Archiwa tagu: przyjaźń

Porwana, część 24

Cześć,
jestem :P
Nie miałam pomysłu jak dalej „pchnąć” to opowiadanie, na szczęście wczoraj doznałam olśnienia, stąd też nowy wpis ;)

PORWANA, część 24

Jude i Jake znaleźli się w bibliotece, czarodziejka powędrowała spojrzeniem pomiędzy regałami wypełnionymi po brzegi najróżniejszymi książkami. Wciąż powoli docierało do niej wszystko to, co wydarzyło się kilkadziesiąt minut wcześniej. Nie potrafiła zrozumieć jak mogli nie wziąć pod uwagę faktu, że Robert jest odporny na magię. Przecież nie było to dla nich żadną tajemnicą. Tak bardzo skupili się na samej podróży w czasie, że wyparli ze świadomości całą resztę. Gdyby wpadli na to szybciej, pewnie już dawno byliby w domu. W czasach, do których należą. Na samą tą myśl dziewczyna czuła jak ogarnia ją złość, a w głowie pojawia się myśl: „Jak mogłam być taka głupia!”.

-Potrzebujemy książki z urokami -blondyn stanął pośrodku pomieszczenia.

-Dlaczego urok? Czy to nie rodzaj zaklęcia? -pytanie to zaprzątało głowę Jude odkąd Roger zasugerował, że to w taki sposób zostali przeniesieni w przeszłość.

-Uroki rzucano na długo przed pojawieniem się pierwszych czarodziei. Przy odpowiednio odprawionym rytualne potrafią być niezwykle potężne. Nigdy jednak nie przypuszczałbym, że umożliwiają podróże w czasie -wyjaśnił cierpiący chłopiec, zaraz potem głową wskazał na regały z książkami dając znać brunetce, aby odnalazła właściwą.

Jude wzięła głęboki oddech, a następnie wypowiedziała zaklęcie skupiając się w myślach na niebieskiej skórzanej okładce księgi zawierającej konkretny rodzaj informacji. Zdziwiona rozejrzała się po pomieszczeniu, gdy z regałów nie spadła ani jedna książka. Zamknęła oczy, a następnie raz jeszcze w głowie zobrazowała sobie przedmiot.

-Coś jest nie tak -odparła zmartwionym głosem, gdy i tym razem nic się nie stało.

-Wypowiedziałaś na pewno dobre zaklęcie?

-Tak! -odparła z wyrzutem, przecież nie robiła tego po raz pierwszy.

-Spokojnie. Spróbuj jeszcze raz -chłopak starał się mówiąc z opanowaniem -Wyrzuć z głowy wszystko, skup się tylko na książce z urokami.

-Niebieskiej książce z urokami -Jude nerwowo potarła o siebie dłońmi.

-Nie wydaje mi się, aby ta której szukamy była niebieska…

-Przecież w moim śnie widziałam niebieską książkę -słowa wypłynęły z ust czarodziejki niczym pociski z broni, bez ostrzeżenia, a także z towarzyszącym strzałowi hukiem, w tym przypadku był nim podniesiony głos dziewczyny.

-W swoim śnie widziałaś Jack’a wyszeptującego jakieś zaklęcie z niebieskiej książki. Jednak nasza podróż do roku 1938 roku to raczej nie jego robota.

-Słucham? -dziewczyna pokiwała z niedowierzaniem głową na boki.

-Już wcześniej mówiłem Rogerowi, że działania Jack’a wydają się nie mieć sensu.

-Może po prostu go nie widzimy… -brunetka od samego początku miała tę odpowiedź za jedyną pewną rzecz w całym tym morzu niepewności dotyczącym ich podróży w czasie.

-Nie widzimy, bo to nie Jack -zaoponował stanowczo Jake.

-W takim razie kto?

-Klaus -czarodziejka spojrzała na blondyna jak na wariata.

Ta odpowiedź była dla dziewczyny kompletnie nie do przyjęcia. Nie rozumiała dlaczego młody McGhart podejrzewał o knucie przeciwko nim jedyną osobę, która w czasach, z których przybywają, była dla nich uprzejma i pomocna.

-To nie może być prawda -założyła za ucho luźno opadający jej na twarz kosmyk włosów -Zapewnił nam dach nad głową. Niczego nie ukrywał, o wszystkim mówił otwarcie.

-Swoim zachowaniem wzbudził w nas zaufanie…

-Mówiłeś, że można mu ufać! -brunetka wskazujący palcem prawej ręki zatrzymała na jego klatce piersiowej, posłała swojemu towarzyszowi także pełne gniewu spojrzenie.

-Ufałem mu -jego niebieskie oczy skierowane były na ogarniętą wściekłością twarz Jude, jej usta przypominały cienką czerwoną kreskę -Chciałem mu ufać -dodał, gdy czarodziejka wzięła dłoń z jego torsu -Jack jest fascynatem i ekspertem od czarnej magii. Nie bawiłby się w rzucanie uroków -dodał po dłuższej chwili milczenia.

Blondyn zdawał sobie sprawę, że po raz kolejny zawiódł dziewczynę. Pozwolił, aby zawierzyła ona Klausowi. Sam także zdał się na mężczyznę. Miał nadzieję, że czarodziej jest inny niż jego ojciec, w końcu wielokrotnie powtarzał mu, że jest inny niż Jack. Postawą sprawiał wrażenie ciepłej osoby. Wykazał zrozumienie, gdy chłopak opowiadał mu o Jude i swoim problemie. Nie ignorował go w przeciwieństwie do ojca.

-Może rzucił urok, bo wiedział, że magia nie zadziała na Roberta -wtrąciła czarodziejka, zakładając ręce na piersi.

-Jack nie wie o tym, że Robert jest odporny na magię. Uważa, że wszyscy zostali zabici -brwi blondyna powędrowały ku górze -Tylko my -spojrzał wymownie na swoją towarzyszkę -I Klaus o tym wiedzieliśmy.

-Nie przekonuje mnie to… -zaprotestowała brunetka, wciąż nie mogąc uwierzyć, że to życzliwy wobec nich czarodziej za tym wszystkim stoi.

-Wielokrotnie zastanawialiśmy się dlaczego 1938 i nigdy nie potrafiliśmy odpowiedzieć na to pytanie -syn czarnoksiężnika ani na chwile nie oderwał wzroku od Jude -Dla mojego ojca ta data nie ma żadnego znaczenia. Jednak jeżeli weźmiemy pod uwagę Klausa, zapalonego historyka, pasjonata okresu międzywojennego i II Wojny Światowej….

-Jake? -dziewczyna dostrzegła smutek, który pojawił się na twarzy zagubionego chłopca -Wszystko w porządku?.

-Tak -wypowiedział te słowa z pewnego rodzaju żalem w głosie.

-Cokolwiek chodzi ci po głowie, mi możesz powiedzieć -dziewczyna podeszła do niego, wymusiła na nim spojrzenie.

-Przez chwilę po prostu… -szukał odpowiednich słów -Pomyślałem o Liv i Rogerze, o tym, że za rok dopadnie ich wojna… -przerażała go myśl, że przyszłość, która nadejdzie dla jego pradziadków maluje się w kolorach czerwieni, z muzyką, której powtarzającym się w kółko refrenem będzie świst kul przecinających niebo, a także wybuchów.

-Przykro mi -położyła mu dłoń na ramieniu -Polubiłam ich, trudno będzie się z nimi rozstać. Jestem pewna, że sobie poradzą. Mówimy przecież o Liv -uśmiechnęła się do blondyna.

-Skup się na książce z urokami, jakiejkolwiek, byle z urokami -odparł spoglądając po regałach znajdujących się w bibliotece.

Dziewczyna przytaknęła, a następnie wykonała jego polecenie. W myślach powtarzając jak mantrę „księga z urokami”, „księga z urokami”, jednocześnie szepcząc dobrze jej znane zaklęcie. Nie minęła chwila, a z regałów spadło kilkadziesiąt książek. Jude podeszła do tej, która upadła na podłogę najbliżej, podniosła ją, a zaraz potem skierowała się w kierunku drugiej, którą też wzięła do ręki. Obje położyła na stoliku w końcu pomieszczenia, a następnie wzięła się za zbieranie pozostałych z podłogi. W jej ślad poszedł Jake.

-17 -odparła czarodziejka spoglądając na stosik z książek.

-Jak wam idzie? -w pomieszczeniu pojawił się Roger, a także koszykarz przemierzający kolejne metry w starannie owiniętej bandażem nodze, mając podparcie w czarodzieju.

-Jak się czujesz? -dziewczyna przyjrzała się brunetowi.

-Żyję -odparł uśmiechając się do niej, tymczasem pradziadek Jake’a odsunął krzesło przy stoliku, aby Robert mógł na nim usiąść.

Roger podszedł do stolika. Przyjrzał się stosowi książek ułożonemu przez czarodziejkę i swojego prawnuka. Wziął pierwszą do ręki.

-Uroki miłosne. Nie -odrzucił ją na bok, zaraz potem sięgając po drugą -Uroki i klątwy. Może -podał księgę Jake’owi -Jak rzucać poprawnie uroki. Nie -oprawiony w czarną skórę tom wylądował na ziemi obok wcześniej wyeliminowanego -Uroki dla zaawansowanych. Może -ponownie podał książkę prawnukowi, a on przekazał ją Jude.

Po segregacji dokonanej przez pradziadka blondyna pozostało jedynie pięć ksiąg, a w jednej z nich odpowiedź na dręczące ich od dawna pytanie: „Jak wrócić do domu?”. Ich było także pięcioro, w związku z tym, każdy otrzymał swoją własną lekturę do poduszki.

-A to zaklęcie ze 123 strony z niebieskiej książki? -zapytał zaintrygowany Robert.

-Musi poczekać -wyjaśniła Jude wzruszając ramionami -Jeden problem naraz -dodała wysilając się na uśmiech.

***

Noc była cicha, granatowe niebo rozjaśniało miliony gwiazd. Jude siedziała na okiennym parapecie okryta ciepłym polarowym wyczarowanym przez siebie kocem spoglądając na spokój panujący w okolicy. Niespodziewanie jej myśli popłynęły w kierunku wszechobecnej, a także niezwykle energicznej Olivii. Przez chwilę pomyślała o tym, co powiedział Jake. O swoich obawach względem pradziadków. O tym wszystkim, co znała jedynie z dokumentalnych filmów z okresu wojny. O kurzu wzbijającym się w powietrze przy każdym wybuchu, o samolotach krążących po niebie niczym sępy wyszukujące padliny. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić strachu, a także cierpienia, które towarzyszyło widzianym przez nią kadrom filmowym.

Westchnęła. Była ciekawa jakie myśli zaprzątają głowę Jake’a, a także Roberta. Czy może chłopcy śpią już w najlepsze. Spojrzała w stronę książki z urokami, która leżała tuż obok niej na parapecie. Do tej pory dziewczynie udało się przejrzeć 3/4 jej zawartości. Odłożyła ją na bok, ponieważ zdała sobie sprawę, że bycie tutaj w roku 1938 nie jest takie złe. To właśnie w przeszłości poznała wartościowych ludzi, nowych przyjaciół. Liv, z którą bardzo się zżyła. Zdała sobie sprawę, że tęskni za wesołą blondynka już na samą myśl, że będzie musiała ją opuścić. Rogera, z którym wedle jej obserwacji dobrze dogaduje się Jake. I Roberta, swojego najlepszego przyjaciela. Myśląc o koszykarzu zamknęła oczy i wróciła do momentu, gdy pocałowała go w wielkiej sali, w której podłoga pokryta była lodem. Nie miała wątpliwości, że chłopak jest kimś ważnym w jej życiu, a także, że pragnie, aby już zawsze przy niej był. Ale nie czuła do niego tego, co wciąż tli się w jej sercu w stosunku do Jake’a. Przez chwilę nawet zastanowiła się, czy nie pocałowała wtedy bruneta, aby wzbudzić zazdrość w synku Jack’a. Potrząsnęła głową, szybko odpędzając od siebie wszystkie te nieznośne myśli. Po raz kolejny spojrzała w niebo, w lśniące na granatowym tle gwiazdy.

-Ciekawe czy spoglądasz teraz w te same gwiazdy co ja -pomyślała o niebieskookim blondynie szczelniej otulając się kocem.

Jude po raz kolejny zamknęła powieki. Oparła głowę o ścianę, starając się oczyścić głowę. Od dawna marzyła, aby choć jednej nocy położyć się spać z czystym umysłem. Miała nadzieję, że może to właśnie jest ten dzień. Z błędu wyprowadziło ją ciche pukanie do drzwi. Wypowiedziała krótkie „Proszę”, a chwilę później w pokoju pojawił się Jake.

-Możemy porozmawiać? -zapytał wkładając dłonie do kieszeni spodni.

-Słucham -chłopak wydał się jej spięty, pokusiłaby się nawet o stwierdzenie: zdenerwowany.

-Chciałem… -wziął głęboki oddech, starając się zebrać myśli -Chciałbym… -zaczął jeszcze raz, jak na złość w jego głowie panowała kompletna pustka.

Blondyn nigdy nie przypuszczałby, że powiedzenie prawdy może okazać się takie trudne. Mimo, iż przed przyjściem do pokoju dziewczyny kilkukrotnie układał sobie scenariusze jak może wyglądać ta rozmowa, w tym momencie każdy wydawał się nieodpowiedni.

-Pokaże ci coś -obrócił się w stronę drzwi, złapał za klamkę -Chodź -dodał wyciągając dłoń w stronę czarodziejki, zachęcając ją, aby poszła z nim.

Kolejne korytarze pokonywali w milczeniu. Jude kilka razy chciała przerwać panującą między nimi ciszę. Obawiała się jednak, że swoim gadaniem spłoszy blondyna, który najwyraźniej starał się jej coś powiedzieć. Dlatego też podążała krok w krok za nim, cierpliwie czekając na wyjaśnienia.

Dziewczynę zdziwiło, gdy blondyn zatrzymał się przed pokojem Cadence. Chłopak otworzył drzwi, przepuszczając Jude przodem. Brunetka od razu zwróciła uwagę na namalowaną na ścianie zorzę. Złotą na tle granatowego nieba. Dokładnie taką sama jaką widziała podczas ulewy, gdy Jake wyciągnął ją z domu, a oboje przemokli tak bardzo, że nie było na nich ani jednej suchej nitki. Mimowolnie uśmiechnęła się do wspomnienia.

-Kiedy… -zaczęła wskazując na malunek.

-Skończyłem wczoraj w nocy -jego dłonie ponownie znalazły się w kieszeniach dżinsów.

-Ładne -z jej twarzy nie znikał uśmiech.

-Jude -zaczął niepewnie zagubiony chłopiec -Czy to, co jest między tobą, a Robertem. To na poważnie? -zapytał spoglądając jej w oczy.

-Jesteś zazdrosny? -wypaliła, sama nie wiedziała dlaczego do powiedziała.

-Zastanawiałem się… -w jego głowie pojawiły się dwa głosy.

Jeden podpowiadał mu, że nie ma prawa mówić teraz dziewczynie, że ją kocha. Szczególnie, że postanowiła ułożyć sobie przyszłość z kimś innym. Osobą, która zapewni jej stabilność, a także życie bez strachu o jutro. Drugi natomiast starał się przekrzyczeć ten pierwszy i niczym mantrę powtarzał: WALCZ O NIĄ! WALCZ, IDIOTO! Przecież ją kochasz!

-Powiedziałem ci, że nie możemy być razem. To prawda -wtrącił dość szybko drugie zdanie -Jednak zrozumiałem, że jestem gotowy, aby… -zrobił krok w jej stronę, wyjął ręce z kieszeni, a następnie ujął ramiona brunetki -Aby być egoistą -odparł z zadziornym uśmiechem, który od razu spodobał się Jude -Nie chcę, aby żadna więcej tajemnica stanęła między nami.

Zaraz potem blondyn powiedział czarodziejce wszystko to, co wcześniej wyjawił swojemu pradziadkowi. Prawdziwy powód, dla którego uważał, że nie mogą być razem. Powód, dla którego wciąż odpychał ją od siebie. Opowiedział o Jack’u, o jego chorym planie przywrócenia Cadence do życia przy pomocy „krwi dziedzica od potomków dwóch pierwszych czarodziejów”.

-Dlaczego mówisz mi o tym dopiero teraz? -chłopak wzruszył ramionami, nie potrafił znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi na pytanie Jude.

Czarodziejka natomiast spojrzała w jego niebieskie oczy i po raz pierwszy poczuła, że całkowicie się przed nią otworzył. Nigdy wcześniej nie przypuszczała, że blondyn może być wobec niej tak szczery.

-Dziękuję, że powiedziałeś mi prawdę.

Brunetka nieśmiało się uśmiechnęła. Jake podszedł do niej. Zatrzymał się tak blisko, że ich twarze dzieliły zaledwie milimetry.

-Nie jesteś mi obojętna -odparł, gdy ich czoła zetknęły się.

Prawy kącik jego ust powędrował ku górze. Czarodziejka poczuła przyspieszone bicie swojego serca, nie widziała nic poza jego niebieskimi oczyma. Poza blondynem w tym momencie nie istniał dla niej świat. A w momencie, gdy ich rozgrzane usta natrafiły na siebie nawzajem, przestało istnieć także pojęcie czasu.

-Jake -brunetka położyła dłonie na jego torsie, zaraz potem zmuszając do wykonania kroku w tył.

-Chodzi o Roberta?

-Nie -odparła dość szybko -Boję się. że za chwilę znów wyskoczysz z tekstem: Nie możemy być razem. Zrobisz mi nadzieję i mnie zostawisz.

Jej wzrok nie potrafił przekroczyć bariery podłogi. Obawiała się, że gdy tylko spojrzy w jego piękne niebieskie oczy zapomni o tym jak bardzo cierpiała, gdy odtrącił ją po raz pierwszy. Nie miała do siebie zaufania. Bała się, że gdy tylko ich spojrzenia ponownie się spotkają, ona mimo wszystko wpadnie w jego ramiona.

-Nie popełnię drugi raz tego samego błędu -objął ją rękoma, przyciągnął do siebie -Przepraszam -wyszeptał składając pocałunek na czubku jej głowy -Nie wiesz nawet jak bardzo tego żałuję.

-Obiecujesz? -zapytała czując jak ciepłe łzy płyną po jej policzkach.

-Jack, Klaus. Nieważne z kim przyjdzie nam się zmierzyć. Wygramy -otarł dłonią słone kropelki z jej twarzy -Kocham cię -dodał składając na jej ustach pocałunek.

Czarodziejka założyła mu dłonie na szyi. Mocno do niego przylgnęła. Tak długo czekała na tę chwilę. W pewnym momencie przestała już wierzyć, że kiedykolwiek będzie to możliwe. Smak jego ust, ich ciepło. Nie mogła się oprzeć. Poczuła jego dłonie na swoich pośladkach. Marzyła, aby każdego dnia o każdej sekundzie mogła spoglądać w jego niebieskie oczy. W tym momencie chciała ponadto czuć jeszcze jego oddech na swojej szyi, dotyk jego dłoni. Jego bliskość.

Pomogła blondynowi zdjąć koszulkę. Zagubiony chłopiec odrzucił ją na bok. Jude po raz kolejny mogła przyjrzeć się wytatuowanemu torsowi Jake’a. Palcem przejechała od jednego tatuażu do drugiego, zatrzymując się na kompasie.

-Nicki… -blondyn przechylił głowę w taki sposób, aby wymusić po raz kolejny spojrzenie na dziewczynie.

-Jest pięknym wspomnieniem -przeczesał palcami jej kasztanowe włosy -Jednak to bez ciebie u boku nie wyobrażam sobie kolejnego dnia -dziewczyna skinieniem głowy dała mu znać, aby kontynuował.

Blondyn przycisnął ją do ściany, całując każdy kawałek jej rozgrzanego ciała począwszy od miejsca za uchem na szyi, zatrzymując się przy obojczyku. Ona natomiast dość sprawnie pozbyła się jego paska od spodni.

-Zorza? -zapytała, gdy i jej dżinsy znalazły się na ziemi, a Jake przycisnął ją mocniej do ściany, tuż po tym jak uwolnił jej piersi z niewoli stanika.

Chłopak spojrzał na nią poprzez przymrożone oczy.

-Farba już wyschła? Szkoda byłoby gdyby się zniszczyła -odparła pochylając się w jego stronę, a następnie delikatnie przygryzając jego dolną wargę.

-W razie czego namaluję dla ciebie kolejną, a nawet dwie -po tych jego słowach Jude pozbyła się ostatniej części swojej garderoby, ponownie zarzuciła blondynowi dłonie na szyje, przyciągając go do siebie, a następnie wyszeptała do ucha: „W takim razie na co czekasz”.

Jake złapał ją za biodra, a następnie powoli w nią wszedł. Z ust dziewczyny wydobył się jęk rozkoszy. Wbiła paznokcie w jego plecy. Blondyn delikatnie zacisnął swoją dłoń na jej lewym nadgarstku, a następnie uniósł go ponad jej głowę. Czarodziejka wolną ręką delikatnie muskając opuszkami jego skórę przemieściła się od połowy pleców w górę wzdłuż jego kręgosłupa, ostatecznie zatapiając palce w jego blond włosach, podczas gdy on pogłębiał kolejne pchnięcia.

PS. Nie jestem dobra w pisaniu tego typu scen. W sumie to jestem beznadziejna. Przywykłam raczej do rozpisywania różnego rodzaju intryg czy zagadek kryminalnych. No, ale w końcu musiało do tego dojść między tą dwójką. Opublikowałam mimo wielu wątpliwości, kilkukrotnie chcąc wykasować wszystko w dół od momentu „Pomogła mu zdjąć koszulkę”. Przepraszam Was za męki, przez które musieliście przebrnąć czytając drugą część :P
Przepraszam także za błędy i literówki, skorzystałam z dość luźnego wieczoru w pracy, a nie mamy tutaj żadnego sensownego edytora tekstu.

Pozdrawiam :*

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 23

PORWANA, część 23

Jude z otwartą na właściwiej stronie gazetą w ręku pokonała w pośpiechu korytarze w pałacu rodziny McGhartów. Wpadła do pokoju Jake’a, bez żadnego pukania, bez „dzień dobry”. Przechodząc od razu do rzeczy.

-Musimy pogadać!

Wyrwany ze snu chłopak gwałtownie poderwał się z łóżka. Przyjął pozycję siedzącą, kładąc bose stopy na podłodze. Jedną z dłoni oparł o materac dla zachowania równowagi, drugą przetarł twarz.

-Co się stało? -zabrzmiał jego zaspany głos, całą swoją świadomość starł się ponad wszystko skupić na czarodziejce.

-To się stało! -podeszła do niego, podała mu gazetę -Ty to narysowałeś…

Blondyn spojrzał najpierw na czasopismo, potem na dziewczynę. Bodźce zewnętrzne wciąż powoli do niego docierały, prawie całą noc spędził kończąc malunek na ścianie przyszłego pokoju Cadence. Położył się do łóżka może dwie godziny przed tym jak czarodziejka wpadła do jego pokoju. Skinieniem głowy zgodził się z brunetką.

-Widziałam taki sam w swoim śnie -jej wzrok skupił się na jego nagim torsie, wtedy też dostrzegła tatuaż po lewej stronie klatki piersiowej identyczny z rysunkiem, który znajdował się w gazecie -Co oznacza? -wskazała na mały kompas, jednocześnie zastanawiając się dlaczego nie widziała go wcześniej. Ostatnio, gdy blondyn był bez koszulki, a gdy przypadkowo na niego wpadła, gdy wychodził z łazienki, przypomniała sobie, że jej uwagę przykuł napis na linii żeber, a nim zdążyła zainteresować się jakimś innym chłopak założył koszulkę.

-Usiądź -westchnął zastanawiając się od czego powinien zacząć -Ten kompas to pewnego rodzaju pamiątka po Nicki -wypowiedział te słowa, gdy czarodziejka zajęła miejsce na łóżku obok niego -Po raz pierwszy narysowałem identyczny kompas na nadgarstku Nicki czarnym wodoodpornym markerem -uśmiechnął się do wspomnień, przypominając sobie radość goszczącą na twarzy jego ukochanej -Miał jej wskazywać drogę mojego serca -rozejrzał się po pokoju, na stosie książek dostrzegł długopis, sięgnął po niego -Pozwolisz? -zapytał łapiąc za lewą rękę dziewczyny, Jude niepewnie przytaknęła.

Odwrócił się w stronę brunetki w taki sposób, że siedzieli naprzeciwko siebie. Następnie na jej nadgarstku narysował kółko, a w nim strzałkę skierowaną w stronę jego serca. Zaraz potem podał długopis Jude.

-Nicki dopisała kierunki -dziewczyna początkowo tylko mu się przyglądała, nie rozumiejąc po co jej to wszystko mówi -Zrób to -ponaglił ją, czarodziejka na górze kółka umieściła literę N, na dole S, po prawej stronie E, a po lewej W.

-Północny-wschód -odparła przyglądając się malunkowi na ręce.

-Malowałem to zawsze, gdy za nią tęskniłem. W książkach lub zeszytach, gdy siedziałem na zajęciach. Na kartonie po płatkach, gdy jadłem w domu śniadanie. Wtedy w bibliotece -blondyn głową wskazał na gazetę -Patrzyłem na ciebie i Roberta -zrobił krótką przerwę spoglądając jej w oczy -Pomyślałem o Nicki -wzruszył ramionami.

-Jak ten rysunek znalazł się w książce Jack’a? Co ważniejsze w jakiej książce? -zapytała zakrywając rękawem białego sweterka malunek Jake’a na swoim nadgarstku.

-Nie mam pojęcia -blondyn w myślach dodał: „Mój ojciec nigdy się mną nie interesował. Nigdy nie pytał co robię całymi wieczorami w pracowni”

-A jednak narysowany przez ciebie kompas na małej żółtej karteczce z słowami: „Nie była już więźniem obcego lądu” jakoś znalazł się na 123 stronie w niebieskiej książce, która może być naszą jedyną szansą powrotu do domu.

-”Nie była już więźniem obcego lądu”? -McGhart zmrużył oczy, cofając się w myślach do tylko sobie znanego momentu w przeszłości.

-Coś ci to mówi? -zapytała z nadzieją w głosie.

Jake potarł dłonią brodę, zaraz potem wstał z miejsca. Obok Jude, po drugiej stronie szczytu łóżka, przewieszone były dżinsy. Blondyn sięgnął po nie, na chwilę znalazł się, w ocenie czarodziejki, w niebezpiecznie bliskiej odległości. Myśli mimowolnie zaczęły uciekać jej z głowy, jedna po drugiej. Potrząsnęła głową, mobilizując mózg do skupienia się na odnalezieniu książki, a nie na ciele McGhart’a. Chłopak wsunął na siebie spodnie, zaraz potem ponownie rozejrzał się za czymś po pomieszczeniu.

-Gdy byłem w ostatniej klasie liceum otrzymaliśmy zadanie, aby ustosunkować się do lubianej przez nas książki w odniesieniu do poszukiwania szczęścia -wyjaśnił odnajdując koszulkę pośród książek, kilku talerzyków, szklanek, a także kilku innych rozłożonych na podłodze wokół łóżka rzeczy -Wybrałem „Czarnoksiężnika z krainy Oz”. Odrabiałem pracę domową w gabinecie Jack’a, przy jego biurku. Ojciec niespodziewanie pojawił się, kazał mi wyjść. Musiałem przez przypadek wtedy tam ją zostawić.

-Daje nam to odpowiedź na pytanie jak znalazła się w książce Jack’a. Wciąż nie wiemy w jakiej. Chyba, że wiemy? -dodała wpatrując się prosto w niebieskie oczy Jake’a.

-Przykro mi -na powrót usiadł obok niej -Chciałbym ci pomóc, ale nie potrafię.

Dziewczyna wysiliła się na uśmiech, założyła kosmyk włosów opadający na czoło za ucho, następnie wstała i skierowała się w stronę wyjścia.

-Jude -zabrzmiał jego niepewny głos, czarodziejka spojrzała w jego stronę.

-Tak? -odpowiedź nie padła od razu.

-Znajdziemy sposób na powrót do domu -odparł po dłuższej chwili.

***

Dziewczyna przemierzała korytarz z ogarniającą jej duszę pustką. Była zła na siebie. Przez chwilę miała nadzieję, że Jake powie, że mu na niej zależy zamiast „uda nam się, wrócimy do domu”. Nie wiedziała po co wciąż robiła sobie nadzieję. Nie rozumiała też dlaczego chłopak powiedział jej o kompasie, o Nicki i tym wszystkim, o czym równie dobrze mogłaby nie wiedzieć.

Gdy Jude wróciła do kuchni, przy stole siedział Robert. Na blacie przed nim leżał chleb, masło, a także ser, dżem i kilka innych nieodłącznych przy śniadaniu „rzeczy”, w tym kubek z aromatycznym czarnym napojem, z którego wciąż unosiła się para.

-Kanapki z dżemem?

-Chętnie -usiadła na krześle naprzeciwko bruneta.

-Co powiesz na spacer po śniadaniu? -zapytał smarując kromkę chleba masłem.

-Właśnie miałam wam zaproponować wspólne spędzeni czasu! -do kuchni wpadła uradowana Olivia, ciągnąc za sobą swojego ukochanego -Należy wam się trochę rozrywki! Roger -lekkim skinieniem głowy nakłoniła chłopaka, aby przemówił.

-Liv ma rację -dziewczyna zarzuciła mu ręce na szyję, zaraz potem skradając mu buziaka.

-Czemu nie -Robert spojrzał na czarodziejkę unosząc brwi ku górze i przechylając głowę na bok.

-To jak chcecie spędzić wolne przedpołudnie?

Dobrą godzinę później wszyscy znaleźli się w sali równie ogromnej jak biblioteka rodziny McGhart. Podłoga w pomieszczeniu pokryta została przez Rogera za pomocą magii warstwą lodu. Robert siedział na krześle w samym progu wiążąc sznurowadła łyżew, obok niego stała Liv z szerokim uśmiechem na twarzy spokojnie tłumacząc Jake’owi, że będzie się dobrze bawił.

-Posiedzę w bibliotece i poszukam książki -ręce miał założone na piersi.

-Choć raz mógłbyś poczuć ducha zabawy, wiecznie cierpiący chłopcze -Jude podała blondynowi parę łyżew, nic więcej nie mówiąc skierowała się w stronę koszykarza, usiadła mu na kolanach i zabrała się za przygotowania do jazdy na lodzie.

-Zaprzepaściłem u niej swoją szansę -przyglądał się uśmiechniętej od ucha do ucha czarodziejce -Chciałem jej powiedzieć, że jest dla mnie ważna. Ale stchórzyłem…

-Chyba nie zamierzasz się poddać? Pokaż jej, że ci zależy -Liv puściła oczko do swojego wnuka, zaraz potem złapała go za rękę i pociągnęła w stronę „domowego” lodowiska.

-Nigdy nie jeździłem na łyżwach -odparł cierpiący chłopiec, robiąc przy tym nie tęgą minę.

-To proste, szybko się nauczysz.

Chwilę później dołączyła do nich Jude z Robertem. Dziewczyna bardzo dobrze radziła sobie z jazdą na łyżwach, wielokrotnie z Lucy, swoją przyjaciółką, jeździła po wyłożonym gładką kostką brukową osiedlu na rolkach. Koszykarz nie był wcale gorszy, przemierzali pokój od jednego końca do drugiego, ramię w ramię. Brunet urozmaicał czarodziejce czas różnymi zabawnymi opowieściami, między innymi o tym jak wraz ze znajomymi wybrał się na wycieczkę samochodem po kilku większych okolicznych miastach i jak jeden z nich, siedzący na fotelu pasażera z mapą w ręku, powiedział: „na tej krzyżówce w prawo” kiedy to znajdowali się na pasie do skrętu w lewo. Cała reszta przyjaciół zawtórowała pilotowi powtarzając kolejno: „w prawo”. Tak więc Robert wykonał manewr zgodnie z poleceniem, gdy ich znajomy z przedniego fotela odparł: „nie w to prawo!”. Jude zaśmiała się radośnie.

-Kto pierwszy po drugiej stronie? -zapytała dziewczyna zadziornie spoglądając na bruneta.

Chłopak skinął głową. Oboje ruszyli przed siebie. Każde dając z siebie jak najwięcej. Gdy niespodziewanie Robert stracił równowagę i upadł na lód. Nieszczęśliwie raniąc sobie przy tym łyżwą na prawej nodze podudzie lewej.

-Robert! -krzyknęła czarodziejka natychmiast znajdując się przy chłopaku.

Zaraz potem do koszykarza podbiegała pozostała trójka. Roger wyszeptał zaklęcie. Rana powstała w sposób naturalny, bez użycia czarów. Dlatego postanowił ją magicznie uleczyć. Nic takiego jednak się nie stało. Gdy miał wypowiedzieć zaklęcie jeszcze raz, powstrzymała go Jude.

-Robert jest odporny na magię. Potrzebne będą bandaże -Liv na te słowa skinęła głową i popędziła w stronę kuchni, w której w małej szafce przy zlewie trzymała różnego rodzaju leki, a także apteczkę.

-Jest odporny na magię? -czarodziej zmarszczył czoło, uważnie przyglądając się to Jude, to wnukowi.

-Tak -wtrącił się z grymasem bólu na twarzy koszykarz, gdy lepka ciecz ściekająca po jego skórze w miejscu, gdzie jeansy zostały rozcięte, częściowo wsiąkała w materiał spodni, częściowo kapała na lód barwiąc go na szkarłatny kolor.

-Skoro jest odporny na magię to twój ojciec nie mógł go wysłać za pomocą zaklęcia w przeszłość -Roger spojrzał na blondyna.

-Szukamy książki z zaklęciami… -zaczął Jake drapiąc się za uchem -W niej nie znajdziemy odpowiedzi -czarodziej przytaknął mu skinieniem głowy -Urok?

-Urok -zawtórował mu pradziadek.

-Poszukam książki. Jude, pomożesz mi? -cierpiący chłopiec spojrzał na czarodziejkę.

-Idź. Liv zaraz wróci z bandażami, załata mnie i dołączymy do was -koszykarz nie widział sensu, aby wszyscy stali nad nim i czekali na blondynkę, podczas gdy mogli zająć się czymś znacznie bardziej użytecznym.

-Wrócimy do domu -Jude spojrzała na Roberta, a zaraz potem pocałowała go. To był impuls. Nie wiedziała dlaczego to zrobiła, ale ciszył ją fakt, że to się wydarzyło. Zawsze mogła liczyć na bruneta, zawsze ją wspierał. Bycie z nim wydawało się jej proste, bez dramatów, ciągłych kłótni, a co najważniejsze bez tajemnic i kłamstw.

PS. Dodałam kilka zdjęć do zakładki „bohaterowie” ;)

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 21

Cześć,
przepraszam za swoją długą nieobecność. Narobiłam sobie bałaganu w życiu, a od zawsze wolałam odkładać sprzątanie na później, licząc, że porządek jakimś cudem sam się zrobi, niż zająć się tym od razu. Dlatego sama sobie dość mocno pokomplikowałam sprawy. Mam jednak nadzieję, że udało mi się uporządkować wszystko na tyle, aby wejść w Nowy Rok bez brudów starego. Wam także życzę, aby 2016 był lepszy i przyniósł same sukcesy :) I aby nie zabrakło weny! :D

PORWANA, część 21

Jude siedziała na podłodze w pokoju, który w przyszłości będzie gabinetem Jack’a. Obecnie pomieszczenie zawalone było różnej wielkości kartonami podpisanymi w większości „gabinet”, a w kilku przypadkach „salon”. Zgodnie z tym co powiedział Roger, to tutaj jego ojciec planował urządzić sobie coś na kształt biura. Wcześniej pokój ten był przedłużeniem biblioteki, znajdowały się tutaj półki pełne książek, dla których udało się jednak znaleźć miejsce na wzniesionych ku sufitowi regałom. Obok dziewczyny, plecami wsparty o obite w zielono-złoty materiał krzesło z staranie rzeźbionym oparciem, a także oparciami na ręce, siedział Robert. Na przeciwko nich znajdował się Jake. Blondyn miał przed sobą gazetę, w której z zaangażowaniem mazał coś niebieskim długopisem.

-Więc Liv to twoja prababka? -Robert starał się ułożyć sobie w głowie to, co właśnie opowiedziała mu Jude.

-Tak -odparł młody McGhart ani na chwilę nie odrywając się od swojego zajęcia.

-Podrywałeś swoją prababkę -wypalił brunet przypominając sobie jak jego kolega zagadywał do dziewczyny w pociągu.

-Nie podrywałem. Byłem dla niej miły -blondyn spiorunował go spojrzeniem -Chyba chciałaś nam o czymś powiedzieć -Jake zwrócił się bezpośrednio do czarodziejki kompletnie ignorując koszykarza.
Dziewczyna miała nadzieję podejrzeć co rysuje McGhart, jednak chłopak w momencie, gdy pochyliła się lekko do przodu złożył gazetę w pół, a następnie odsunął ją na bok.

-W moim śnie widziałam Jack’a -zaczęła niepewnie zakładając włosy za prawe ucho -Siedział u siebie w gabinecie, przy swoim biurku. W dłoniach trzymał bransoletkę. Tę samą, którą kiedyś dałeś Nicki -nawiązała kontakt wzrokowy z synem czarnoksiężnika, nie mogąc jednak zbyt długo wpatrywać się w jego niebieskie oczy, szybko skierowała spojrzenie na jakże interesującą białą ścianę za nim -Wymawiał chyba jakieś zaklęcie. Ale mimo, iż starałam się wyłapać poszczególne słowa, nie udało mi się.

-Co jeszcze widziałaś? -brnął dalej w temat Jake.

-Książka miała niebieską okładkę, otwarta była na 123 stronie.

-Czyli niebieska książka jest naszym biletem do domu? -tym razem pytanie padło z ust Roberta.

-Prawdopodobnie -czarodziejka wzruszyła ramionami, na co blondyn mimowolnie się uśmiechnął.

-Coś nie tak? -zapytała nie rozumiejąc jego rozbawienia.

-Wszystko w jak najlepszym porządku -przygryzł dolną wargę, powstrzymując śmiech -Pamiętasz może jeszcze jakiś szczegół? -odparł drapiąc się za uchem, równocześnie starając się wpaść na jakiś sensowny pomysł umożliwiający im znalezienie księgi -Niebieskich książek jest mnóstwo w bibliotece.

-Niestety, może z kolejnym snem zobaczę coś więcej -w myślach dodała: „tak jak z każdym kolejnym snem widziałam coraz wyraźniej śmierć Nicki”.

Jake przytaknął skinieniem głowy, a następnie podniósł się z podłogi, sięgnął po gazetę, którą włożył pod pachę i skierował się w stronę drzwi.

-Wieczorem kontynuujemy poszukiwania? -zapytał trzymając dłoń na klamce, Jude przytaknęła skinieniem głowy, zaraz potem blondyn opuścił pomieszczenie. Jude i Robert zostali sami w pokoju, przez chwilę siedzieli obok siebie w milczeniu.

-Co powiesz na krótki spacer? -koszykarz promiennie się do niej uśmiechnął, chciał dodać jej otuchy -Wszystko będzie dobrze -ujął jej głowę w dłonie, w jej oczach gościł smutek, a także zmęczenie -Wszystko się ułoży -mówiąc to złożył pocałunek na jej czole, dziewczyna spojrzała na niego zaszklonymi oczyma, była mu wdzięczna za te słowa. Były tym czego teraz potrzebowała, nie myśląc dużo mocno się w niego wtuliła.

***

Tymczasem Jake udał się w stronę pomieszczenia, które w przyszłości będzie pokojem Cadence. Stanął przed solidnymi dębowymi drzwiami. Przez chwilę stał nieruchomo zastanawiając się czy powinien wejść do środka, gdy zza pleców dobiegł go kobiecy głos.

-Ten pokój jest pusty -obok niego pojawiła się Liv, na jej twarzy gości szeroki uśmiech -Roger powiedział mi, że jesteś jego krewnym -dodała splatając ręce za plecami.

-Jak poszły egzaminy?

-Zaliczyłam, profesorowi podobały się moje prace. Chętnie ci je pokażę, jeżeli nadal masz ochotę je zobaczyć -dodała pospiesznie drugą część zdania, nie chciała się narzucać, cieszyło ją jednak zainteresowanie jej twórczością ze strony blondyna.

-Chętnie.

-Tędy -odparła kierując się w stronę głównego holu, Jake rzucił szybkie spojrzenie w stronę drzwi do przyszłego pokoju swojej siostry, a następnie udał się za blondynką -Liczę, że będziesz szczery -dziewczyna zatrzymała się przy drzwiach na końcu holu głównego, blondyn wciągnął dość gwałtownie powietrze do płuc, uwiadamiając sobie, że pokój przed którym stoją w przyszłości będzie sypialnią jego matki. Mimowolnie jego umysł opanowały obrazy jego rodzicielki przykutej do łóżka, marniejącej z dnia na dzień coraz bardziej, Jej słaby głos, gdy prosiła go, aby obiecał, że będzie szczęśliwy, równocześnie powtarzając jak bardzo jest jej przykro, że nie zatańczy z nim na jego weselu.

-Będziemy musieli odłożyć to na później. Właśnie sobie przypomniałem, że obiecałem pomóc Robertowi i Jude… -gdy był więziony przez Jack’a w tym domu, rzadko opuszczał boczne skrzydło pałacu, w którym mieściła się jego sypialnia. Było tam wszystko czego potrzebował, kuchnia, a nawet jadania, łazienka, jego pracownia, a także salon z odtwarzaczem DVD i konsolą do gier. Innym powodem były wspomnienia, którymi przepełniony jest ten dom. I niekoniecznie przykrymi, w większości radosnymi, jednak związanymi z osobami, które odeszły z życia blondyna na zawsze.

-Jake… -zabrzmiał zmartwiony głos Liv -Wszystko w porządku?

-Tak, po prostu muszę im pomóc -dodał oddalając się w pośpiechu.

***

Następnego dnia Jude obudziła się ponownie w tym samym momencie w swoim śnie, zbliżała się właśnie do Jack’a, widziała numer strony książki, którą czytał, jednak nim zdążyła zobaczyć coś więcej siedziała już na łóżku ciężko oddychając. Była zła na siebie, a także na słońce, które wdzierało się do pokoju przez okno. Wystarczyłaby minuta snu więcej, a być może już dzisiaj wróciliby do swoich czasów. Zawiedziona ubrała się we wczorajsze ubranie, a następnie udała się do kuchni. Przy stole siedział Jake i Roger, mężczyźni byli tak skupieni na rozmowie, że nawet nie zauważyli jej pojawienia się w progu. Jude szybko wycofała się z pomieszczenia, nie chciała im przeszkadzać. Poza tym rozmowa o samochodach, czy też silnikach nie szczególnie ją interesowała. Udała się do biblioteki. Stanęła na samym jej środku, starając się ogarnąć wzrokiem wszystkie znajdujące się w niej książki. Było to jednak niemożliwie, było ich naprawdę dużo. Zrezygnowana usiadła, oparła się plecami o regał uparcie spoglądając przed siebie, zupełnie jakby liczyła, że książka, której poszukuje zmaterializuje się jej w dłoniach. Nic takiego jednak się nie stało. W końcu zdecydowała się wziąć pierwszą lepszą niebieską książkę, otworzyła ją na 123 stronie. Nie znalazła tam nic ciekawego, odłożyła ją więc na bok i sięgnęła po kolejną. Znów to samo. Kolejne niebieska w jej rękach, kolejna która została odrzucona na bok.

-Zamierzasz przejrzeć wszystkie 123 strony niebieskich książek? To może zająć ci trochę czasu -obok niej pojawił się Robert, w dłoniach miał dwa kubki, jeden z nich podał dziewczynie.

-Będzie szybciej jak mi pomożesz -odparła biorąc łyk kawy.

Gdy stos książek odrzuconych zrobił się dość pokaźny zrezygnowana Jude oznajmiła towarzyszowi, że zrobiła się głodna i zaproponowała, że zrobi im jakieś kanapki. Chłopak przystał na jej propozycję, dodając, że sprawdzi tylko do końca niebieskie książki na sprawdzanej przez siebie półce, a było ich może z pięć, i zaraz do niej dołączy. W kuchni nikogo nie było, dziewczyna wyjęła z dolnej szafki koszyczek z chlebem, który następnie położyła na stole. Sięgnęła po nóż i masło, koło lodówki dostrzegła pomiętą gazetę. Po stronie tytułowej poznała, że to ta sama, w której wczoraj malował coś Jake. Pomyślała, że jak skończy z kanapkami to do niej zajrzy. Położyła plasterek sera na chlebie, gdy w kuchni pojawiła się Olivia.

-Widziałaś Roger’a? -zapytała sięgając do szafki nad zlewem po blaszany okrągły pojemnik.

-Ponad godzinę temu siedział tutaj z Jake’m. Myślę, że znajdziesz ich w garażu -dodała przypominając sobie temat rozmowy McGhart’ów.

-Pewnie majstrują przy motorze -mówiąc to poczęstowała Jude ciasteczkami, którymi zapełniona była puszka -Jak masz ochotę możemy wybrać się na przejażdżkę konną. Niedaleko jest stadnina.

-Kilka lat temu podczas nauki jazdy koń wyrzucił mnie z siodła, od tamtego czasu nie zbliżam się do dużych zwierząt -Jude przypomniała sobie jak jej nauczycielka chciała popędzić kasztanową Karinę batem, na co rumak zareagował gwałtownym przejściem ze stępu od razu do galopu, a kilka chwil później czarodziejka leżała kawałek dalej na ziemi z oczyma pełnymi łez od bólu -Poza tym wciąż jeszcze wiele pracy przed nami -czarodziejka wysiliła się na uśmiech, chociaż tak naprawdę przepełniała ją złość i rozpacz. Wszystko było kompletnie nie tak jak być powinno. Przebywała w roku 1938 w rodzinnym domu chłopaka, którego kochała, a co do którego obecnie nie jest pewna swoich uczuć, zamiast uczyć się do egzaminu z analizy instrumentalnej albo chemii teoretycznej wraz z najlepszą przyjaciółką, jednocześnie narzekając na prowadzących i zbyt krótki czas na przygotowanie się do zaliczenia.

-Jestem pewna, że uda się wam wrócić do domu -mówiąc to odłożyła pojemnik z ciastami z powrotem do szafki -Chowam tutaj słodycze przed Rogerem, to jego druga słabość zaraz po zamiłowaniu do czarów -dodała z uśmiechem.

 

/Miłośniczka kryminałów