzielca, stworzenie początkowo stawiało niepewne kroki, ostrożnie zbliżając się do blondyna. Im bliżej chłopaka się była tym czuła się pewniej, a gdy znalazła się dostatecznie blisko zwinęła orzeszka, uciekła na bezpieczną odległość i zabrała się za jego pałaszowanie. Zwabione zapachem, a może zawołane przez pierwszą wiewiórkę, pojawiły się jeszcze dwa rudzielce. Blondyn podał kilka kawałów czekolady Jude, dziewczyna biorąc przykład z Jake’a wydłubała orzechy i wystawiła rękę w stronę stworzonek. Wiewiórki powtarzały kolejno trzy czynności: ostrożne podejście, zabranie łakoci i ucieczkę ze zdobyczą. Działo się tak do momentu, aż zabrakło jedzenia dla nich. Czarodziejka promiennie uśmiechnęła się w stronę młodego McGharta, jednocześnie otrzepując dłonie z okruszków. Przypomniała sobie te wszystkie miłe chwile jakie spędziła razem z nim będąc zamknięta w domu Jack’a. Wspólnego oglądanie filmów, to jak pokazał jej zorzę na tle granatowego deszczowego nieba. Wciąż nie rozumiała dlaczego są momenty, gdy jest dla niej jak najlepszy przyjaciel, a zaraz potem wręcz nie chce jej znać.

-Ja także zgłodniałem -odparł Jake wstając najciszej jak potrafi, nie chcąc spłoszyć rudych mieszkańców lasu. To sama zrobiła Jude ponownie otulając się kurtką. Mieli właśnie udać się do domu, gdy naprzeciwko nich pojawił mężczyzna.

-Jack -wydobyło się z ust blondyna, dziewczyna podskoczyła przestraszona nie na żarty, ledwo powstrzymując się od krzyku.

-Chciałem pogratulować wam ucieczki, a także dać wam impuls do podążania właściwą ścieżką -czarodziej skierował się w stronę Jude, Jake postępując zgodnie z intuicją zagrodził drogę ojcu, stając między nim a brunetką.

-Zostaw nas w spokoju! -odparł dość ostrym tonem.

-Jake -wymawiając jego imię pstryknął palcami, a chwilę później cała ich trójka znalazła się w jego pałacu, w pokoju należącym niegdyś do jego ukochanej córki -Ty i Cadence, byliście bardzo blisko. Bliżej niż jakiekolwiek typowe rodzeństwo -dodał sięgając po ramkę z zdjęciem dzieci. Rodzeństwo stało w tłumie ludzi, oboje uśmiechnięci.

-Nie zamierzam z tobą rozmawiać -zwrócił się najpierw do czarodzieja, a następnie do dziewczyny -Jude wychodzimy.

-Wpierw mnie wysłuchasz -odłożył fotografię z powrotem na swojej miejsce.

Pokój sprawiał wrażenie jakby jego właścicielka miała się lada moment znów w nim pojawić. Wysunięta pierwsza szuflada komody, a z niej zwieszone ubrania Cadence. Na małym stoliku naprzeciwko wielkiej szafy ubraniowej stało lusterko, a wokół niego leżały różne kosmetyki, a także ulubiony niebieski kubek czarodziejki z kotką Marie z bajki Aryskotraci. Na łóżku koło poduszki leżał jasno brązowy miś z żółtą kokardą, którego dostała od niego na urodziny. Wszystko to przywoływało wspomnienia.

-Czego od nas chcesz? -rzuciła dziewczyna, gdyż blondyn nie był chwilowo wypowiedzieć ani jednego słowa.

-Przede wszystkim przypomnieć Jake’owi jak bardzo kochał siostrę i jak bardzo ona kochała jego. Spędzaliście razem dużo czasu, mieliście wspólnych znajomych…

-Nie zamierzam tego słuchać -podszedł do wyjścia, nacisnął na klamkę, drzwi były zamknięte. Blondyn był uwięziony w pokoju siostry razem z ojcem, którego nienawidził.

-Nie tęsknisz za nią?

Jude widziała na twarzy Jake tą samą złość co dzień wcześniej w momencie, gdy oglądał zdjęcia, które przyniósł Robert wraz z listem od Nicki. Jego mięśnie pracowały, zaciskały i rozluźniały szczękę. Nic jednak nie mówił.

-Nie chciałbyś, aby wróciła? -kontynuował jego ojciec -Wspólne imprezy, wymykanie się z domu. Koncerty. Narkotyki. Przecież to lubiłeś.

-Dobrze wiesz, że to niemożliwe -chłopak mówił spokojnie, jednak Jude wiedziała, że jest wściekły. Zaciskał pięści tak mocno, aż zbielały mu kłykcie.

-Mylisz się…

-Nie pomogę ci jej wskrzesić. Nie zmienię zdania.

-Zawsze zastanawiałem się, które jako pierwsze sięgnęło po narkotyki. To ty namówiłeś siostrę czy ona ciebie. Pierwszy tatuaż? Ona czy ty? -czarodziejka zastanawiała się do czego zmierza Jack, co to wszystko ma na celu -Odtrąciłeś ją, gdy poznałeś Nicki…

-Nieprawda.

-Dobra uczelnia. Randki z dziewczyną. Planowanie przyszłości. Zmieniłeś się. Chciałeś też zmienić ją. Czy tak się postępuje wobec osoby, którą się kocha?

-Nicki pokazała mi świat od innej strony. Od tej, której nigdy go nie znałem. Chciałem, aby Cadence także zobaczyła, że można żyć inaczej. Nigdy jednak jej do niczego nie zmuszałem.

-Jesteś pewien? Bo mi wydaje się, że tak bardzo bała się ciebie stracić, że była gotowa ślepo podążać za tobą.

-To ty bałeś się, że spodoba się jej normalne życie.

-Nie czujesz się odpowiedzialny za to, co się stało? -czarodziej szybko i zręcznie zmienił temat. Jude już wiedziała, że całe to przedstawienie ma wywołać u blondyna wyrzuty sumienia. Sprawić, aby ugiął się pod naciskiem ojca i pomógł mu w realizacji jego planów.

-Dobrze wiesz, że tak. Po co pytasz?

-Nie chciałbyś mieć jej przy sobie? -nie czekał jednak na odpowiedź syna -Jude, czy gdybyś miała możliwość przywrócić do życia osobę, którą kochasz nie skorzystałabyś z tej możliwości?

-Nie -odparła stanowczo -Nie zdajesz sobie sprawy, że Cadence nie byłaby sobą. Córką, którą znałeś i kochałeś. Tylko jakimś bezdusznym potworem. Czy historia Wilhelma i Zacharego niczego ciebie nie nauczyła?

-A co jeżeli odkryłem, gdzie Wilhelm popełnił błąd sprowadzając Eustachego z zaświatów i istnieje możliwość przywrócenia do życia osoby dokładnie takiej jaką była. Nie zaryzykowałabyś?

***

Zdezorientowani młodzi obejrzeli się wokół siebie, jeszcze sekundę temu znajdowali się w pałacu Jack’a, rozmawiali z nim, a teraz nie mieli najmniejszych wątpliwości, że są w korytarzu w domu Klausa. Dziewczyna przetarła dłonią twarz, jednocześnie oddychając z ulgą. Obawiała się, że skoro czarnoksiężnik ich odnalazł i porwał to przyjdzie im ponownie przeżywać koszmar bycia jego więźniami. Spojrzała na blondyna, który podobnie jak ona stał bezruchu, pogrążony w myślach. Stwierdziła, że dałaby naprawdę wiele, aby poznać choć jedną z nich.

-Jake -chłopak odwrócił się w jej stronę -Zdaję sobie sprawę, że przywrócenie Cadence do życia jest kuszące. Jednak… -blondyn ujął jej twarz w dłonie, a następnie ją pocałował. Dziewczyna początkowo była w szoku, ręce trzymała wzdłuż ciała. Trwało to jednak tylko chwilę, smak jego ust, ich miękkość. Nie mogła pozwolić, aby to się skończyło. Wplotła swoje palce w jego blond włosy, przylgnęła do niego całym swoim ciałem. Spojrzała w jego niebieskie oczy, czuła jak w nich tonie. Od dawna myślała o nim jako o kimś więcej niż synu Jack’a, swojego największego wroga czy tylko koledze, przyjacielu. Tyle razy próbowała się do niego zbliżyć, za każdym razem jednak spotykała się z odrzuceniem. Nigdy nie sądziła, że ta chwila może mieć miejsce. Jego dłonie znalazły się na jej pośladkach, ona oplotła się nogami wokół jego tali. Czuła jego oddech na szyi. Zadrżała. Pocałował ją tuż za uchem, odrzuciła głowę do tyłu. Pospiesznie zrzuciła z siebie kurtkę. Jake posadził ją na szafce do butów, wcześniej zrzucając z niej jakieś klucze, rękawiczki i inne drobiazgi. Pomogła mu pozbyć się jego okrycia wierzchniego i koszulki. Jej oczom ukazała się jego klatka piersiowa ozdobiona licznymi tatuażami, przejechała palcem po napicie „We could be heroes just for one day” tuż pod linią jego żeber. Ujął jej podbródek w swoją dłoń, zmusił, aby spojrzał mu w oczy. Przysunęła swoje usta do jego ust, delikatnie ugryzła jego dolną wargę.

-Kim jesteście? -w korytarzu pojawił się około 60 letni mężczyzna, w ręku trzymał broń -Co robicie w moim domu? -młodzi wymienili między sobą zdziwione spojrzenia, pospiesznie zbierając swoje ubrania rzucone na podłogę.

-Przepraszamy, my… -próbowała wyjaśnić sytuację Jude, jednak sama nie miała pojęcia co się działo -My… -poczuła dłoń Jake na swojej. Przyjrzała się pomieszczeniu, wyglądało zupełnie inaczej. Duże lustro zastąpiła ciemno drewniana szafa z wieszakiem, kremowe ściany ustąpiły miejsca tapecie w złotozielone pasy. 

-Jude? -z kuchni wyszedł Robert, unoszące ręce ku górze na widok uzbrojonego mężczyzny -Co się tutaj dzieje?

-Wynocha z mojego domu! -zabrzmiał wściekły sześćdziesięciolatek.

-Bardzo pana przepraszamy, my… -dziewczyna poczuła jak Jake ciągnie ją w stronę wyjścia, koszykarz również w kierował się w tamtym kierunku.

-Żebym więcej was tutaj nie widział! -krzyknął mężczyzna zamykając za nimi drzwi, Jude i jej dwaj towarzysze oddalili się nieco od budynku. Mogli jednak dostrzec złote cyfry na kremowym tynku.

-Wyjaśnicie mi co się stało? Minąłem się z Klausem w drzwiach, powiedział, że mogę na was poczekać w domu. Zajrzałem do lodówki w poszukiwaniu wody, gdy usłyszałem hałas w korytarzu. A kuchnia… wszystko było inne. Potem dobiegł mnie męski głos, postanowiłem sprawdzić co się dzieje i… Resztę znacie.

-To na pewno sprawka Jack’a -dziewczyna spojrzała na blondyna, który uważnie rozglądał się po okolicy -To przecież dom Klausa, numer przy wejściu jest ten sam. Budynek jest ten sam.

 

/Miłośniczka kryminałów

PS. Postaram się Wam wynagrodzić brak notki w zeszłym tygodniu i w piątek dodać kolejną ;)

Porwana, część 16

Cześć,

miało być dzisiaj bez zbędnych wstępów, powiem tylko krótko: Przepraszam za wszelkie literówki, jeżeli takie się pojawią i jakieś urwane w połowie zdania (mam nadzieje, że tych drugich nie ma), pisałam to opowiadanie na raty przez mój głupi komputer, który wymyślił sobie to aktualizację, to się przegrzał, to znowu coś innego i co chwilę się wyłączał.

PORWANA, część 16

Jude patrzyła na blondyna czekając na jakikolwiek wyjaśnienia. Wiedziała, że cokolwiek się stanie lub nie stanie, wyciągnie od niego kto jest autorem listu.

-Nicki to napisała -odparł obojętnym głosem, a cała złość, którą wcześniej widziała na jego twarzy po prostu zniknęła. Zastąpiło ją coś innego, brunetka starała się odnaleźć właściwie określenie, a jedyne które przychodziło jej do głowy było „odrętwienie”.

-Nicki? Przecież ona… -dziewczyna chciała powiedzieć „nie żyje”, powstrzymała się jednak w ostatniej chwili. Jake wcześniej podczas rozmowy zapytał Roberta kiedy otrzymał przesyłkę. Koszykarz odpowiedział, że jakieś dwa lata temu. Istniała więc realna możliwość, że to ukochana młodego McGharta napisała list i wysłała go do bruneta -Jesteś pewien, że to ona?

-Dwa razy użyła słowa „nierozumienie” zamiast „nieporozumienie”. To w jej stylu. A jej ulubiony cytat z jej ulubionej książki tylko potwierdził moje przypuszczenia -odparł wzruszając ramionami -Przy jednym z naszych ostatnich spotkań powiedziała, że muszę być otwarty na nieprzewidziane zdarzenia w życiu i mieć odwagę, że wszystko się uda. Wtedy nie rozumiałem o co jej chodzi. Zbyła mnie krótkim wyjaśnieniem, że tak jej się po prostu wzięło na rozmyślania. Wtedy mi to wystarczyło. Teraz jestem pewien, że ona wiedziała, że coś nadchodzi. Coś złego.

-Nie wydaje ci się dziwne to, że twoja ukochana mnie śledziła? Dlaczego?

-Na pewno miała swoje powody.

-Czy ty siebie słyszysz? -spojrzała na niego poprzez przymrużone oczy.

-Co chcesz usłyszeć? Że dziewczyna, której bezgranicznie ufałem, osoba, z którą chciałem spędzić resztę życia, miała przede mną tajemnice? Widocznie nie znałem jej tak dobrze jak sądziłem.

-Nie rozumiem co to za świat, w którym powiedzenie prawdy jest trudniejsze niż kłamstwo i zmierzenie się z jego konsekwencjami -blondyn nic nie powiedział, nie patrzał też na nią.

***

-Skomplikowane to wszystko -odparł Robert sięgając po swoją torbę w korytarzu -Podziwiam cię, że potrafisz się w tym odnaleźć.

-Jeżeli chcę wrócić do domu, muszę uwolnić się od Jack’a -potarła dłońmi o swoje ramiona, musiała być silna, nie miała innego wyboru -Musisz wiedzieć,że autor listu -westchnęła na samą myśl o ukochanej Jake’a -Nicki -poprawiła się -miała rację co do jednego. Potrzebujemy cię.

-Możesz liczyć na moją pomoc -uśmiechnął się, chcąc dodać jej otuchy -Może gdzieś razem wyskoczymy? Kawa, kino? Cokolwiek, abyś choć na chwilę zapomniała o Jack’u i jego pokręconym świecie.

Kilkadziesiąt minut później szła ramie w ramie z koszykarzem. Nie żałowała, że dała się namówić Robertowi na spacer. Pogoda wprawdzie nie dopisywała, pojedyncze promienie słońca sporadycznie przebijały się przez warstwę chmur, jednak drzewa we wszystkich odcieniach jesieni zapierały jej dech w piersiach. Mimowolnie pomyślała o Jake’u, spodobałoby mu się tutaj. Idealne miejsce do malowania. Zmierzali główną aleja w pobliskim parku w stronę znajdującego się w oddali niewielkiego stawu. Z miejsca, w którym stała słyszała szum wody, widziała kaczki przemierzające zbiornik z jednej strony na drugą. Żałowała, że nie miała przy sobie chleba, ani jakichkolwiek resztek jedzenia. W związku z niesprzyjającą do spacerów aurą przez park nie przewijało się zbyt wielu ludzi. Dziewczynie to nie przeszkadzało, napawała się tą chwilą ciszy i spokoju.

-Tak właściwie to się cieszę -brunet szedł tuż obok niej, z torbą przerzuconą przez ramię.

-Z jakiego powodu? -zapytała wdychając do płuc świeże powietrze.

-Że wtedy na ciebie wpadłem -odparł z uśmiechem na twarzy.

Czarodziejka przez chwilę zastanowiła się skąd w nim tyle optymizmu. Chciała go nawet zapytać, czy nie ma zakwasów od uśmiechania się. Szybko jednak zdała sobie sprawę, że wcale nie tak dawno temu, także i ona miała wiele powodów do radości.

-Nie przeraża cię cały ten świat magii czy też perspektywa zmierzenia się z czarnoksiężnikiem pragnący przejąć rządy nad światem?

-Nie szczególnie.

-Nie szczególnie? -spojrzała na niego zdziwiona, chociaż to mało powiedziane -Ja do tej pory nie oswoiłam się z myślą, że jestem czarodziejką i prawdopodobnie prędzej niż później przyjdzie mi stanąć do walki z okrutnym Jack’em, ty natomiast wiesz o tym od kilku godzin i nie masz żadnych obaw? Żadnych pytań?

-Mam po swojej stronie trzech muszkieterów -puścił do niej oczko.

-Słucham? -spojrzała na niego jak na kosmitę, mówiącego do niej w zupełnie obcym jej języku.

-Jesteś jak Athos, niezłomny dowódca z dwójką swych wiernych kompanów, Aramisem i Portosem.

-Mówisz o Jake’u i Klausie? A ty to? -zmarszczyła czoło starając się pojąc jego tok myślenia.

-Ja jestem D’Artagnan -odparł unosząc dumne podbródek.

-Nie zgadzam się -zaprotestowała zakładając ręce na piersi.

-Dlaczego?

-Dlaczego mam być mężczyzną. Wolałabym kobiecy odpowiednik.

-Skoro tak bardzo nalegasz, Constance -mówiąc to odłożył torbę na ziemi, a następnie wyciągnął w jej stronę rękę -Można prosić panią do tańca? -teatralnie pokłonił się.

-Co? -rozejrzała się dookoła -Jesteśmy w parku. Ludzie będą się dziwnie na nas patrzeć -dodała wskazując na zmierzające w ich stronę małżeństwo z żwawo kroczącą przed nimi małą blond dziewczynką ubraną w różową kurtkę.

-To niech patrzą -stał niewzruszony jej słowami.

-Nie ma muzyki -przerażała ją myśl robienia czegokolwiek przed ludźmi, od zawsze stresowała się przed publicznymi wystąpieniami.

-Jesteś czarodziejką.

Westchnęła. Od samego początku była na przegranej pozycji. W myślach powtarzała sobie, że jest w obcym mieście, daleko od domu. Nikogo tutaj nie zna, nikt nie zna jej. Pewnie nigdy więcej nie zobaczy tego małżeństwa, ani dwóch nastolatek, które dokładnie w tym momencie jak na złość pojawiły się w zasięgu jej wzorku. Zamknęła oczy, wyobrażając sobie dźwięki. Refren jednej z jej ulubionych piosenek, nie było to takie trudne. Słuchała jej wielokrotnie, znała na pamięć tekst i melodię. Poczuła dłonie Roberta, jedną w talii, drugą chwycił ją za rękę. Mimowolnie uśmiechnęła się, kręcąc jednocześnie z niedowierzaniem głową na boki. Dała się mu poprowadzić, wciąż z zamkniętymi powiekami. Krok w przód, krok w tył. Pomyślała, że jest równie stuknięta co brunet. W końcu tańczyła pośrodku głównej alei w jakimś parku z chłopakiem, którego widziała trzeci raz w życiu na oczy, z czego dwa wcześniejsze „przelotnie” i o którym wiedziała właściwie tylko tyle, że dostał od nieżyjącej ukochanej Jake’a list z jej zdjęciami z informacją, że mają sobie w przyszłości pomóc. W tym samym momencie, gdy uświadomiła sobie jak absurdalnie to brzmi, jego dłoń zniknęła z jej talii. Otworzyła oczy będąc w połowie obrotu.

-Dałabyś radę wyczarować nam jeszcze stroje z epoki? -zapytał przyciągając ją do siebie.

Jude położyła wolną dłoń na jego torsie. Była tak blisko niego, czuła jego ciepło. Spojrzała w jego oczy, błyszczały w nich iskierki radości.

-Jesteś szalony -wyszeptała odsuwając się od niego.

-Ale przyznaj, że chociaż na chwilę zapomniałaś o wszystkich problemach.

-Tak -zdała sobie sprawę, że już dawno tak dobrze się nie bawiła -Dziękuję.

***

Jude zajęła miejsce na kanapie obok Klaus, na ekranie telewizora przewijały się napisy końcowe. W drzwiach minęła się z Julią, szybko połączyła oba fakty w jedno. Czarodziej spędził miły wieczór ze swoją ukochaną.

-Co oglądaliście? -zapytała sięgając po kawałek czekolady z misy słodkości położonej na stole między po części opróżnioną butelką wina, a kubkami po kawie.

-Jake wybrał dla nas jakiś kryminał -wstał z miejsca, wyjął płytę z odtwarzacza -Labirynt -przeczytał tytuł znajdujący się na pudełku, do którego włożył krążek -Dobry.

-A gdzie Jake? -zapytała nie mogąc powstrzymać się przed sięgnięciem po kolejną porcję łakoci.

-Wyszedł jak przyszła Julia, wziął blok i ołówek. Pewnie gdzieś się zaszył i rysuje -spojrzał w stronę dziewczyny -A jak udał się twój spacer?

-Było miło -odparła promiennie się uśmiechając -Pomoże nam -dzięki temu wypadowi na miasto miała okazję go poznać.

Okazał się taki, jakim miała nadzieje, że będzie. Normalnym chłopakiem, bez pokręconej przeszłości czy niezrozumiałej teraźniejszości. Posiada prawie normalną rodzinę, rodziców po rozwodzie i młodszego brata. Jednak z tego, co mówił jego ojciec i matka potrafią się dogadać, nie ma między nimi wojny. Po prostu ich uczcie wygasło. Chłopak ma stypendium sportowe, a w przyszłości chce zostać agentem i reprezentować wiele znanych osobistości, nie tylko ze świata koszykówki.

-Zastanawia mnie brak reakcji ze strony Jack’a. To jak cisza przed burzą.

-Gdy nadejdzie będziemy gotowi -odparł z pewnością w głosie Klaus.

-Zastanawiała mnie sprawa tego listu -oczyma wyobraźni widziała zdjęcia, które pokazał jej Robert, siebie na nich, swoich przyjaciół, a także blondyna -Nicki wysłała go, aby chronić Jake -była to jedyna stała w tym skomplikowanym równaniu -Zastanawiam się dlaczego nie powiedziała wprost o grożącym mu niebezpieczeństwie?

-Czasami, aby chronić osobę, na której nam zależy decydujemy się na kłamstwo…

-Nie uznaję czegoś takiego jak kłamstwo w dobrej wierze -wiedziała co chce powiedzieć czarodziej, dlatego też zdecydowała się mu przerwać -Kłamstwo to kłamstwo.

-Niekiedy ucieczka jest lepszą opcją niż udział w spisanej na porażce walce. Wydaje mi się, że z kłamstwem jest podobnie. Szanuje twoje poglądy, jednak proszę, abyś miała otwarty umysł.

-Skąd Nicki wiedziała o mnie? -dziewczyna miała wrażenie, że Klaus próbuje tłumaczyć Jake’a. Sama w sumie już wybaczyła blondynowi, nie potrafiła być długo na niego zła. Nie wiedziała dlaczego, jednak za każdym razem, gdy zawiódł jej zaufanie, ona wciąż miała nadzieję, że potrafi się zmienić. Nie całkowicie, bo lubiła jego artystyczną stronę, zamiłowanie do kryminałów, które także podzielała. Dobrze czuła się w jego towarzystwie, jednak pragnęła, aby się przed nią otworzył. By podzielił się z nią swoimi myślami, a także obawami. Tylko tyle, nic więcej. Wydawało się, że jednak wciąż za dużo.

-Odnalezienie osoby z magicznymi zdolnościami urodzonej dokładnie tego samego dnia, tego samego roku w tej samej godzinie i minucie nie wydaje się takim trudnym zadaniem, szczególnie gdy posiada się wszystkie niezbędne do tego środki. Nie zapominaj, że była dziewczyną Jake’a, miała dostęp do ksiąg w bibliotece jego ojca -Jude przytaknęła, było to logiczne wyjaśnienie.

-A jak znalazła Roberta?

-Na to pytanie jeszcze nie udało mi się znaleźć odpowiedzi.

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 15

Cześć,
przepraszam za moją długą nieobecność, już jestem. Mam pierwszy od pół roku całkowicie wolny weekend, bez pracy, bez uczelni i postanowiłam poświęcić go nadrobieniu zaległości.
Rozpisałam się, mam nadzieje, że dotrwacie do końca notki. Część przerzuciłam do kolejnej części, bo wyszła mi naprawdę przesadzona, jeżeli chodzi o objętość.
PS. Dziękuję, że jesteście :*

PORWANA, część 15

Jude siedziała naprzeciwko Roberta, chłopak cały czas się uśmiechał przez co i jej dopisywał dobry humor. Przypominał czarodziejce jej najbliższego przyjaciela, David’a. Oboje sportowcy. Poznała zapaśnika, bo taki rodzaj aktywności fizycznej uprawiał chłopak, przez ojca albo raczej dzięki ojcu, który był jego trenerem. Mogła z David’em pogadać o wszystkim, nie miała przy nim żadnych zahamowań. Ufała mu, a on jej. Otaczała go bliżej nieokreślona przyjazna aura, to samo dotyczyło Roberta. Chciała po prostu być w jego towarzystwie. Szybko zdała sobie sprawę, że właśnie tego jej brakuje. Wcześniej o tym nie myślała, ale jakaś jej cząstka tęskniła za tą swobodą, którą czuła będąc z David’em. Brakowało jej domu, uczelni. Tego wszystkiego co miała i co było niegdyś jej codziennością. Znajomych, specyficznego poczucia humoru Lucy, jej najbliższej koleżanki ze studiów. Wspólnych wieczorów spędzonych na nauce, przygotowywaniu ściąg z iście kosmicznymi wzorami, a także plotkowania o wykładowcach, szczególnie prowadzącym audytoria ze statystki. Wysokim, dobrze zbudowanym doktorancie. Góra 4-5 lata starszym od nich. Mężczyzna z motorem i gitarą, chodzący ideał. Gdyby była nieco lepsza z matematyki to wybrałaby go jako swojego opiekuna pracy.

-Zamierzasz nam w końcu powiedzieć to, co chcemy usłyszeć. Czy mamy cię o to prosić? -dość ostry ton głosu blondyna sprowadził ją do rzeczywistości.

 -Od razu do sedna sprawy -Robert w dalszym ciągu przyglądał się Jude, położył dłonie na stole. Splótł je razem, pochylając się nieco w stronę dziewczyny. Czarodziejka mimo, iż skupiona była na koszykarzu, wręcz czuła na sobie spojrzenie blondyna.

-Zapomniałem zaproponować coś do picia. Kawy? Coś zimnego? Może ciasteczka do tego?

-Jake! Nie bądź niemiły -warknęła Jude, odwracając się w stronę młodego McGhart’a, a zaraz potem spoglądając na niego w taki sposób, że gdyby mogła zabijać wzrokiem, bez wątpienia udałoby się jej to uczynić w tym momencie.

-W porządku, po prostu pytajcie. Odpowiem na każde pytanie -brunetka była wdzięczna Robertowi za opanowanie, nie miała ochoty być rozjemcą kolejnej bójki.

-Skąd wiesz kim jesteśmy? -zadała pytanie Jude -Specjalnie wtedy na mnie wpadłeś? Dlaczego uciekłeś? -nie mogła się powstrzymać przed zadaniem kolejnych dwóch, choć raz miała nadzieję uniknąć sytuacji, gdy jej rozmówca nagle znika albo odchodzi trzaskając za sobą drzwiami. Zdawała sobie sprawę, że liczy na wiele. „Nadzieja matką głupich” -w jej głowie zabrzmiały słowa Lucy. Doskonale pamiętała, że opowiadała wtedy koleżance, że po raz drugi przeprowadza ekspresję białka, nad którym przyszło jej pracować podczas pisania pracy dyplomowej, dziewczyna śmiała się, że byłoby to zbyt piękne i na pewno będzie się z tym bawić znacznie dłużej. Przywykła do sobót spędzonych na pracowni, jednak jak każda normalna osoba wolałaby je spędzić w domu, w kinie czy gdziekolwiek indziej. Odpowiedziała jej wtedy: „Ale każda matka swoje dzieci kocha”. Czarodziejka w końcu nie wymagała od Roberta rzeczy niemożliwych, tylko jasnego, logicznego i zgodnego z prawdą wytłumaczenia sytuacji.

-Niby wiedziałem kim jesteście, ale nie do końca -brunet opowiadając dość żywo gestykulował -Jednak wpadłem na ciebie zupełnym przypadkiem. Nie było w tym ani grama celowości -dodał drugie zdanie, chcąc potwierdzić prawdziwość swoich słów. Jude dostrzegła jak blondyn przewraca oczami, miała ochotę uderzyć go książką leżącą obok niego na kominku. Krytykować innych to łatwo, ale samemu powiedzieć prawdę to nie łaska.

-Skąd o nas wiesz? -ponowiła swoje pytanie czarodziejka.

-Kiedyś znalazłem to pod drzwiami domu -chłopak wyjął z kieszeni bluzy szarą złożona na pół kopertę, a następnie podał ją dziewczynie. Zaadresowana była jego imieniem i nazwiskiem, brakowało jednak adresu oraz znaczka pocztowego. Jude pomyślała, że nie mogła zostać wysłana, świadczyło to raczej, że paczka została podrzucona.

Brunetka zajrzała do środka, znajdowały się tam zdjęcia. Wyjęła je i zaczęła oglądać. Już pierwsze przykuło jej uwagę, znajdowała się na nim ona sama w towarzystwie swoich kolegów i koleżanek ze studiów. Obok niej stała Lucy, uśmiechała się radośnie. Szybko wydedukowała, że zostało ono zrobione na pierwszym roku. Poza jej najbliższą koleżanką na zdjęciu znajdował się Matt i Ruth, którzy nie poradzili sobie z matematyką i odpali ze studiów po pierwszym lub drugim semestrze, nie pamiętała dokładnie. Po raz kolejny tego dnia, tej godziny, zatęskniła za tamtymi czasami. Wtedy wszystko było takie proste. No, może nie do końca, bo chemia do najprostszych nie należy, ale bez wątpienia łatwiejsze. Szybko przerzuciła fotografię, na kolejnej stała przy samochodzie z bratem. On stał bokiem, ręce miał oparte na dachu pojazdu, ona wyraźnie znudzona siedziała na masce. Rozpoznanie okolicy nie sprawiło jej problemu, był to parking przed blokiem jej babci. Nie potrafiła umiejscowić tego wydarzenia w konkretnym czasie, mogła jedynie przypuszczać, że czekali wtedy na ojca, aby po kolejnych zawodach sportowych zabrać go do domu.

-Skąd je masz? -zapytała oburzona, gdy przyglądała się trzeciemu zdjęciu. Siedziała na ławce w parku niedaleko wydziału chemii ze swoimi byłym chłopakiem. Początkowo układało im się dobrze, nawet można powiedzieć, że bardzo dobrze. Jej ojciec go polubił, co w sumie było do przewidzenia, dzieli wspólne pasje. Keith, bo tak się chłopak nazywał, zapalony piłkarz, uczęszczający na treningi każdego dnia, bez względu czy odbywały się na hali czy na świeżym powietrzu, czy aura sprzyjała czy padał ulewny deszcz. Miał jedną wadę, której Jude nie mogła znieść, był chorobliwie zazdrosny. Gdy zrobił jej scenę przy znajomych przeddzień wigilii nie wytrzymała i zerwała z nim wszelkie kontakty. Zdjęcia, które trzymała w rękach przywołały tak wiele wspomnieć, jednak fakt, że dostała je od zupełnie obcego chłopaka przerażał ją -Skąd mam mieć pewność, że nie kłamiesz? Że to ty ich nie zrobiłeś? -ledwo powstrzymała się przed zapytaniem czy nie jest przypadkiem jakimś psychopatą. Cieszyła się, że ma przy sobie Klausa i Jake, czuła się przy nich bezpieczna, mimo budzącej lęk i obawy sytuacji. Gdy sięgnęła po następne zdjęcie, ujrzała na nim Jake’a. Chłopak stał oparty o jakiś budynek. Na jego twarzy gościł uśmiech, czarodziejka zdała sobie sprawę, że rzadko go takiego widuje, a szkoda, bo do twarzy mu. Spojrzała na ostatnią fotografię, blondyn trzymał za rękę swoją ukochaną, Nicki. Obok nich znajdowała się Cadence. Ciemne rozpuszczone włosy dziewczyny, częściowo zakrywały twarz, jednak Jude bez problemu rozpoznała córkę Jack’a.

Obok Jude pojawił się Jake, ciekaw co takiego znajduje się na zdjęciach. Nachylił się nad czarodziejką, był tak blisko, że brunetka czuła wzbierającą w nim złość. Widziała jak zaciska szczękę.

-Oprócz zdjęć w kopercie był też list -Jude podała blondynowi fotografie, aby mógł je obejrzeć, sama skupiła się na Robercie i kartce, którą trzymał w dłoniach -Autor pisze, że w przyszłości wy będziecie potrzebowali mojej pomocy, a ja waszej -streścił zawartość listu brunet, następnie podał go Jude.

-I tak bez problemu uwierzyłeś, że nijaka Jude ze zdjęć jest czarodziejką? -zapytała widząc swoje imię i nazwisko, a przy nim wyjaśnienie, że potrafi posługiwać się magią.

-Zanim powiedziałem wam o przesyłce powinienem był zaznaczyć, że jestem pełen władz umysłowych. I nie, nie uwierzyłem. Uznałem, że to jakiś kiepski żart.

-Ale wczoraj z pełnym przekonaniem nazwałeś mnie czarodziejką, a Jake’a synem czarnoksiężnika -drążyła dalej temat czarodziejka, przez chwilę nawet zastanowiła się jak ona zareagowałaby, gdyby znalazła pod drzwiami własnego domu paczkę ze zdjęciami obcych sobie ludzi i list, w którym jakiś szaleniec pisze jej, że magia istnieje naprawdę.

-Byłem ciekaw waszej reakcji. Liczyłem raczej, że wyzwiecie mnie od nienormalnych, szaleńców czy co tam jeszcze jesteście w stanie wymyślić. A wy z pełnym spokojem zaproponowaliście mi spotkanie. Wiecie jakie było moje zdziwienie?

-Kiedy dostałeś te zdjęcia? -wtrącił Jake, niespokojnie przestępując z nogi na nogę.

-Jakieś dwa lata temu -Robert zmarszczył czoło, a jego odpowiedź brzmiała bardziej jak pytanie niż stwierdzenie faktu -Coś koło tego. 

-Nie pomyślałeś, że to może my jesteśmy stuknięci. I zamiast odciąć się od wariatów, zgodziłeś się tutaj przyjść -dziewczyna była coraz bardziej zaintrygowana historią Roberta, wciąż ciężko było jej uwierzyć w jego słowa, jednak póki on mówił ona słuchała.

-Po tym jak na ciebie wpadłem, sprawdziłem twój profil na portalu społecznościowym. Studentka chemii, posiadająca wielu znajomych. Wiele zdjęć z ukochanym psem. Uznałem, że taka ładna i miła dziewczyna nie może być żadną psychopatką, morderczynią czy innym złem wcielonym -Jude zaśmiała się na samo wyobrażenie siebie z nożem obciekającym krwią w ręku.

-Twojego nie mogłem znaleźć -zwrócił się do blondyna -Znaczy się, istnieje jeden Jake McGhart, jednak jest to mężczyzna pod pięćdziesiątkę, ze znacznym stopniem otyłości. Prowadzący jakąś mało znaną knajpę w dość odległej części kraju.

-Nic dziwnego, odkąd pamiętam zawsze posługiwałem się nazwiskiem matki. W liceum, na studiach, na portalach społecznościowych także je podawałem… -blondyn zwrócił uwagę na coś w liście.

-Jake? -zapytała chcąc dowiedzieć się, co takiego odkrył chłopak. Blondyn jednak milczał, jak zahipnotyzowany wpatrywał się w trzymaną w ręku kartkę papieru. Po raz kolejny czarodziejka pomyślała o uduszeniu go własnymi rękoma. Zdecydowała, że jeżeli postanowi wyjść bez słowa z pokoju, dokona na nim mordu doskonałego, jednocześnie udowadniając, że jak kobieta chce to potrafi.

-Jeśli masz odwagę, to wszystko może się udać.

-Słucham?

-To fragment książki. Jeżeli powiemy sobie, że potrafimy, jeśli powiemy sobie w głębi serca „nie denerwujemy się”, jeśli będziemy się zachować się jak bohaterowie… wszyscy będziemy odważni.

-Piotruś Pan -wtrącił dotąd milczący Klaus, rozpoznają cytowany przez blondyna fragment -Odwaga jest na wyciągnięcie ręki. Odwaga to jest coś, no nie? Jeśli masz odwagę, to wszystko musi się udać -dokończył nie mogąc się powstrzymać.

-Rozumiem, że jest to jakaś wskazówka -dziewczyna uważnie przyjrzała się blondynowi, nie drapał się za uchem, jak zwykł to robić, gdy myśli, więc… -Ty wiesz kto jest autorem.

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 14

Cześć,
będę nudna i zacznę od: dziękuję za Wasze komentarze :*
Mobilizują mnie do znalezienia czasu w tej całodziennej gonitwie i dalszego pisania ;)
Do napisania tej notki podchodziłam chyba z cztery razy, stworzyłam coś, potem kasowałam i tak w kółko. Ostatecznie postanowiłam, że początek będzie trochę inny. Do tej pory zawsze przedstawiałam wydarzenia z perspektywy Jude, przez to, wiecie to, co wie dziewczyna. Nie jestem pewna czy „wstęp” coś wyjaśni czy jeszcze bardziej namiesza. Cokolwiek będzie to mam nadzieję, że mnie nie zlinczujecie. Nawet teraz, gdy dodaję notkę, nie jestem przekonana, czy to, co stworzyłam jest dobrym pomysłem. Ale mówią: „Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi”. Oceńcie sami ;)

PORWANA, część 14

Klaus pożegnał czułym pocałunkiem ukochaną. Chłodne powietrze wdarło się do domu, gdy Julia wyszła na zewnątrz. Czarodziej potarł dłońmi o ramiona, chcąc się rozgrzać. Ulicę rozświetlały pojedyncze latarnie, w pobliżu nie było widać żywej duszy, nie licząc oddalającej się z każdym krokiem kobiety jego życia. Pomachał do niej, Julia odmachała posyłając mu jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. Zamknął drzwi i udał się do salonu. Tam na dużej narożnej kanapie leżał Jake wpatrując się w telewizor.

-Coś ciekawego? -zapytał siadając obok blondyna.

-Zależy co uważasz za ciekawe -ani na chwilę nie oderwał wzroku od szklanego ekranu, elegancka prezenterka wiadomości opowiadała o wypadku autobusu, w wyniku którego zginęło kilkadziesiąt osób.

-Wiem, że lubisz filmy. Kilka tytułów znajdziesz w szafce pod telewizorem, może coś ci się spodoba -chłopak skinął głową. Po trwającej dosłownie kilka sekund ciszy Klaus postanowił zadać kolejne pytanie, nie mogąc liczyć na jakiekolwiek zainteresowanie rozmową ze strony młodego McGhart’a -Zastanawiałem się też, dlaczego wczoraj zachowałeś się tak nieuprzejmie w stosunku do Jude.

-Już mówiłem, jestem egoistą -wyrzucił z siebie słowa niczym wyuczoną regułkę.

-Ktoś kto cię nie zna, może uwierzy. Nie ja -Jake wzruszył ramionami -Nie chcesz rozmawiać. W porządku. Pamiętaj jednak, że nie jestem Jack’em. Nie wszyscy są tacy jak twój ojciec.

-Tak jest lepiej -odparł blondyn, gdy Klaus podniósł się z miejsca -Lepiej, że mnie nienawidzi.

-Dlaczego tak mówisz? -zmierzył chłopaka uważnym spojrzeniem.

-Łatwiej jest zranić bliską osobę, niż pozwolić jej zostać wiedząc, że w końcu i tak się ją zawiedzie.

-To mocne słowa. Ale znaczą również, że zależy ci na Jude.

-To dobra dziewczyna. Zasługuje na coś więcej niż to gówno, którym uczynił jej życie Jack.

-Zdajesz sobie sprawę, że nie możesz ciągle odtrącać ludzi. W końcu będziesz musiał kogoś do siebie dopuścić.

-Przez dwa lata byłem zupełnie sam, nikt przeze mnie nie cierpiał.

-Wcześniej coś takiego miało miejsce? -blondyn wymienił spojrzenie z czarodziejem, Klaus usiadł na powrót na kanapie -Czujesz się winny śmierci Nicki? -chłopak nadal milczał uważnie wpatrując się w czerwony pasek u dołu ekranu podający najważniejsze informacje dotyczące wypadku autobusu -Chodzi o Cadence? -kontynuował mag, chcąc wyciągnąć jak najwięcej od młodego McGhart’a.

-Cadence nie była zła. Potrzebowała osoby, która nauczyłaby ją wykorzystywać magie w dobrych celach. Autorytetu, który nie pragnąłby ponad wszystko władzy nad światem.

-Nie mogłem nic zrobić. Nie mogłem też pomóc tobie…

-Nigdy nie chodziło o mnie. Ja potrafiłem przeciwstawić się Jack’owi -na chwilę między mężczyznami zapanowała cisza. Słowa, które zostały wypowiedziane odbijały się echem -Jack pozwolił mi i Jude uciec. Uważasz, że zrobił to bez powodu? -blondyn zdecydował się pierwszy przerwać milczenie.

-O pewnych rzeczach wolałoby się nie wiedzieć. Powiedziałeś o tym Jude?

-Nie -odparł blondyn kiwając głową na boki.

-Dlaczego?

-Kilka razy chciałem to zrobić. Wczoraj, gdybym nie wyszedł, powiedziałbym jej wszystko.

-Dlaczego tego nie zrobiłeś. Zdajesz sobie sprawę, że prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw. Jude dowie się, że nie byłeś z nią szczery…

-Chcę, aby mnie nienawidziła -powiedział z pełną stanowczością w głosie.

-Uważasz, że ją chronisz, ale czy na pewno? -na czole czarodzieja można było zaobserwować pojawienie się poprzecznej bruzdy, jego brwi zbliżyły się do siebie. Jake natomiast wciąż wpatrywał się w telewizor, co czynił przez praktycznie całą rozmowę, okazjonalnie jedynie zaszczycając swojego rozmówcę spojrzeniem. Klaus wstał z kanapy, skierował się w stronę swojej sypialni -Nie uważasz, że powinieneś przestać zastanawiać się nad tym czego chce albo czego nie chce Jack, a zacząć myśleć o tym czego chcesz ty? -zapytał nim opuścił pomieszczenie.

-Chciałem się oświadczyć Nicki. Chciałem spędzić z nią resztę życia -Jake sięgnął ręką do kieszeni bluzy, wyjął z niej złoty pierścionek z pojedynczym pięknym kamieniem, na którym skupił spojrzenie -Jest w naszej rodzinie od pokoleń -od środka widniał grawer „Na zawsze twój, MMG” -Powinien znajdować się na palcu Nicki.

***

Jude obudziła się z książką przy głowie. Przypomniała sobie, że dzień wcześniej przed spaniem postanowiła poczytać powieść, którą znalazła na niewielkim regale w pokoju gościnnym. Chciał czymś zająć swoje myśli. Odnalezienie Roberta było dla niej sukcesem, pierwszym krokiem na drodze do pokonania Jack’a. Kolejnym miała być rozmowa z chłopakiem i przekonanie go, aby pomógł im wprowadzić ten szalony plan w życie. Jude powiedziała kiedyś swojej koleżance, że kobieta zawsze przegra z pasją faceta. Szczególnie, gdy jest nią sport i kumple. Została wtedy wyśmiana, jednak dziewczyna uważała to, co powiedziała za prawdziwe. Tak została wychowana. Czarodziejka pomyślała o swoim tacie, on podobnie jak Robert od zawsze jest bardzo blisko związany z aktywnością fizyczną, wszelkimi jej formami. Począwszy od tradycyjnej męskiej piłki nożnej, poprzez siatkówkę, a na zapasach skończywszy. Swoją drogą brunetka nie miała pojęcia, co w tym ostatnim sporcie jest takiego ekscytującego. Dorośli faceci obściskujący się na macie w dość dziwnych, jej zdaniem zdecydowanie za dużo odsłaniających „trykotach”. Brzmi karykaturalnie. Jej ojciec często bywa poza domem, na różnego rodzajów zawodach, czy innych ważnych wydarzeniach sportowych. Związane to jest z jego pasją, wykształceniem, a także poniekąd wykonywanym zawodem. Jest trenerem, zawodnikiem, a także sędzią. Jude przywykła do tego typu nieobecności. Dlatego też nie protestowała, gdy Robert zaproponował, aby przełożyli rozmowę o tym skąd wie kim ona i Jake są oraz jaki jest jego stosunek do świata magii na inny dzień. Przyjęła pozycję siedzącą, gdy do jej nozdrzy wdarł się przyjemny zapach śniadania dostający się przez uchylone drzwi jej pokoju z kuchni. Pospiesznie wstała z łóżka, narzuciła na piżamę bluzę, jak to miała w zwyczaju, a zaraz potem popędziła do pomieszczenia, w którym przy kuchence stał nie kto inny tylko Klaus.

-Dzień dobry -przywitała się, jednocześnie uważanie przyglądając się blondynowi, który siedział przy stole przeglądając gazetę.

-Mam nadzieje, że lubisz jajecznicę, bekon i tosty -odparł Klaus kładąc przed nią talerz z wymienionymi przez siebie przysmakami -Mleko do tego? Woda?

-Może być woda -odparła sięgając po widelec, była taka głodna, a na sam widok posiłku leciała jej ślinka, w jej domu śniadania każdy przygotowywał sobie sam i były to zazwyczaj kanapki z serem lub dżemem, nie mogła się przestać uśmiechać na samą myśl, że jest tutaj tak rozpieszczana.

-Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zły, że zaprosiłam tutaj Roberta -zwróciła się do czarodzieja, gdy skończyła przeżuwać kęs tosta.

-Dobrze zrobiłaś -uśmiechnął się do dziewczyny.

-Pomyślałam, że… -zamilkła na chwilę szukając odpowiednich słów -Może mógłbyś uczyć mnie czarów. Znam podstawy, nie mam problemów z prostymi zaklęciami. Ale skoro już posiadam takie zdolności, chciałabym móc się doskonalić.

-Cieszę się, że to zaproponowałaś.

Śniadanie przerwał dźwięk dzwonka, Jude spojrzała w stronę czarodzieja.

-Otworzę -odparła wstając z miejsca -To pewnie Robert.

Czarodziejka udała się korytarzem do drzwi wejściowych. Przez małe ozdobne okienko od razu rozpoznała bruneta.

-Cześć. Cieszę się, że przyszedłeś -odparła wpuszczając go do środka.

-Hey Jude, don’t be afraid* -zanucił z uśmiechem na twarzy -Hey Jude, don’t let me down* -puścił oczko w stronę dziewczyny, a następnie odłożył na podłodze sportową torbę, na którą rzucił kurtkę.

-Bardzo oryginalne -odparła czarodziejka, sama nie mogąc przestać się uśmiechać.

-Od dłuższego czasu chodziło mi po głowie -dziewczyna poprowadziła go do salonu, gdzie na kanapie siedział Klaus, a oparty o ozdobny kominek stał Jake.

-Nie spodziewałem się takiego powitania -oznajmił Robert na widok mężczyzn.

*zapewne znacie piosenkę „Hey Jude” Paula McCartney’a -podaję tytuł na wszelki wypadek ;)

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 13

Cześć,
zmieniłam nagłówek ze względu na nowego bohatera, który się pojawił i będzie pojawiał częściej. Mam nadzieje, że polubicie go bardziej niż Jake’a. Pierwszy raz łączyłam różne zdjęcia w jedno, więc z góry przepraszam za niedoskonałość.
Dzisiaj zero chemii w rozdziale, jesteśmy chwilowo w separacji, a dokładniej: muszę poszukać innego opiekuna pracy dyplomowej, bo ten na którego liczyłam odmówił mi :( Postaram się, aby mój posępny humor nie odcisnął się piętnem na notce, z góry przepraszam, jeżeli mi się nie uda.

Jeszcze piosenka, jak macie ochotę posłuchać:

PORWANA, część 13

-Cześć, może byłabyś w stanie mi pomóc, szukam tego chłopaka -Jake zwrócił się do wychodzącej z cukierni wysokiej blondynki.

-Przykro mi. Nie znam -odparła wtulając się w swojego partnera, który przecząco pokiwał głową ledwo spoglądając na kartkę, którą pokazał mu Jake’a.

Młody McGhart obserwował przez chwilę jak odchodzą. Blond włosy dziewczyny powiewały na chłodnym wieczornym wietrze, jej towarzysz otulił ją ramieniem. Jake pomyślał o Nicki, bardzo mu jej brakowało. Tęsknił za nią każdego dnia. A od momentu, w którym dowiedział się, że dziewczyna została zamordowana, w jego sercu powstała pustka, której nie mógł niczym wypełnić. Nawet wolność od Jack’a nie przynosiła ukojenia.

-Masz coś? -obok blondyna pojawiła się Jude.

-Niestety.

-Powinniśmy wracać, robi się późno -odparła pocierając dłońmi o siebie.

-Spytajmy jeszcze te dzieciaki -wskazał głową na grupkę sześciu chłopców w wieku mniej więcej 10-11 lat. Zajmowali oni ławkę przy latarni, dwoje z nich trzymało w ręku deskorolkę, jeden stał podparty o rower. Żywo o czymś dyskutowali.

-Cześć -Jude wysiliła się na uśmiech, miała dość całodziennych bezowocnych poszukiwań chłopaka, który mógł im pomóc, inną sprawą było czy faktycznie pomoże.

-Może widzieliście tego chłopaka? -Jake pokazał im rysunek przedstawiający tajemniczego nieznajomego.

-Jesteście z policji? -zapytał jeden z chłopców, poprawiając swoją czapkę z daszkiem, jednocześnie mierząc blondyna i jego partnerkę uważnym spojrzeniem.

-Tak -czarodziejka wyprzedziła Jake, który zdążył jedynie otworzyć usta, nie popłynęły z nich jednak żadne słowa -Nazywam się Kat White, jestem agentką -mówiąc to sięgnęła do kieszeni, równocześnie wyobrażając sobie odznakę jaką legitymują się funkcjonariusze we wszystkich serialach kryminalnych i thrillerach. Odetchnęła z ulgą, gdy przedmiot był tam gdzie być powinien, pokazała chłopcom przedmiot -A to mój partner, agent Sam Black.

-Chcę zobaczyć twoja odznakę -odparł inny chłopiec nie mogąc doczekać się, aż w jego ręce dostanie się fałszywa legitymacja Jude. Blondyn spojrzał na swoją koleżankę, brunetka przytaknęła głową, jednocześnie po raz kolejny obrazując sobie przedmiot, tym razem w kieszeni kurtki Jake.

-Super! -krzyknął chłopiec oglądając odznakę agenta Sam’a Black’a.

-Dlaczego go szukacie? -zapytał inny opierając deskorolkę o ławkę i krzyżując ręce na klatce piersiowej.

-Zrobił coś złego? -padło z ust innego.

-Nie, nie zrobił nic złego. Ale może nam pomóc w złapaniu kogoś bardzo złego -Jude nie była pewna jak rozmawiać z tymi dzieciakami, aby nie odkryły, że wcale nie są policjantami, ale jednocześnie, aby się przed nimi otworzyły. Nie mogła przecież powiedzieć, że szuka chłopaka z rysunku, gdyż jest odporny na magię i chce go ostrzec przez złym czarodziejem, Jack’em.

-Dlaczego nie macie pistoletów? -zapytał szczupły brunet z grzywką zaczesaną na bok.

-Mamy -odparła spokojnym głosem, szybko wyobrażając sobie kaburę z bronią za paskiem swoich spodni i Jake’a. Czarodziejka ręką podwinęła kurtkę odsłaniając przedmiot, chłopcy wydali okrzyk zachwycenia, blondyn wykonał tę samą czynność.

-Wow!

-To Robert -odparł dzieciak w czapce z daszkiem.

-Wiesz gdzie go znaleźć? -Jake ożywił się na tę informację.

-Często widujemy go wieczorami na boisku przy szkole -kontynuował drugi z chłopców posiadający deskorolkę.

-Dziękujemy za waszą pomoc -Jude uśmiechnęła się, w końcu doczekała się jakiejś przydatnej informacji.

-Dostaniemy wizytówkę na wszelki wypadek? -zapytał chłopiec z grzywką zaczesaną na bok nim czarodziejka i jej towarzysz zdążyli odejść.

-Jasne -dziewczyna podała mu mały biały prostokącik zadrukowany czarnymi napisami z fałszywym nazwiskiem oraz zmyślonym numerem telefonu. Była zdziwiona, że trzykrotnie zupełnie bezbłędnie udało jej się użyć czarów. Jednocześnie czuła jak wewnątrz niej rośnie bliżej nieokreślone, ale przyjemne uczucie. Było to zadowolenie, a może raczej duma z własnych osiągnięć. Przygotowując się do matury z chemii wielokrotnie słyszała z ust nauczycielki, że im więcej zadań przeliczy tym łatwiej będzie jej zdać egzamin. Wtedy podchodziła do tego jak każdy inny uczeń, z przymrużeniem oka. Teraz gdy jest studentką, a także początkującą czarodziejką doskonale pojmuje sens słów: „Praktyka czyni mistrza”.

 ***

 Jake i Jude żwawym marszem pokonali drogę dzielącą ich od miejsca, w którym rozmawiali z dzieciakami do szkoły mieszczącej się na przeciwko parku. Początkowo oboje milczeli, a im dłużej panowała między nimi cisza, tym trudniej było ją przełamać.

-Dobra robota, agentko Kat -pochwalił dziewczynę blondyn, posyłając jej uśmiech, który nie tak dawni temu wręcz zwalał Jude z nóg.

-To, że zgodziłam się na twoją pomoc wcale nie znaczy, że ci wybaczyłam, ani że między nami wszystko jest okey -odparła pewnym krokiem podążając w stronę dwóch chłopaków siedzących na trybunach.

-Szukam Roberta -odparła pewnie brunetka, chowając dłonie w kieszeniach cieniutkiej przejściówki. Żałowała, że nie wyczarowała sobie czegoś cieplejszego.

-Powinien się lada chwila pojawić -odparł niższy, wyjmując z granatowej sportowej torby bidon.

-Zaczekamy na niego -blondyn zdjął swoją kurtkę, a następnie podał ją Jude -Wyglądasz na zmarzniętą.

-Nie trzeba -zajęła miejsce na trybunach, chowając dłonie między uda.

-Może do nas dołączycie, rozgrzejecie się -zwrócił się do nich ten sam chłopak co wcześniej -Tak w ogóle jestem Mick. -dodał podając blondynowi rękę.

-Cześć, Jake -uścisnął dłoń nowo poznanego towarzysza.

-To jak? Grasz? -zapytał wyższy wskazując głową na boisko.

-Koszmarny ze mnie sportowiec -kiedy Jake wypowiadał te słowa Mick rzucił w jego stronę piłkę do koszykówki, blondynowi udało się w ostatnim momencie ją złapać.

-Refleks masz całkiem niezły -odezwał się niższy chłopak.

-Cześć, chłopaki. Widzę, że załatwiliście brakującego gracza -na boisku pojawiło się kolejnych trzech koszykarzy -Brian -przedstawił się blondyn w koszulce z numerem 7 -a to są Oleg i Feliks -podał imiona kolegów.

-Już mówiłem marny ze mnie koszykarz -Jake wyciągnął dłonie z piłką w stronę Mick’a.

-Przekonajmy się -gracz z numerem 7 rzucił na bok torbę i powędrował na środek boiska -Pokaż co potrafisz -dodał, przyjmując pozycję wyjściową z lekko ugiętymi kolanami.

Jake zawahał się, z jednej strony chciał zagrać z chłopakami, chociaż z drugiej miał wrażenie, że to nie jest odpowiednia chwila na rozrywkę. Spojrzał w stronę Jude, dziewczyna siedziała z założonymi rękoma kompletnie go ignorując. Nie miał jej tego za złe, zasłużył sobie. Ostatecznie puścił piłkę, odbiła się od podłoża. Kozłując, a raczej przypominając sobie jak to się robi, udał się w stronę Brian’a. Stanął przed chłopakiem zastanawiając się jak powinien go wyminąć, postąpił odruchowo i wziął gracza z numerem 7 od lewej strony. Złapał piłkę w obie dłonie, wykonał dwa kroki, wyskoczył do góry i rzucił w stronę kosza. Piłka nie trafiła do celu, uderzyła w tarczę, odbiła się od poręczy i spadła na ziemię. Chwycił ją Brian.

-Jeszcze raz, tym razem postaraj się zostawić ręce wyprostowane po rzucie i celuj w kwadrat na płycie kosza -gracz z numerem 7 podał Jake’owi piłkę i wrócił na środek boiska.

Blondyn zaczął kozłować, Brian wyciągnął prawą rękę chcąc przeszkodzić przeciwnikowi, spodziewając się, że znowu spróbuje go okrążyć z lewej, jednak Jake tym razem odbił w prawo. Skorzystał z wskazówek koszykarza, wykonał dwutakt i tym razem trafił do kosza.

Jude zauważyła, że na twarzy Jake’a pojawił się uśmiech. Mimo, że chciała być na niego zła, nie potrafiła. Mimowolnie kąciki jej ust powędrowały ku górze. Sięgnęła po jego kurtkę, którą zostawił na ławce obok niej. Było jej koszmarnie zimno. Miała nadzieję, że Robert pojawi się szybciej niż później.

-Jak chłopaki? -Brian zwrócił się do siedzących na trybunach.

-Jak na nieumiejącego grać, gra całkiem nieźle -odezwał się Mick.

-To zagrajmy na serio, bez żadnej taryfy ulgowej -odparł z uśmiechem na twarzy gracz z numerem 7 -Mick, Feliks, Oleg i ty Jake, przeciwko mnie, Steve’owi -Brian wskazał na chłopaka, który właśnie przybył na boisko -oraz Tom’owi -mówił o koszykarzu, który siedział z Mick’em, gdy blondyn pojawił się na boisku. Piłka poszybowała do góry, a chłopcy rozbiegli się po polu do gry.

 ***

 -Cześć -dziewczyna zwróciła się do chłopaka w szarej czapce, który pojawił się przy trybunach jakieś 20 minut po tym jak jego przyjaciele postanowili rozegrać mecz koszykówki z Jake’m -Czekałam na ciebie.

-Cześć -odparł mrużąc oczy -Dziewczyna z rynku -jego wzrok powędrował ku grającym kolegom -I jej rycerz w lśniącej zbroi -dodał wypatrując blondyna pośród rozbieganych zawodników, odłożył torbę na ławkę -Jak mnie znaleźliście?

-Nie było to takie trudne, wystarczyło wpisać w pole adresu wyszukiwarki www.jestempepkiemswiata.com.Jesteś liderem w klasyfikacji na tej stronie.

-Zabawne. Jeżeli cię przeproszę, dasz mi spokój?

-Potrącenie i ucieczka z miejsca zdarzenia… wydaje mi się, że przeprosiny nie wystarczą.

-Wypiszesz mi mandat? -odparł ledwo powstrzymując się od śmiechu.

Jude pokręciła głową na boki, już raz tego dnia udawała funkcjonariusza policji. Wykorzystała naiwność młodych umysłów, w tym przypadku nie miała raczej szans na wmówienie brunetowi, że pełni służbę na rzecz obywateli tego miasta.

-Potrzebuję twojej pomocy -odparła poprawiając kurtkę Jake’a na ramionach.

-Mojej pomocy? W czym miałbym ci pomóc?

-W powrocie do domu.

-Twój wybawca nie może zamówić ci taksówki? -mówiąc to głową wskazał na boisko.

-To nie takie proste.

-No, tak. Wybór odpowiedniego kierowcy i samochodu może być kłopotliwy…-dziewczyna spiorunowała go spojrzeniem -To jak Jude…

-Skąd wiesz jak mam na imię? Nie przedstawiłam się -wtrąciła się w jego wypowiedź.

-Strzelałem.

-W takie cuda nie uwierzę. Spośród miliona możliwości, akurat to jako pierwsze przyszło ci do głowy? -brunet ponownie zmrużył oczy, przyglądając się dziewczynie.

-Jude -podszedł do nich blondyn, nieco zdyszany, ale na jego twarzy wciąż gościł uśmiech.

-Jake -Robert wyszczerzył ząbki zadowolony z siebie wypowiadając imię młodego McGharta.

-Wiesz kim jesteśmy -czarodziejka raczej stwierdziła fakt niż zadała pytanie.

-Syn czarnoksiężnika i dziewczyna, która ma ocalić świat -wypowiadając te słowa ani na chwile nie oderwał wzroku od Jude.

 

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 12

Cześć,
obiecałam notkę raz w tygodniu, a że chce dotrzymać obietnicy, to notka wyjątkowo dzisiaj. Jak poprzednia pisana w biegu, może trochę mniejszym, liczę, że spodoba Wam się bardziej niż ostatnia ;)
Mam też nadzieję, że nie zabijecie mnie za kilka chemicznych odniesień, nie mogłam się powstrzymać, za dużo jej ostatnio w moim otoczeniu -głupieję :P

PORWANA, część 12

Jude obudziły promienie słońca wdzierające się do pokoju przez okno. Dziewczyna przetarła oczy, a następnie rozejrzała się dookoła. Widok początkowo ją przeraził, dopiero kilka sekund później przypomniał sobie, że nie jest już zamknięta w domu Jack’a, a noc spędziła u Klausa. Usiadła na łóżku, odtworzyła sobie w pamięci wczorajszą rozmowę z gospodarzem, przed oczyma miała namalowany przez Jake’a portret Nicole. Jej historia wydała się czarodziejce niezwykle smutna. Mimowolnie pomyślała o swojej rodzinie. Przypomniała sobie uśmiech na twarzy mamy, sposób w jaki wymuszała na ojcu, aby ją przytulił, a także jak lubiła się przekomarzać z bratem. Bardzo za nimi tęskniła. Wyobraziła sobie pokój telewizyjny w jej rodzinnym domu, na szafce pomiędzy wysokim srebrnym wazonem a dekoderem stało ich rodzinne zdjęcie. Skupiła się na każdym jego szczególe, a po chwili trzymała w ręku identyczną fotografię oprawioną w drewnianą ramkę. Przez chwilę przyglądała się czterem uśmiechniętym osobom uwiecznionym na kawałku błyszczącego papieru za szkiełkiem. Położyła zdjęcie na stoliku tuż koło łóżka. W domu Klausa czuła się bliżej swojego własnego. Głównie dlatego, że nie była tutaj niczyim więźniem. Nie mogła wprawdzie wrócić do domu przez wzgląd na Jack’a. Nie chciała narażać swoich bliskich. Wystarczyło, że ona musi zmagać się z mrokiem i kłamstwem. Westchnęła. Niespodziewanie w jej głowie zabrzmiały słowa Jake’a: „Możemy stąd wyjść tylko dlatego, że Jack tego chce”. Teraz była bardziej niż pewna, że blondyn miał rację. Szczególnie po tym jak Klaus opowiedział jej, że czarodziej wolałby zabić żonę niż pozwolić córce odejść. Jack powiedział jej kiedyś, że jest dla niego cennym nabytkiem, jego DZIEDZICZKĄ. Jeżeli miała wierzyć słowom swojego byłego nauczyciela, a zarazem jedynego i najzacieklejszego wroga, czarodziej nigdy dobrowolnie nie pozwoliłby jej odejść. Poczuła jak ogarnia ją smutek, wstała z łóżka. Założyła na siebie szarą bluzę, tę samą, która miała na sobie dzień wcześniej. Wyczarowała sobie czyste ciemne dżinsy, a włosy upięła pospiesznie, bez większego ładu i składu w kucyk. Zaraz potem opuściła pokój. W kuchni Jude dostrzegła Klausa, stał przy kuchence, w ręku trzymał patelnie. Przekroczyła próg pomieszczenia, mężczyzna przywitał ją uśmiechem.

-Masz ochotę na naleśniki? -zapytał odkładając patelnie na podgrzewaną płytę, a następnie sięgając do szafki po dodatkowy talerz.

-Pomogę ci -szczupła kobieta o krótkich ciemnych włosach wzięła od czarodzieja talerz, a także sztućce, które następnie położyła przed dziewczyną.

-Jude, poznaj Julię -odparł wielką chochlą wylewając ciasto naleśnikowe na patelnię.

-Mogą być zimne napoje? -kobieta wyjęła z lodówki sok pomarańczowy oraz wodę.

Czarodziejka skinęła głową. Nie spodziewała się takiego gwaru przy śniadaniu, odwykła od większej niż dwie liczby osób w kuchni przy posiłku.

-Jake nie wrócił? -zapytała brunetka przyglądając się wystawce dżemów.

-Śpi -czarodziej podszedł do dziewczyny i nałożył jej ciepłego naleśnika na talerz -Smacznego! -dodał wracając do kuchenki, a zaraz potem ponownie nalewając płynne ciasto naleśnikowe z wysokiej plastikowej miski na patelnię. Julia natomiast usiadła po przeciwnej stronie stołu, zaraz potem sięgnęła po cukier, wsypała dwie łyżeczki białej krystalicznej substancji do swojego kubka z kawą -Może chcesz coś ciepłego?

-Nie dziękuję -dziewczyna sięgnęła po szklankę, do której nalała wody -Jesteście małżeństwem? -nie mogła już dłużej powstrzymać się przed zadaniem tego pytania.

-Oficjalnie nie -kobieta zamieszała łyżeczką w kawie, powodując rozpuszczenie krystalicznej sacharozy w całej objętości cieczy -Jednak jesteśmy razem jakieś 25 lat, więc nieoficjalnie można powiedzieć, że jest z nas stare dobre małżeństwo.

-Julia wie o Jack’u, o świecie czarów i całej reszcie -Jude miała wrażenie jakby mag czytał jej w myślach. Dokładnie o to chciała go zapytać tylko nie wiedziała jak to zrobić, nie wzbudzając podejrzeń kobiety, gdyby jednak o niczym nie wiedziała.

-Rozmawiałeś z Jake’m? -zwróciła się bezpośrednio do czarodzieja.

-Chwilę.

-Jest na mnie bardzo zły? -zapytała przerywając smarowanie naleśnika jej ulubioną konfiturą truskawkową.

-Nie ty powinnaś czuć się winna -oświadczył czarodziej jednocześnie nakładając świeżo upieczonego naleśnika na talerz ukochanej, która skradła mu pocałunek nim wrócił do pichcenia.

-Wychodził wściekły na mnie. Powiedziałam mu, że jest kłamcą jak jego ojciec.

-Zmusił cię do tego swoim zachowaniem.

-Czasami wydaje mi się, że potrafię do niego dotrzeć. Zaraz potem przekonuję się, że to wszystko tylko złudzenie -dziewczyna westchnęła -Wydajecie się być szczęśliwi, dlaczego nie zdecydowaliście się na małżeństwo?

-Taki mamy układ -oprała obojętnie kobieta wkładając do ust porcję naleśnika z marmoladą -Kiedy chcę zobaczyć się z Klausem przychodzę do niego, kiedy on potrzebuje ze mną porozmawiać, wpada do mnie -dodała, gdy przełknęła jedzenie.

-Nie mieszkacie razem?

-Nie.

-Uważasz, że to zdrowy związek? -wypaliła Jude sięgając po szklankę z wodą.

-Nie kłócimy się. Przynajmniej nie tyle co mieszkające razem pary czy małżeństwa. Ponadto nie ma możliwości, abyśmy się sobą znudzili.

-A czy w miłości nie chodzi o to, aby być ze sobą na dobre i na złe?

-Zgadzam się z Jude, nie można być z kim jednocześnie nie będąc -do rozmowy włączył się Jake, chłopak jak dzień wcześniej stał w drzwiach oparty o ich framugę.

-Pewnie jesteś głodny -Julia wstała od stołu, a chwilę później położyła na stole czwarty talerz i sztućce, chłopak jednak nie ruszył się z miejsca.

-Jude, chciałem cię przeprosić za wczoraj -odparł przerywając milczenie, które zagościło w pomieszczeniu wraz z jego pojawieniem się -Nie mam wytłumaczenia na swoje zachowanie -mówiąc to wyjął z kieszeni spodni zgiętą kilkukrotnie kartkę -W ramach przeprosin chciałem ci to dać.

-Co to? -zapytała zdziwiona dziewczyna, rozkładając pomiętą stronę.

-To powinno ci pomóc w znalezieniu bruneta z rynku -widniał na niej portret chłopaka, który wpadł na nią w centrum. Niezwykle staranny szkic, oddający każdy szczegół: rysy twarzy, rozmieszczenie oczu, ust -Miał tuż nad obojczykiem znamię, takie samo jakie miała Nicki tuż pod łopatką. Mają je wszyscy odporni na magię.

-Jack wszystkich nie zabił? -Jude przypomniała sobie jak chciała zastosować na chłopaku magię, bezskutecznie.

-Widocznie nie -młody McGhart wzruszył ramionami -Jeżeli chcesz po śniadaniu mogę ci pomóc w poszukiwaniu tego chłopaka -zaproponował kierując się w stronę stołu.

-Nie rozumiem. Wczoraj zostawiłeś mnie samą z mężczyzną, którego nie znam, a dzisiaj chcesz mi pomóc? Cierpisz na rozdwojenie jaźni czy jak?

Jake ponownie wzruszył obojętnie ramionami, brunetka nienawidziła u niego tego gestu bardziej niż swojej wykładowczyni od chemii organicznej, a całkiem niedawno wydawało się jej, że nie można niczego, ani nikogo nienawidzić bardziej niż profesor „papier wszystko zniesie”*.

-Jestem egoistą -dodał czując na sobie jej mordercze spojrzenie -Masz pełne prawo mnie nienawidzić. Ty jesteś inna. Dobra. I odwołuję się do twojej wrażliwej strony: Proszę, nie odmawiaj mi pomocy w odszukaniu tajemniczego odpornego na magię, który zapewni drużynie „dobro” przewagę nad złym Jack’em. Bo niczego innego nie pragnę bardziej niż zobaczyć jak jego „królestwo” upada.

 

*ulubione powiedzenie mojej znienawidzonej wykładowczyni :P

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 11

Cześć,
ostatnio cierpię na chroniczny brak czasu, jutro czeka mnie 12 godzin w pracy, a zaraz potem korepetycje. Dlatego też musiałam sobie dzisiaj na siłę wygospodarować chwilę, aby napisać kolejną część. W połowie notki jest obrazek, wydawał mi się pasować do opisanej sytuacji :P Chciałam też dodać piosenkę, ale jeszcze nie udało mi się dojść do tego jak to zrobić, może przy następnej notce. W weekend nadrobię zaległości na Waszych blogach :)
Mam nadzieje, że opowiadanie się Wam spodoba, dziękuję za wszystkie komentarze. Każdy motywuje mnie do dalszego pisania :)

PORWANA, część 11

Klaus przyjrzał się Jude, zaraz potem zwrócił swój wzrok na Jake’a. Miał przed sobą dwoje młodych zagubionych ludzi. Nie mieli oni pojęcia komu zaufać, gdzie się podziać. Niby wolni, a wciąż niczym ptaszki w klatce. Magiczna bariera stworzona przez Jack’a opadła, pojawiła się jednak kolejna. Niewidoczna, niewyczuwalna. Wydawałoby się nieistniejąca. Bariera stworzona przez nich samym w ich własnych głowach. Ograniczająca ich życie do tu i teraz, daleko od Jack’a.

-Pewnie jesteście głodni. Został mi sos do spaghetti, wystarczy ugotować makaron -Klaus nagle wstał z miejsca, podszedł do lodówki, zajrzał do środka.

Dziewczyna odwróciła się w stronę swojego towarzysza, w brzuchu kiszki grały jej marsza. Nic od rana nie jedna, a za oknem powoli zmierzchało.

-Jeżeli chcecie możecie też u mnie przenocować, mam wolny pokój.

-Dziękujemy, to bardzo miłe z twojej strony -Jude wysiliła się na uśmiech, nie wiedziała co sądzić o czarodzieju, liczyła na opinię blondyna, on w końcu kiedyś już spotkał Klausa. Jednak chłopak milczał jak zaklęty.

-Ewentualnie mogę zaproponować kanapki -odparł wyjmując z lodówki dojrzałego pomidora, a także przezroczysty pojemniczek z pokrojonym w plastry serem -To jak?

-Spaghetti brzmi nieźle -czarodziejka stwierdziła, że nie wytrzyma do rana nie włożywszy nic do ust.

-Jake? -Klaus spojrzał wymownie na chłopaka.

-Dziękuję, nie jestem głodny. Jeżeli nie masz nic przeciwko to zajmę kanapę w salonie -odparł drapiąc się za uchem.

-To wy… -zaczął niepewnie czarodziej.

-Nie, nie jesteśmy parą -wtrącił Jake przewracając oczyma, zupełnie jakby ta uwaga ze strony maga była czymś kompletnie nie na miejscu.

-W porządku, Jude zajmie wolny pokój -uśmiechnął się do dziewczyny, która wciąż spoglądała na swojego towarzysza. Zupełnie jakby miała nadzieje, że ugnie się pod jej czujnym spojrzeniem i raczy w końcu przemówić, nic takiego jednak się nie stało.

-Możemy zamienić słówko -zwróciła się do blondyna, skoro nie chciał udzielić jej żadnych informacji po dobroci, musiała zmusić go do mówienia.

-Słucham cię.

-Na osobności -wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Młodzi powędrowali korytarzem prosto do salonu, pokój był przestronny. Duży telewizor wisiał na ścianie na przeciwko białej kanapy z fioletowymi poduszkami. Przed nią stał mały stolik, na którym znajdowała się szklana waza, a obok niej pilot. Pod oknem stał ogromny stół, a dookoła niego obite fioletowym materiałem krzesła.

-Możemy mu zaufać? -zapytała Jude oglądając się za siebie, chciała się upewnić, że są sami.

Jake zmarszczył czoło. Z jego ust nie padło jednak ani jedno słowo, spoglądał ponad jej ramieniem. Czarodziejkę coraz bardziej irytowało jego zachowanie.

-Musisz coś o nim wiedzieć, on ciebie zna. Powiedział, że się zmieniłeś. Ty też go na pewno znasz, pamiętam jak powiedziałeś mi w bibliotece, że bywał kiedyś gościem w waszym domu.

-Oczekujesz ode mnie odpowiedzi, których nie znam.

-Nie jesteś mi w stanie nic o nim powiedzieć? Nic, a nic?

Blondyn pokręcił przecząco głową. Jude czuła jak wzrasta w niej uczucie bezradności, a także złość. Mogła go w tym momencie udusić gołymi rękoma. Liczyła, że będzie miała w nim oparcie, tymczasem była zdana tylko na siebie.

-A jak czujesz? Co powinniśmy zrobić?

-Nie wiem co powinniśmy zrobić -odparł oburzonym tonem kierując się z powrotem w stronę korytarza, dziewczyna udała się za nim, nie miała pojęcia co się dzieje. Chłopak zmierzał w kierunku ciemno brązowych drzwi ze szklaną witryną.

-Jake! -złapała do za nadgarstek -Dokąd idziesz? -zapytała, gdy znaleźli się przy drzwiach wejściowych.

-Muszę się przewietrzyć.

-Dlaczego ze mną nie porozmawiasz? Na pewno coś wiesz! Kłamstwo weszło ci w krew, pod tym względem jesteś dokładnie taki sam jak ojciec -rzuciła wściekła Jude, nie mogła znieść braku jakichkolwiek odpowiedzi ze strony blondyna. Faktu, że chce zostawić ją samą z czarodziejem, którego nie zna. Mężczyzną, po którym kompletnie nie wie czego się spodziewać.

-Nie waż się więcej tak mówić -Jake wyrwał się z jej uścisku -Nigdy więcej. Możesz nazwać mnie kłamcą, możesz nazwać mnie oszustem. Ale nigdy więcej nie porównuj mnie do Jack’a -czarodziejka dostrzegła w jego niebieskich oczach gniew, ponad który przebijał się smutek i żal.

Blondyn wyszedł z domu, trzaskając za sobą drzwiami. Dziewczyna stała przez chwilę bez ruchu, próbując poukładać sobie myśli w głowie.

Ostatnio zaktualizowane1

***

Jude opróżniła połowę miski spaghetti, była bardzo głodna, a danie było wyjątkowo dobre. W pewnym momencie dostrzegła, że czarodziej uważnie się jej przygląda.

-Co łączy cię z Jack’em? -dziewczyna nie mogła się powstrzymać przed zadaniem tego pytania, była zmęczona zastanawianiem się co wypada, a co nie. Znajdowała się w takiej sytuacji, w której grzeczność i takt postanowiła odłożyć na bok.

-Jego żona, Nicole, była niezwykle ciepłą kobietą -dostrzegła jak kącik jego ust unosi się w uśmiechu -Jednak związek z Jack’em ją wypalał, patrzałem jak w jej oczach blakną iskierki. Jak jej dobroć powoli wygasa. Miała w sobie wiele energii, pomagała ogrodnikom w sadzeniu kwiatów, przycinaniu krzewów. Służba bardzo ją lubiła, zawsze dobrze ich traktowała. Uwielbiała przyjęcia, często sama je urządzała. Dopóki żyła Cadence wszystko jakoś się kręciło, trzymała się resztek swego człowieczeństwa. Potem wszystko się posypało. Dopadła ją depresja. Przestała zajmować się ogrodem, nie opuszczała w ogóle domu. Jack zwolnił służbę, on ich nie potrzebował. Wszyscy ci ludzie, sprzątaczki, kucharze, kamerdynerzy byli ratunkiem dla Nicole. Byli jej ucieczką przed obłędem, który niósł ze sobą Jack. Podupadła na zdrowiu, w ogóle nie wstawała z łóżka -Klaus westchnął -Lubiłem z nią rozmawiać, miała ciekawe poglądy na prozaiczne sprawy.

-Jake uważa, że jego ojciec chce wskrzesić Cadence.

-Nie zdziwiłoby mnie to.

-Czy to w ogóle możliwe? Czy można przywrócić do życia kogoś kto już nie żyje?

-Jack odkąd pamiętam interesował się czarną magią. Zawsze coś go ciągnęło w tą stronę, to bardzo potężny rodzaj czarów. Nieprzewidywalny -przerwał, gdy Jude odsunęła od siebie pusty talerz -Nicole dusiła w sobie emocje. Strach i samotność zżerały ją od środka. Jake jest pod tym względem do niej podobny. Nie powie ci, że czuje się zagubiony, a na pewno tak jest.

-Dlaczego od niego nie odeszła? Dlaczego go nie zostawiła skoro był dla niej niczym trucizna…

-Nie zawsze tak było. Początkowo darzyli siebie prawdziwą miłością, dopiero potem do ich życia wkradła się szara codzienność, Uczucie wygasło…

-Dlaczego potem go nie zostawiła?

-Ze względu na dzieci, bardzo je kochała.

-Mogła wziąć je ze sobą. Byłoby im lepiej bez takiego ojca.

-Cadence była oczkiem w głowie Jack’a. Nie pozwoliłby jej odejść. Prędzej zabiłby swoją żonę niż zrezygnował z córki.

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 10

Cześć,
udało mi się dzisiaj znaleźć chwilę, więc publikuję kolejną część ;)
Zaczął się październik, zaczęły się studia, ech… Notki będą ukazywały się raczej raz w tygodniu, pewnie jakoś pod koniec tygodnia czwartek-piątek.
A z dobrych wiadomości: już dzisiaj poznacie nowego bohatera :D przelotnie, bo przelotnie, więcej o nim w kolejnych częściach :D

PORWANA, część 10

Jude i jake znaleźli się na rynku, promienie słońca ogrzewały ich twarze. po błękitnym niebie błąkały się zaledwie pojedyncze białe obłoczki. Blondyn uważnie przyglądał się ludziom, starając się zapamiętać twarze i sytuacje. Matkę obdarowującą uroczą córeczkę lizakiem, rodzeństwo goniące się dookoła fontanny. Dwie uśmiechnięte dziewczyny siedzące na ławce, prawdopodobnie omawiające plany na zbliżające się wakacje. Jude natomiast zastanawiała się jak daleko znajduje się od domu, od przyjaciół. Bywały chwile, takie jak ta, gdy dziewczyna wciąż traktowała całą tą sytuację jako sen. Magiczne moce, wielka ucieczka, to wszystko przecież nie mogło być prawdziwe. Kiedyś wprawdzie marzyła o spotkaniu prawdziwego wampira, ale tylko dlatego, że naczytała się książek i naoglądała seriali o tej tematyce. Jako nastolatka czekała na list z Hogwartu, była wielką fanka Harry’ego Potter’a. Ale mimo wielkich nadziei, zawsze wiedziała, że cała ta bajkowa otoczka to tylko wytwory wyobraźni wielkich umysłów. Pragnienia zwykłych ludzi.

Jude miała coś powiedzieć, gdy wpadł na nią nieznajomy. Potrącił ją ramieniem, wytrącając jej z ręki otwartą butelkę wody. Przezroczysta ciecz ochlapała jej buty, chwilę później tworząc kałużę u jej stóp.

-Ej! -krzyknęła rozgniewana.

Chłopak nie zareagował, miał iść dalej w sobie tylko znanym kierunku, gdy Jake chwycił go za ramię.

-Wpadłeś na moją koleżankę, zapomniałeś przeprosić -odparł karcąco blondyn.

-Daj mi spokój! -chłopak trącił Jake’a barkiem, próbując odejść.

Młody McGhart zacisnął mocniej dłoń na ramieniu nieznajomego. Sprawił, że chłopak obdarzył go oburzonym spojrzeniem. Nie spodobało się to blondynowi, w przypływie złości uderzył nieznajomego pięścią w twarz. Brunet zatoczył się. Wykonał krok w tył, a gdy odzyskał równowagę rzucił się na przeciwnika. Obaj wylądowali na ziemi, szarpiąc się i okładając pięściami.

-Jake! Przestań! -krzyczała stojąca nad nimi Jude. Nie wiedziała co robić. Skoncentrowała się na nieznajomym, wyobraziła sobie, że odciąga go od blondyna. Że młody brunet upada na ziemię kilka metrów dalej. Nic się jednak nie stało. Spróbowała raz jeszcze. W myślach zobrazowała sobie całą sytuację, to jak chłopak znajduje się w powietrzu, nie dotykając stopami ziemi, a następnie upada daleko od Jake’a. Tym razem także nic się nie wydarzyło. Przerażona dziewczyna wyobraziła sobie to samo zdarzenie, z jednym tylko wyjątkiem, tym razem to blondyn padł na ziemię kilka metrów od nieznajomego. I tym razem tak też się stało. Jej towarzysz uderzył ręką o pustą ławkę, tą samą, na której wcześniej siedziały dwie radosne dziewczyny, na której wcześniej zwrócił uwagę. Jude szybko do niego podbiegła. Ukradkiem spojrzała na nieznajomego, nie rozumiała dlaczego czary nie zadziałały. Przez chwilę pomyślała o odpornych na magię, ale wierząc słowom Jack’a -wszystkich się pozbył. Ostatnią taką osobą była ukochana Jake’a -Nicki.

-Wszystko w porządku? -zapytała kucając przy blondynie.

-Ucierpiała tylko moja duma -odparł siląc się na uśmiech.

-Jesteś pewien? -spojrzała na niego zatroskanym spojrzeniem. Dostrzegła grymas bólu, który za wszelką cenę starał się przed nią ukryć.

-Jestem tylko trochę potłuczony -dodał łapiąc się za rękę.

Jude pomogła mu wstać mimo jego licznych protestów.

-Widziałam gdzieś aptekę, kupię coś przeciwbólowego i na stłuczenia -dziewczyna nie zdążyła skończyć zdania, gdy pojawił się przed nimi wysoki mężczyzna. Miał na sobie długi czarny płaszcz, przyglądał się im uważnie swoimi zielonymi oczyma.

-Klaus -wyrwało się z ust Jake’a. Mężczyzna położył swoją dłoń na jego ramieniu, a zaraz potem na ramieniu Jude. Otaczający ją świat zaczął powoli popadać w nicość, kształty stawały się coraz mniej wyraźne, kolory zlewały się w szarość. Chwilę później ujrzała już tylko ciemność.

***

Dziewczyna powoli otworzyła oczy. Dostrzegła biały sufit. Poderwała się gwałtownie z miejsca, zakręciło się jej w głowie. Znajdowała się w małym pokoiku o kremowych ścianach. Siedziała na łóżku, obok niej leżał nadal nieprzytomny blondyn. Pokiwała na boki głową, czyżby znów została uprowadzona? Cóż za absurd -pomyślała ledwo powstrzymując się od śmiechu.

-Jake -wyszeptała lekko potrząsając towarzyszem, pocieszała ją myśl, że tym razem nie jest sama -Jake, obudź się! -dodała.

Twarz chłopaka wykrzywiła się z bólu. Dziewczyna momentalnie puściła jego ramię.

-Przepraszam -odparła przygryzając dolną wargę, całkowicie zapomniała o incydencie, który miał miejsce na rynku w ich pierwszych, i wydawało się brunetce, ich ostatnich chwilach wolności.

-Już się obudziliście -na dźwięk głosu Klausa Jude gwałtownie obróciła głowę w stronę drzwi -Przepraszam za wszelkie niedogodności -uśmiechnął się -Jake, zmieniłeś się odkąd widziałem cię ostatnio. Zmężniałeś. Ledwo cię poznałem bez twojej świty, buntowniczego wyglądu i gitary pod ręką.

-Czego od nas chcesz? -zapytał dość ostro blondyn.

-Chcę pomóc.

-Pomóc? -w głosie dziewczyny słychać było zdziwienie -Porwałeś nas!

-Zaskoczyła mnie obecność Jake, musiałem improwizować. Poza tym możecie w każdej chwili wyjść, nie zatrzymuję was.

-Czy to prawda? -zapytał chłopak wciąż nie zmieniając pozycji.

-Nie rozumiem pytania.

-Doskonale rozumiesz -odparł opryskliwym tonem Jake.

-Jeżeli pytasz o Nicki, przykro mi…

Dosłownie minutę później chłopak poderwał się z miejsca, przebiegł przez pokój, Klaus obejrzał się za nim. Jude także podniosła się z łóżka, udała się za blondynem, który wybiegł na korytarz, otworzył najbliżej niego znajdujące się drzwi, zajrzał do środka, zaraz potem popędził do kolejnych. Wszedł do drugiego pomieszczenia, dziewczyna tuż za nim. Znaleźli się w łazience, na podłodze znajdowały się zielone kafelki, na ścianach białe z zielonym motywem kwiatowym. W rogu znajdował się prysznic, obok niego ubikacja, po przeciwnej stronie umywalka. Zielony ręcznik leżał starannie złożony na białej szafce koło zlewu. Pomieszczenie lśniło czystością. Jake padł na kolana przed toaletą, a następnie zwymiotował. W drzwiach pojawił się Klaus, wymienił z Jude spojrzenia.

-Zostawmy go -zabrzmiał spokojny głos czarodzieja -Może przejedziemy do kuchni, zrobię ci herbatę, albo coś innego do picia -dziewczyna przytaknęła, nie chciała wprawdzie być sam na sam z Klausem, martwiła się także o swojego towarzysza, jednak nie widziała innego rozwiązania, a to zaproponowane przez mężczyznę wydało jej się sensownym.

***

Jude siedziała na przeciwko czarodzieja w jego zadbanej kuchni. Tak jak w łazience wszystko miało swoje miejsce, kolorowe kubki wisiały na metalowych haczykach nad zlewem. Dwie niebieskie ściereczki starannie złożone i przewieszone przez rączkę od piekarnika. Na blatach nie znajdowała się nic z wyjątkiem kuchenki mikrofalowej oraz ekspresu do kawy. To samo dotyczyło wypolerowanego na błysk stołu, na którym nie odważyła się położyć dłoni z obawy, że pozostawi smugi. Nie miała pojęcia czego spodziewać się po czarodzieju, czy jest równie ułożony, jeżeli chodzi o pozostałe aspekty życia. Niegdyś oceniła Jack’a jako porządnego mężczyznę, wtedy się pomyliła.

-To czego się napijesz? -zapytał Klaus przerywając ciszę.

-Wody -Jude poprawiła niesforny kosmyk włosów opadający jej na czoło.

Miała tak wiele pytań, ledwo powstrzymała się przed zasypaniem nimi Klausa. Wszystko dlatego, że nie miała pewności czy jest on dobrym czy złym bohaterem tej historii. A miała serdecznie dość kłamstw i tajemnic. Dziewczyna obserwowała jak Klaus wyciąga z szafki nad zlewem szklankę, a następnie kładzie ją na blacie. Zaraz potem kieruje się w stronę lodówki, wyjmuje z niej butelkę wody mineralnej. Napełnia przezroczystym płynem szklankę, a później odkłada wodę na swoje miejsce.

-Jude, ładne imię… -mówi z uśmiechem na twarzy kładąc na stole przed dziewczyną pełną szklankę.

-Dziękuję -czarodziejka nie miała pojęcia do czego zmierza Klaus, wydawało się jej, że plecie co mu ślina na język przyniesie, tylko po to, aby uniknąć niezręcznej ciszy.

-Ciężko jest być daleko od domu, prawda?

-Do czego zmierzasz? -miała dość tego owijania w bawełnę, tych wszystkich tematów zastępczych. Chciała w końcu dowiedzieć się, o co chodzi. Dlaczego siedzi teraz w kuchni Klausa. Dlaczego zdecydował się porwać ją i Jake’a z rynku.

-Nie okłamuj jej -usłyszała za swoimi plecami głos blondyna, obróciła się w jego stronę, stał oparty o framugę drzwi -Ma talent w odkrywaniu prawy -dodał marszcząc nos.

-Miło, że postanowiłeś do nas dołączyć -czarodziej wskazał na wolne krzesło obok Jude, chłopak pokręcił przecząco głową. Zdecydował, że dobrze mu tam, gdzie jest.

-Magiczne obrażenia? -zapytał przyglądając się jak chłopak masuje lewe ramie.

-Słucham? -wypaliła czarodzieja, nie rozumiejąc jak Klaus w ogóle śmie podejrzewać ją, że mogła skrzywdzić swojego towarzysza przy użyciu magii. To, co się wydarzyło na rynku było dziełem przypadku, nie miała innego wyjścia. Gdyby czar zadziałał na tamtego chłopaka, nigdy nie rzuciłaby go na blondyna. Poza tym stłuczona ręka  chłopaka to nie wynik zaklęcia, tylko skutek upadku.

-Jeżeli obrażenie nie powstało w wyniku użycia czarów, mogę uleczyć rękę Jake’a -wyjaśnił mężczyzna, widząc bojową postawę Jude.

-Nie, dziękuję -odparł bez chwili zastanowienia blondyn.

-Skoro tego właśnie chcesz -Klaus wzruszył obojętnie ramionami, skoro chłopak chciał się męczyć, nie jego sprawa, nie jego obrażenia, ani ból.

-Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć o co chodzi?

-Jack nie nauczył cię zaklęcia „uleczania„.

-Nie. Pewnie nie zdążył -tym razem to ona wzruszyła ramionami.

-Zaklęcie zadziała poprawnie tylko jeżeli uraz powstał bez udziału magii -Klaus brzmiał jak typowy profesor prowadzący wykład dla swoich nie tyle uczniów, co uczestników koła naukowego, chcąc ich zainteresować tematem, ale także zachęcić do zadawania pytań.

-A co jeżeli powstanie w wyniku użycia czarów? -Jude nie mogła powstrzymać się od zadania pytania.

-To zależy od czaru -wtrącił się zniecierpliwiony tą rozmową blondyn -Najprawdopodobniej dojdzie do ponownego doznania urazu, jaki nastąpił w wyniku rzucenia czaru.

-Jake -odparł zachwycony Klaus -Zawsze podziwiałem twoją widzę o świecie magii i czarów -westchnął, kręcąc głową na boki -Tak bardzo się starałeś, aby ojciec cię docenił…

-Jack od dawna nie jest mi ojcem, o ile kiedykolwiek w ogóle nim był -blondyn nie pozwolił dokończyć czarodziejowi myśli, miał wrażenie, że mężczyzna i tak już za dużo powiedział.

 

/Miłośniczka kryminałów