Archiwa tagu: przyszłość

Porwana, część 22

PORWANA, część 22

Jude wróciła do biblioteki z talerzem pełnym kanapek. W momencie, w którym weszła do pomieszczenia Robert leżał na wznak na podłodze co chwilę wzbijając w powietrze zgnieciony w kulkę kawałek kartki. Jednocześnie dodając komentarze w stylu: „Zawodnik z numerem jedenaście trafia zwycięski rzut z odległości 6,5 metra” przy pierwszym wzbiciu w powietrze papierowej piłki oraz „Don przechwytuje piłkę, podaje między nogami do Roberta, a ten kończy pewnie spod kosza” przy drugim. Zaraz potem kątem oka dostrzegł dziewczynę. Odłożył swoją zabawkę na bok i przyjął pozycje siedzącą.

-To koniec drugiej kwarty, zawodnicy udają się do szatni, gdzie odpoczną -dodała z uśmiechem na twarzy czarodziejka siadając koło bruneta -Smacznego!

-Tobie także należy się chwila przerwy -koszykarz rozwinął zgniecioną kartkę, dłonią nieco przygładził, a następnie przedarł na pół.

-Miałam już swoje 15 minut daleko od książek -mówiąc to wskazała na kanapki.

-To się nie liczy -odparł rozglądając się dookoła, zaraz potem gwałtownie podrywając się z miejsca -Zagramy w „Zgadnij kto” -dodał wracając na miejsce z długopisem w ręku.

-W co?

-Ja wymyślę postać dla ciebie, natomiast ty dla mnie. Trzymaj -podał jej kawałek pomiętej kartki i przyrząd do pisania.

-Co to ma być za postać? -zapytała próbując podejrzeć co pisze.

-Nie podglądaj! -zaprotestował zakrywając dłonią swoją kartkę, jednocześnie robiąc przy tym minę pokrzywdzonego dziecka -Możesz wymyślić sobie postać jaką tylko chcesz. Może to być prawdziwa osoba żyjąca tu i teraz albo historyczna. Możesz wybrać sobie jakąś z bajki lub baśni -Jude zmarszczyła czoło, a zaraz potem szybko zapisała coś na papierze.

-I co teraz?

-Teraz -ponownie rozejrzał się po pomieszczeniu -powinniśmy sobie przykleić te kartki wzajemnie do czoła.

-Do czoła? -dziewczyna zrobiła wielkie oczy -Czemu do czoła?

-Takie są zasady gry -na jego twarzy pojawił się uśmiech od ucha do ucha -Zasady gry rzecz święta, nie wolno ich podważać.

-Skoro tak mówisz -czarodziejka wzięła głęboki oddech, wyciągnęła przed siebie dłoń, wyszeptała krótkie zaklęcie, a chwilę później trzymała w dłoni samoprzylepne karteczki -Myślę, że lepiej nadają się do tej twojej gry.

-Zdecydowanie -obje zapisali swoje postacie tym razem na wyczarowanych przez dziewczynę żółtych kawałkach papieru z warstwą kleju.

-Głupio się czuję -czarodziejka zwróciła wzrok ku czołu.

-Tak też wyglądasz -zaśmiał się, brunetka nie zastanawiając się uderzyła go pięścią w ramię, a usłyszawszy jego „ała” także wybuchła gromkim śmiechem.

-I co teraz?

-Teraz musisz zadawać mi pytania, a ja mogę na nie odpowiadać tylko „tak” lub „nie”.

-Jakie pytania?

-Ja zacznę, dobrze? -Jude przytaknęła -Czy moja postać jest prawdziwa?

-Tak -dziewczyna dodatkowo dla potwierdzenia skinęła głową.

-Czy to postać żyjąca współcześnie?

-Współcześnie teraz czy współcześnie dla nas -czarodziejka wytknęła do niego język.

-W czasach, z których pochodzimy -dodał teatralnie przewracając oczyma.

-Nie.

-Teraz twoja kolej -koszykarz wskazał na nią dłonią.

-Czy jestem prawdziwą postacią?

-Nie -na twarzy chłopaka pojawił się szeroki uśmiech -Czy moja żyje w 1938 roku?

-Dlaczego teraz ty zadajesz pytanie? -nie rozumiała dlaczego on mógł zadać jej dwa pytania, a ona mu tylko jedno.

-Pytania zadajesz dopóki uzyskujesz w odpowiedzi „tak”.

-Nie, twoja postać nie żyje też w tych czasach -czarodziejka zaprezentowała mu swoje ząbki, dumna z tego, że udało jej się wyprowadzić go w pole.

-Zrobiłaś to specjalnie -pokręcił głową na boki, zaraz potem pochylił się w jej stronę i zaczął ją łaskotać.

-Nie! Robert! -krzyknęła między kolejnymi falami śmiechu i próbami złapania oddechu -Proszę! Robert przestań! -z oczy płynęły jej łzy.

-Tylko jeżeli otrzymam dodatkowe pytanie! -ani na chwilę nie przestawał jej łaskotać.

-Nie ma mowy! -szybko pożałowała swoich słów, otrzymując w zamian dodatkową porcję tych okrutnych tortur.

-Dobra, zgadzam się! -krzyknęła nie widząc innego sposobu na ratunek.

Kolejnych 20 minut spędzili zadając sobie wzajemnie kolejne pytania. Bawiąc się przy tym jak dzieci, co chwila wybuchając śmiechem, a także przekomarzając się. Robertowi udało się jako pierwszemu odgadnąć postać jaką przygotowała dla niego Jude.

-Wygrałeś tylko dlatego, że oszukiwałeś! -dziewczyna założyła ręce na piersi.

-Nie oszukiwałem!

-Wymusiłeś na mnie dodatkowe pytanie!

-Zgadłem Marie Skłodowską Curie jakieś 20 pytań przed tym jak ty zgadłaś misia Yogiego.

-Na pewno nie 20!

tumblr_no2dxq27KH1uomshlo1_1280
(Podobają mi się te zdjęcia, pasują do sytuacji -są śmieszne :D)

***

Olivia zauważyła sylwetkę blondyna znikającą za drzwiami pokoju, przy którym wpadła na niego dzień wcześniej. Zastanowiło ją dlaczego chłopak tak bardzo interesował się tym pomieszczeniem. Dlatego też skierowała tam swoje kroki. Gdy przekroczyła próg na ścianie naprzeciwko dostrzegła namalowaną złotą zorzę na tle granatowego nieba. Malunek zachwycił ją, stała przez chwilę tylko mu się przyglądając.

-Artysta -odparła robiąc krok w kierunku niedokończonego napisu -Możemy by…

-Możemy być bohaterami tylko przez jeden dzień -odparł odkładając na bok pędzel wcześniej zanurzony w białej farbie.

-Dlaczego tylko przez jeden dzień?

-To fragment piosenki -wytłumaczył rozmazując wskazującym palcem prawej ręki emulsję za uchem.

-Ale dlaczego tylko przez jeden dzień? -naciskała Liv -W czasach, z których pochodzisz nie macie pełnoetatowych bohaterów? Zorro? Robin Hood? Supermen, nieśmiały reporter obdarzony nadludzkimi umiejętnościami?* -mówiąc to podała mu chusteczkę, aby wytarł sobie ślady farby zza ucha -Ich raczej nie nazwiesz bohaterami tylko jednego dnia.

-Bo tylko na jeden dzień udało nam się ukraść czas… -Jake westchnął przypominając sobie tych kilka cudownych chwil z Jude nim zostali przeniesieni w przeszłość.

-W miłości masz prawo być egoistą. Bądź zachłanny, ukradnij więcej -dodała z przebiegłym uśmiechem na twarzy -Słuchaj rad starszych.

-Starszych? Ile ty masz lat 22? -Jake zmarszczył czoło, był starszy od swojego pradziadka, musiał być też starszy od Olivii.

-Kobiety o wiek się nie pyta! -zagrzmiała blondynka, zaraz potem krzyżując ręce na wysokości piersi, a także unosząc podbródek ku górze, chcąc dać znać swojemu towarzyszowi, że jest zniesmaczona i co najmniej oburzona jego zachowaniem.

-Przepraszam -chłopak zmrużył oczy, nie chciał sobie robić wroga ze swojej prababki.

-Kim ona jest? -Liv ciężko westchnęła, a następnie wyrwała mu z dłoni chusteczkę, nie mogąc już dłużej patrzeć na jego nieudolne próby pozbycia się małej plamy farby z szyi, która swoją drogą zaczęła już wysychać, więc wzięła sprawy w swoje ręce.

-Kto?

-Ta dziewczyna, z którą udało ci się ukraść tylko jeden dzień.

-To nie ma znaczenia, bo nie możemy być razem -wyjaśnił, gdy Liv odłożyła na bok chusteczkę, zadowolona z siebie i nieskalanego obecnością emulsji skrawka skóry za jego uchem, on potem usiadł na plastikowym pojemniku po granatowej farbie.

-Bzdury gadasz! -Olivia rozejrzała się dookoła, pod oknem leżało białe prześcieradło, pod którym ukryte były wcześniej wszystkie te przybory malarskie, a obok którego stał mały taborecik -Jak dwie osoby się kochają to nic nie może przeszkodzić ich miłości -dodała siadając na krzesełku obok blondyna.

-Bycie ze mną oznacza dla niej życie w obawie o przyszłość. Ciągłą ucieczkę.

-Nie jest na to gotowa? -Liv założyła nogę na nogę, równocześnie podpierając brodę na dłoni, skupiając się na słowach chłopaka.

-Nie chcę tego dla niej. Zasługuje na coś lepszego…

-Dlaczego decydujesz za nią? -wpadła mu w słowa blondynka -Może jest na to wszystko gotowa. Miłość wymaga poświęceń -Liv przechyliła głowę na bok.

-Myślisz, że łatwo mi patrzeć jak spędza czas z Robertem.

-Czyli mówimy o Jude -Olivia ożywiła się na te słowa, podekscytowana podskoczyła na stołku złączając dłonie razem z pojedynczym klaśnięciem.

-Ona nie może się o tym dowiedzieć -Jake zaprotestował łapiąc ją za ręce, a także wymuszając na niej spojrzenie.

-Nie może dowiedzieć się o tym, że ją kochasz czy o tym, że podjąłeś za nią decyzję odnośnie jej przyszłości? -na jej czole pojawiły się bruzdy.

-Gdy tak o tym mówisz, czuję się tak jakbym to ja był tym złym.

-Mogę już nic nie mówić, ale gwarantuję ci, że twoje postępowanie będzie nadal tak samo niemądre jak wcześniej…

-Nazwałaś mnie niemądrym?

-Nie chciałam nazywać wnuka głupim. Posiadasz przecież moje geny -Liv zaśmiała się, Jake natomiast spojrzał na nią zdziwiony.

-Skąd wiesz, że jestem twoim wnukiem?

-Nie miałam pewności, aż do teraz -przygryzła dolną wargę -Ja i Roger, jesteśmy parą. Byłam ciekawa czy pisana jest nam wspólna przyszłość.

-Sprytnie -chłopak z uznaniem pokiwał głową -Jak on z tobą wytrzymuje?

-Kocha mnie -dziewczyna z bananem na twarzy wzruszyła ramionami -Jeżeli kochasz Jude to walcz o nią. Walcz o swoją przyszłość z nią. Tak jak ja walczę o swoją z Roger’em. Wiesz jakie piekło przechodzę z jego rodzicami. Myślisz, że łatwo przebywać w towarzystwie Violet, tej suki, którą wybrali dla niego jako jego przyszłą żonę? Wszystkie te koszmarne obiady, docinki jego matki. Ale wiem, że mam w nim wsparcie. Jest moim bohaterem za każdym razem jak staje w mojej obronie wobec swoich rodziców.

-To co mówisz brzmi pięknie. Ale jego rodzice tylko ciebie nie lubią, mój ojciec jest nieobliczalny i ma już na rękach krew.

-Pozwól jej decydować o sobie -Liv położyła swoją dłoń na jego ramieniu -Tłumaczenie, że robisz to dla jej dobra nie jest żadnym tłumaczeniem -westchnęła kiwając na boki głową.

***

Jude nim położyła się spać zasłoniła kocem okno w pokoju, licząc, że tym razem nie obudzą jej promienie słońca i otrzyma minutę snu więcej. We śnie widziała małą karteczkę. Podobną do tej, którą wyczarowała dla siebie i Roberta, gdy grali w „Zgadnij kto”, jednak bez paska kleju po drugiej stronie. Nie była to jednak taka zwykła karteczka, coś się na niej znajdowało. Nie wiedziała czy to jakiś symbol, a może litera. Cokolwiek to było rozmyło się w jedna wielką niewyraźną plamę, gdy dziewczynę obudziło pukanie do drzwi.

-Proszę -odparła odgarniając włosy z czoła.

Do pokoju weszła Liv, w jednej ręce trzymała czarny kask, a w drugiej brązowe spodnie i białą bluzkę zapinaną na pod szyję na wiele malutkich guzików. Sama była ubrana w strój typowy do jazdy konnej. Czarne bryczesy, czarna koszulka, oficerki i niczym wisienka na torcie czerwona marynarka. Włosy miała starannie spięte w kitka, a uśmiech ani na chwile nie znikał z jej twarzy.

-Wybieramy się na przejażdżkę konno -blondynka odparła pełnym entuzjazmu głosem.

-Czy nie mówiłam ci przypadkiem, że boję się koni -Jude zmrużyła oczy.

-Ktoś musi was dzieci nauczyć, że powstrzymuje was tylko strach przed porażką…

-Słucham? -wypaliła czarodziejka nie wierząc w to, co właśnie usłyszała.

-Czego się boisz? -Liv położyła ubrania na łóżku, zaraz potem ściągnęła koc z okna.

-Że spadnę z konia i się połamię? -Jude demonstracyjnie rozłożyła dłonie.

-A co z przyjemnością wiążącą się z samej jazdy na koniu? Uczuciu wolności, gdy siedzisz w siodle i brniesz przez las nieskalany ludzką obecnością.

-Ale czy ta chwila jak ją nazwałaś „wolności” -dziewczyna palcami wykonała w powietrzu cudzysłów -Warta jest ryzyka utraty życia?

-A czy miłość nie jest warta ryzyka?

-Słucham? -Jude po raz kolejny zamurowało, stała z otwartymi ustami przyglądając się Liv, w tym momencie nie było ją stać na żadne słowa.

-Miłość. Wolność. To jedno i to samo -Olivia radośnie klasnęła w dłonie.

-Miłość nie wyrzuci mnie z siodła i nie sprawi, że wyląduje w szpitalu z połamanymi kończynami.

-Jesteś tego pewna? -spojrzenia dziewczyn się spotkały, żadna nie zamierzała odpuścić.

-Cokolwiek brałaś, nie bierz tego więcej! Nie wsiądę na konia. Koniec dyskusji! -czarodziejka nałożyła na swoją piżamę biały ciepły sweterek -Idę zjeść śniadanie -w pośpiechu nałożyła na nogi ciepłe kapcie za kostkę, wyszła z pokoju i skierowała się do kuchni. Nie była w nastroju do żartów, ponownie jej sen urwał się zbyt szybko przez co jej powrót do domu po raz kolejny został odwleczony w czasie.

-Cześć -w pomieszczeniu przy stole z kubkiem kawy w ręku siedział Roger.

-Twoja dziewczyna od samego rana próbuje mnie zabić -brunetka przebrnęła przez pomieszczenia zatrzymując się przy lodówce, z której wyciągnęła mleko.

-Co takiego? -chłopak gwałtownie obrócił się w stronę czarodziejki.

-Bredzi coś o wolności, miłości i próbuje posadzić mnie na koniu.

-Nie rozumiem co to ma wspólnego z próbą zabicia cię? -spojrzał na nią niczym na wariatkę, tymczasem Jude skończyła wsypywać do miseczki płatki owsiane.

-Konie to niebezpieczne zwierzęta! Są duże i wyrzucają ludzi z siodła od tak, bo mają taki kaprys. Kto tak robi?

-Konie z psychopatycznymi zapędami? -słowa Rogera zabrzmiały dość poważnie, jego mina również taka była.

-Zabawny jesteś -odparła, gdy ostatecznie czarodziej nie wytrzymał i wybuchł śmiechem.

-Liv lubi pomagać ludziom. Na przykład pokonywać ich lęki… -mówiąc się starał ważyć słowa, czując na sobie mordercze spojrzenie brunetki.

-Nie potrzebuje pomocy w pozbyciu się lęku przed końmi. W zupełności wystarczy, że będę omijać je szerokim łukiem -w momencie, gdy Jude wypowiadała te słowa jej uwagę po raz kolejny przykuła gazeta na szafce przy zlewie. Tym razem wzięła ją do ręki, po czym zaczęła przewracać strony. Jedną za drugą w poszukiwaniu, tego co zapisał czy narysował w niej Jake. Nie wiedziała dlaczego, ale coś kazało jej to sprawdzić. Przeczucie, które nie dawało jej spokoju za każdym razem, gdy w zasięgu jej wzroku znajdowało się to czasopismo. W końcu natrafiła na właściwą stronę, w wolnym od tekstu miejscu, między czarno-białymi zdjęciami, znajdował się rysunek. Mały kompas wskazujący na północny-wschód. Nagle obraz z jej snu, mała karteczka i to, co się na niej znajdowało stało się niezwykle wyraźne.

-To jest to! -krzyknęła uradowana dziewczyna -Widziałeś Jake’a? -Roger pokiwał przecząco głową, zaraz potem Jude wybiegał z kuchni, skierowała swoje kroki prosto do pokoju blondyna.

*Znalazłam w internecie, że Supermen po raz pierwszy pojawił się w magazynie „Action Comics vol. 1#1” w czerwcu 1938 :P

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 18

Cześć,
notka byłaby szybciej, gdyby nie strajk ze strony internetu. To niestety się nazywa złośliwość rzeczy martwych… Na szczęście wrócił nim minął piątek ;)
Uwaga, nakręciłam i namieszałam (sorry :D) Mam nadzieję, że się połapiecie w stworzonej przez mój chory umysł historii :P

PORWANA, część 18

Młody McGhart bez słowa skierował się w stronę rynku, Robert spojrzał na Jude, dziewczyna wzruszyła ramionami, a zaraz potem udała się w ślad za blondynem.

-Jake -krzyknęła będąc wciąż kilka korków za nim, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę, bezskutecznie. „Kiedyś nie wytrzymam i naprawdę go zabije” -dodała w myślach.

Chwilę później zaleźli się na deptaku, wokół kręciło się mnóstwo ludzi. Obok nich przebiegła grupka roześmianych dzieci bawiąca się w berka. Blondyn zwrócił uwagę na elegancko ubraną kobietę w koku, który przykucnęła przy małej blondyneczce. Uśmiechnęła się do niej, pogłaskała po głowie, a następnie sięgnęła po torebkę. Wyjęła z niej kolorowego lizaka. Dziewczyna otarła łzy spływające jej po policzkach, wzięła do jednej ręki słodycz, a drugą podała mamie.

-Jake -raz jeszcze zwróciła się do niego czarodziejka, liczą tym razem na jakiś dialog z jego strony -Co się dzieje?

-Co widzisz? -Jude zmarszczyła czoło nie rozumiejąc jego pytania, przyjrzała się jego skupionej twarzy wędrującej od jednego końca rynku do drugiego.

-Chyba powinieneś zapytać czego nie widzi -usłyszała głos bruneta, odwróciła się w jego stronę, on także przeczesywał okolicę wzrokiem.

-Skąd mam wiedzieć. Nigdy tu nie byłam! -odparła podirytowana.

-Zabrał nas stąd Klaus… -zaczął Jake.

-Wpadłem tutaj na ciebie -kontynuował koszykarz.

-Fontanna. Nie ma jej -dodała przypominając sobie ten słoneczny dzień, gdy co jakiś czas kropelki wody niesione przez wiatr lądowały na jej twarzy. -Co się z nią stało? -dopytywała na przemian spoglądając to na blondyna to na bruneta.

Tuż obok nich przeszedł mężczyzna w okrągłych okularach, pod pachą trzymał gazetę, a w dłoni papierosa, z końca którego unosił się szary dymek.

-Dzisiejsza? -nieznajomy skinął twierdząco głową -Mogę pożyczyć? -zapytał Jake.

-Już ją przejrzałem, możesz zatrzymać -podał mu przedmiot, zaraz potem poprawił oprawki na nosie i udał się tylko w sobie znanym kierunku. Młody McGhart spojrzał na nagłówek, jego uwagę od razu przykuła data.

-Powiesz mi co się dzieje?

-Powinnaś zapytać kiedy -odparł blondyn podając jej gazetę.

-23 wrzesień 1938 -przeczytał ponad jej ramieniem koszykarz.

-To jakiś żart. Podróże w czasie są przecież niemożliwe… -zmarszczyła czoło szybko przypominając sobie, że jeszcze nie tak dawno temu nie wierzyła w istnienie magii -Są możliwe? -w jej głosie zabrzmiała niepewność.

-Jak inaczej wytłumaczysz brak fontanny, wszystkie te zmiany w urbanistyce miasta. Jeszcze kilka godzin temu tam -wskazał na budynek znajdujący się na wprost nich -znajdował się punkt jednej ze znanych sieci telefonii komórkowej zamiast sklepu obuwniczego. A obok niego stała budka z lodami, której teraz brak. Mogę tak wymieniać dalej -spojrzał na Jude -Poza tym przyjrzyj się samym ludziom, ich ubraniom. Zauważyłaś kogoś w kolorowej koszulce lub podartych dżinsach?

Dziewczyna zwróciła uwagę na kobiety ubrane w proste sukienki w połowę łydki, mężczyzn w materiałowych spodniach prasowanych w kant i koszulach. Dzieci i młodzież bez słuchawek w uszach, dorośli bez telefonów w rękach. Żadnych reklam kredytów w bankach, wszelkiego rodzaju suplementów diety czy superszybkiego internetu.

-Musimy znaleźć Kalusa…

-Nie wydaje mi się, aby Jack zapewnił nam jego pomoc -przerwał jej blondyn.

-Czyli przeniósł w czasie tylko naszą trójkę? Dlaczego?

-Odpowiednie pytanie zadane nieodpowiedniej osobie -Jake wzruszył ramionami, jednocześnie spoglądając na nią swoimi niebieskimi oczyma, z których jak zwykle nie potrafiła kompletnie nic wyczytać. Młody McGhart był dla niej zagadką, której nie potrafiła rozwiązać. Nigdy nie wiedziała czego może się po nim spodziewać, co było chyba po części powodem tego, że tak bardzo ją do niego ciągnęło.

-To jak wrócimy do domu? -do rozmowy włączył się dotąd milczący koszykarz -Poza tym chciałbym zauważyć, że zaczynamy wzbudzać sensację -skinął głową w stronę chłopca, który mówił coś do starszego mężczyzny pod krawatem i z kapeluszem na głowie, prawdopodobnie swojego ojca, wskazując ich trójkę palcem -Raczej niecodziennie mają okazję widzieć takich dziwaków -Jude zrozumiała, że jej bluzka z imitującymi skórę wstawkami i dość sporym dekoltem, a także granatowa pikowana przejściówka i wysokie ponad kostkę sznurowane brązowe obuwie zdecydowanie wyróżnia się na tle kobiet ubranych w gustowne marynarki dopasowane w pasie oraz buty na słupku z okrągłym czubkiem. To samo dotyczyło się jej towarzyszy w sportowych bluzach z kapturem zamiast eleganckiego wierzchniego nakrycia.

-Skoro nie możemy liczyć na pomoc Klausa, chyba będziemy musieli poprosić o nią jego przodka -Jude wskazała na kremowy dom, z którego przed chwilą zostali wyproszeni.

-Pomysł dobry. Jednak mężczyzna, którego miesiliśmy okazję poznać bez wątpienia nie jest w żaden sposób z nim spokrewniony. Klaus przybył tutaj jakieś 30 lat temu z Europy, chyba z Anglii. Więc jeżeli chcemy szukać jego przodków to właśnie tam.

-To może znajdziemy moich krewnych? -dodała z nadzieją Jude.

-Twój pradziadek nie posiadał magicznych zdolności, a twój dziadek ma teraz pewnie jakieś 10 lat i myśli, że czarodzieje istnieją tylko w bajkach -te słowa blondyna były dla dziewczyny jak kubeł zimnej wody. Mimo, iż starała się zachować spokój miała wrażenie jak każdą część jej ciała powoli paraliżuje strach, a umysł opanowuje przerażenie.

-A co z twoimi przodkami? -koszykarz zwrócił się do Jake’a, czując na sobie uważne spojrzenia ludzi, chcąc jak najszybciej znaleźć się w bardziej ustronnym miejscu.

-Robert ma rację -podchwyciła z entuzjazmem czarodziejka -Pamiętam jak twój ojciec mówił, że w twojej rodzinie magia była od pokoleń. Tak samo jak dom, który został wybudowany, o ile dobrze pamiętam, w XVIII wieku.

-Nie sądzę, aby to był dobry pomysł -zaprotestował dość szybko młody McGhart.

-Dlaczego?

-Nie masz problemu z powrotem do miejsca, w którym byłaś przetrzymywana wbrew swojej woli przez łaknącego władzy nad światem czarodzieja?

-A mam inny wybór? -oboje mierzyli się przed dłuższą chwilę spojrzeniami -Nie możemy siedzieć z założonymi rękom, licząc, że może zdarzy się cud i wrócimy do naszych czasów. A co jeżeli nie wrócimy? Będziemy żyć tu i teraz, umrzemy zanim się narodzimy. A to i tak lepsza wersja. Mamy rok 1938, pamiętasz co wydarzyło się w 1939? -Jude czuła, że to wszystko powoli ją przerasta, miała dość wszystkich tych sztuczek czarnoksiężnika. Emocje już zaczynały przejmować kontrolę nad rozsądkiem. Łzy cisnęły się jej do oczy, wiedziała jednak, że płacz w niczym nie pomoże. Nie rozwiąże żadnego z jej problemów.

-Spokojnie, Jude. Oddychaj -zabrzmiał przepełniony troską głos blondyna, na jego twarzy zagościł delikatny uśmiech, który miał na celu dodać jej otuchy -Za bardzo się zapędzasz, coś wymyślimy.

-Tylko co? Ja znam zaledwie kilka prostych zaklęć. Jak poradzimy sobie bez księgi magii, bez pomocy jakiegoś doświadczonego czarodzieja?

-W porządku, zrobimy jak chcesz -chłopak miał nadzieję, że to będzie wyjątkowy dzień, podczas którego odpocznie od czarów, od całego tego cyrku związanego z Jack’em. Jednak jak zwykle został wciągnięty przez ojca w samo centrum wydarzeń.

***

Rytmiczny stukot kół pociągu działał na Jude usypiająco, siedziała przy oknie z głową opartą na ręce, obserwując krajobrazy za oknem. Obok niej znajdował się Robert, bawił się etykietą od butelki wody. Odklejając ją, a zaraz potem ponownie przyklejając. Natomiast naprzeciwko czarodziejki siedział Jake, miał zamknięte oczy jednak brunetka była pewna, że nie śpi. Denerwowało ją, że był taki milczący.

-Można? -wszechobecną ciszę przerwała niespodziewanie pojawiająca się w przedziale dziewczyna z walizką w jednej dłoni oraz białą tubą pod pachą, taką samą z jaką widziała kiedyś Jake’a. Nieznajoma miała blond włosy sięgające nieco za ramiona, rozkloszowaną kremową sukienkę za kolano, białą bluzkę z kołnierzykiem i sweterek.

-Jasne -odparła Jude wzruszając obojętnie ramionami. Złapała się na tym, że przejęła ten gest od blondyna, ponieważ sama nigdy wcześniej tak nie robiła.

-Jestem Liv -odparła dziewczyna próbując umieścić bagaż na półce ponad siedzeniami.

-Ja jestem Robert -koszykarz jak na dżentelmena przystało znalazł się tuż koło niej, aby pomóc jej z walizką -A to Jude i Jake -dodał koleżeńsko się uśmiechając.

-Dziękuję -nieśmiało założyła kosmyk włosów za ucho.

Na czole młodego McGharta pojawiły się bruzdy. Przyglądał się dziewczynie poprzez przymrużone oczy. Chłopak bez najmniejszych wątpliwości kojarzył skądś blondynkę, nie potrafił jednak stwierdzić gdzie wcześniej już widział jej twarz.

-Nie wyglądacie jakbyście byli stąd -Liv zwróciła szczególną uwagę na porwane na kolanach czarne dżinsy brunetki, kładąc w zasięgu swoich rąk białą tubę.

-Bo nie jesteśmy -odparła siląc się na uprzejmość czarodziejka -Przyjechaliśmy tutaj, aby odwiedzić dalekich krewnych.

-Artystka? -zabrał głos Jake, pochylając się delikatnie w jej stronę.

-Studiuję na wydziale sztuk pięknych -spojrzała w stronę swoich prac zwiniętych w rulony i umieszczonych w plastikowym stworzonym specjalnie do takich celów pojemniku.

-Mógłbym zobaczyć?

-Nie obraź się, ale wolałabym nie -przechyliła głowę, przygryzając dolną wargę -Nie jestem z nich zadowolona, mogły być lepsze. Zabrakło mi czasu na ich dopracowanie. To prace zaliczeniowe, a dzisiaj mija ostateczny termin ich składania.

-Na pewno są dobre.

-Skąd ta pewność? -posłała mu rozbawione spojrzenie -Interesujesz się sztuką?

Jude przyglądała się tej rozmowie z boku, nie rozumiejąc jak dziewczynie udało się tak łatwo nawiązać kontakt z blondynem. Rozmawiali tak swobodnie. Szybko zdała sobie sprawę, że chodzi o pasję. Łączyło ich zamiłowanie do sztuki. W tym momencie żałowała, że matka natura nie obdarzyła jej kompletnie żadnymi zdolnościami artystycznymi.

Miała ochotę powiedzieć chłopakowi, że raczej nie powinien podrywać dziewczyny starszej od siebie prawie o stulecie. Złapała się na tym, że jest zazdrosna. Szybko odsunęła od siebie wszystkie głupie myśli, równocześnie dyskretnie kręcąc głową na boki.

-Trochę -na ziemię sprowadził ją głos chłopaka -To nasz przystanek -Jake zwrócił się do pozostałej dwójki -Miło się rozmawiało -raz jeszcze posłał Liv promienny uśmiech.

***

Czarodziejka wychodząc z pociągu odwróciła się za siebie, chcąc upewnić się, że jej towarzysze podążają za nią. A także pragnąc jak najszybciej zapytać blondyna skąd u niego zainteresowanie tą dziewczyną, gdy straciła równowagę i runęła na ziemię.

-Jude -zobaczyła obok siebie Roberta, wyciągnął w jej stronę rękę, chcąc pomóc jej wstać.

Brunetka ujęła jego dłoń. Gdy spróbowała stanąć na nogach poczuła przeszywający ból, a na jej twarzy pojawił się grymas.

-Co się dzieje? -dopytywał koszykarz kucając naprzeciwko niej.

-Noga mnie boli -odparła dotykając delikatnie dłonią kostki.

-Pozwolisz, że zobaczę -nie czekając na odpowiedź zabrał się za rozsznurowywanie jej buta, który następnie bardzo ostrożnie zdjął jej z nogi -Myślę, że skręciłaś kostkę i raczej nie nałożysz buta z powrotem, szybko puchnie.

-Wszystko w porządku? -w zasięgu wzroku dziewczyny pojawił się Jake, na jego twarzy malowało się zdziwienie, zdecydowanie musiał przegapić moment jej upadku.

-Nie możesz się uleczyć? -padło z ust Roberta.

-Niestety Klaus nie zdążył mnie tego nauczyć.

-Daleko do Twojego domu? -do blondyna wciąż jakby nie docierało co się dzieje, jakby myślami był zupełnie gdzieś indziej.

-Jakieś 10, góra 15 minut.

-Chodź -zwrócił się do dziewczyny, brunet założył sobie jej rękę na szyję, a następnie wziął ją na ręce -Mam nadzieje, że twój pradziadek należy do drużyny dobro, a nie jak Jack zasila szeregi zła i uleczy nogę Jude, a także pomoże nam wrócić do domu -młody McGhart skinął kilka razy głową, starając się przekonać nie tylko Roberta, ale także siebie, że nie mogą mieć ciągle pod górkę i w końcu coś musi ułożyć się po ich myśli. Dziewczyna natomiast objęła rękoma szyję koszykarza ciesząc się, że ma w nim wsparcie i nie musi utykając na jedną nogę iść tak daleko. Żałowała jedynie, że nie znajduje się w ramionach blondyna.

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 17

Cześć,

przepraszam za swoją długą nieobecność, ale wróciłam i nadrabiam zaległości ;)

PORWANA, część 17

Czarodziejka radośnie podśpiewując „Hey Jude” zaraz po wstaniu z łóżka udała się do kuchni. Kolejny raz od bardzo dawna dopisywał jej dobry humor. Piosenkę znała wcześniej, miała ją nawet w swojej playliście, jednak od momentu, gdy zanucił ją Robert, nie mogła się jej pozbyć z głowy. Przy stole w kuchni siedział Jake, chłopak na chwile oderwał się od przeglądania porannej prasy i przywitał ją krótki cześć. Czarodziejka spojrzała na zegarek, było kilka minut po ósmej.

-Klaus jeszcze śpi? -zapytała podchodząc do lodówki, potem wyjmując z niej mleko. Zdziwił ją brak obecności zarówno mężczyzny, jak i Julii.

-Pojechał do pracy -blondyn złożył gazetę w pół, a następnie odsunął ją od siebie.

-Do pracy? Myślałam, że czarodzieje nie pracują -mówiąc to położyła na stole płatki śniadaniowe i ruszyła na poszukiwanie miski i łyżeczki.

-Nie muszą. Ale coś trzeba robić -młody McGhart wzruszył ramionami dopijając resztę kawy z kubka z zabawnym napisem: „Po herbatce wynieś śmieci”.

-A czym zajmuje się Klaus?

-Jest nauczycielem -chłopak wstał, umieścił kubek w zlewie.

-Nauczycielem?

-Tak, uczy historii.

-Nie spodziewałabym się po nim takiego hobby -odparła widząc jak blondyn zmierza w kierunku drzwi -Jake -dodała nieśmiało, sama nie wiedząc dlaczego. Chłopak odwrócił się w jej stronę -Nie ważne -nie chciała, aby zostawiał ją samą. Przez ostatnie dwa dni dzięki Klausowi i Julii krzątającym się po kuchni czuła się bliżej domu. Przywykła do dużej liczby osób przewijających się przez jej rodzinne domostwo. Wszystko dlatego, że jej mama jest niezwykle otwartą i towarzyską kobietą. Przyciąga do siebie ludzi. Nie raz bywało, że niespodziewanie pojawiali się wujowie i ciotki Jude z jej kuzynostwem w środku tygodnia. Nikt nie przejmował się, że następnego dnia trzeba iść do pracy czy szkoły i siedzieli do późnych godzin nocnych debatując i śmiejąc się. Po prostu spędzając wspólnie czas. W domu Jack’a czuła się samotna, będąc tutaj, nawet tak krótko, przypomniała sobie jak to jest być szczęśliwym mając wokół siebie ludzi i cały ten cudowny chaos z nimi związany. Obawiała się znowu to stracić. Jednak jeszcze bardziej nie chciała się narzucać. Jude sięgnęła po płatki, które następnie wsypała do miski przyglądając się jak blondyn robi kolejny krok w stronę drzwi, gdy niespodziewanie zatrzymał się.

-Wybieram się na spacer w poszukiwaniu spokojnego miejsca, w którym mógłbym porysować. Może masz ochotę mi towarzyszyć?

-Chętnie -na jej twarzy na powrót zagościł uśmiech, cieszyła się jak dziecko.

***

Słońce przedzierało się przez kołyszące się na wietrze korony drzew, ogrywając teatrzyk cieni i światła na jeszcze zielonej trawie. Z oddali dało się słyszeć jedynie dźwięk fali uderzających rytmicznie o brzeg, a także śpiew wybudzonych ze snu ptaków. Pośród tych zapierających dech zjawisk przyrody siedział Jake oparty o pień starego dębu. Napawał się chwilą spokoju, wdychając do płuc świeże poranne powietrze naznaczone zapachem lasu, jednocześnie starając się uwiecznić na papierze wszystko to, co tylko miał w zasięgu wzroku. Chłopak po raz pierwszy od dwóch lat czuł się naprawdę wolny, nieograniczony przez czas i miejsce. Zupełnie jakby odkrywał świat na nowo. Całe piękno, które w sobie kryje. Wszystkie jego obawy zniknęły, a w ich miejsce pojawiła się nadzieja.

-Ładne -usłyszał głos dziewczyny, która szczelniej okryła się kurtką.

-Jak ci idzie? -zapytał przyglądając się białej kartce w jej dłoniach.

-Dobrze -odparła składając swój rysunek na pół.

-Pokaż -wyciągnął w jej stronę rękę.

-Nie ma mowy! -rzuciła oburzona -Będziesz się śmiał.

-Skądże -czekał, aż ona poda mu swoją pracę, dziewczyna pokiwała głową na boki -Proszę -blondyn nie dawał za wygraną.

-No dobra! Ale oglądasz to na własne życzenie, nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za ewentualne uszczerbki na twojej psychice! -podała mu kartkę, Jake rozłożył ją, a jego oczom ukazał się okrąg z uśmiechniętą buźką i oczyma, wokół którego znajdowało się kilka kresek, na przemian cały i przerywanych.

-Bardzo ładne słoneczko -odparł z bananem na twarzy.

-Nabijasz się ze mnie!

-Nie, naprawdę mi się podoba -dodał nie mogąc dłużej powstrzymać śmiechu, głównie ze względu oburzenia malującego się na twarzy dziewczyny i jej złożonym na piersiach dłonią sugerującym, że jest na niego bardzo zła.

-To twoja wina.

-Co jest moją winą? To, że malujesz jak sześciolatka?

-Ej! -uderzyła go w ramię -Przyglądałam się jak malujesz, nie mogłam się powstrzymać -zmarszczyła czoło robiąc przy tym dość dziwną minę -Zabrzmiało jakbym była szalona, a nie jestem -zmrużyła oczy -Dokładnie to powiedziałby ktoś kto jest szalony -westchnęła ciężko -Po prostu zamilknę nim powiem jeszcze coś głupiego -”BRAWO!” rzuciła do siebie w myślach. „Jak zwykle robisz z siebie idiotkę w towarzystwie chłopaka, który ci się podoba”.

-Spójrz -blondyn wskazał na drzewa nieopodal nich, po których zmiennie przeskakiwała mała ruda wiewiórka, a następnie sięgnął do kieszeni kurtki. Pamiętał, że przed wyjściem włożył do niej kilka kawałków czekolady z orzechami. Wyciągnął rękę z łakociami w stronę rudzielca, stworzenie początkowo stawiało niepewne kroki, ostrożnie zbliżając się do blondyna. Im bliżej chłopaka się była tym czuła się pewniej, a gdy znalazła się dostatecznie blisko zwinęła orzeszka, uciekła na bezpieczną odległość i zabrała się za jego pałaszowanie. Zwabione zapachem, a może zawołane przez pierwszą wiewiórkę, pojawiły się jeszcze dwa rudzielce. Blondyn podał kilka kawałów czekolady Jude, dziewczyna biorąc przykład z Jake’a wydłubała orzechy i wystawiła rękę w stronę stworzonek. Wiewiórki powtarzały kolejno trzy czynności: ostrożne podejście, zabranie łakoci i ucieczkę ze zdobyczą. Działo się tak do momentu, aż zabrakło jedzenia dla nich. Czarodziejka promiennie uśmiechnęła się w stronę młodego McGharta, jednocześnie otrzepując dłonie z okruszków. Przypomniała sobie te wszystkie miłe chwile jakie spędziła razem z nim będąc zamknięta w domu Jack’a. Wspólnego oglądanie filmów, to jak pokazał jej zorzę na tle granatowego deszczowego nieba. Wciąż nie rozumiała dlaczego są momenty, gdy jest dla niej jak najlepszy przyjaciel, a zaraz potem wręcz nie chce jej znać.

-Ja także zgłodniałem -odparł Jake wstając najciszej jak potrafi, nie chcąc spłoszyć rudych mieszkańców lasu. To sama zrobiła Jude ponownie otulając się kurtką. Mieli właśnie udać się do domu, gdy naprzeciwko nich pojawił mężczyzna.

-Jack -wydobyło się z ust blondyna, dziewczyna podskoczyła przestraszona nie na żarty, ledwo powstrzymując się od krzyku.

-Chciałem pogratulować wam ucieczki, a także dać wam impuls do podążania właściwą ścieżką -czarodziej skierował się w stronę Jude, Jake postępując zgodnie z intuicją zagrodził drogę ojcu, stając między nim a brunetką.

-Zostaw nas w spokoju! -odparł dość ostrym tonem.

-Jake -wymawiając jego imię pstryknął palcami, a chwilę później cała ich trójka znalazła się w jego pałacu, w pokoju należącym niegdyś do jego ukochanej córki -Ty i Cadence, byliście bardzo blisko. Bliżej niż jakiekolwiek typowe rodzeństwo -dodał sięgając po ramkę z zdjęciem dzieci. Rodzeństwo stało w tłumie ludzi, oboje uśmiechnięci.

-Nie zamierzam z tobą rozmawiać -zwrócił się najpierw do czarodzieja, a następnie do dziewczyny -Jude wychodzimy.

-Wpierw mnie wysłuchasz -odłożył fotografię z powrotem na swojej miejsce.

Pokój sprawiał wrażenie jakby jego właścicielka miała się lada moment znów w nim pojawić. Wysunięta pierwsza szuflada komody, a z niej zwieszone ubrania Cadence. Na małym stoliku naprzeciwko wielkiej szafy ubraniowej stało lusterko, a wokół niego leżały różne kosmetyki, a także ulubiony niebieski kubek czarodziejki z kotką Marie z bajki Aryskotraci. Na łóżku koło poduszki leżał jasno brązowy miś z żółtą kokardą, którego dostała od niego na urodziny. Wszystko to przywoływało wspomnienia.

-Czego od nas chcesz? -rzuciła dziewczyna, gdyż blondyn nie był chwilowo wypowiedzieć ani jednego słowa.

-Przede wszystkim przypomnieć Jake’owi jak bardzo kochał siostrę i jak bardzo ona kochała jego. Spędzaliście razem dużo czasu, mieliście wspólnych znajomych…

-Nie zamierzam tego słuchać -podszedł do wyjścia, nacisnął na klamkę, drzwi były zamknięte. Blondyn był uwięziony w pokoju siostry razem z ojcem, którego nienawidził.

-Nie tęsknisz za nią?

Jude widziała na twarzy Jake tą samą złość co dzień wcześniej w momencie, gdy oglądał zdjęcia, które przyniósł Robert wraz z listem od Nicki. Jego mięśnie pracowały, zaciskały i rozluźniały szczękę. Nic jednak nie mówił.

-Nie chciałbyś, aby wróciła? -kontynuował jego ojciec -Wspólne imprezy, wymykanie się z domu. Koncerty. Narkotyki. Przecież to lubiłeś.

-Dobrze wiesz, że to niemożliwe -chłopak mówił spokojnie, jednak Jude wiedziała, że jest wściekły. Zaciskał pięści tak mocno, aż zbielały mu kłykcie.

-Mylisz się…

-Nie pomogę ci jej wskrzesić. Nie zmienię zdania.

-Zawsze zastanawiałem się, które jako pierwsze sięgnęło po narkotyki. To ty namówiłeś siostrę czy ona ciebie. Pierwszy tatuaż? Ona czy ty? -czarodziejka zastanawiała się do czego zmierza Jack, co to wszystko ma na celu -Odtrąciłeś ją, gdy poznałeś Nicki…

-Nieprawda.

-Dobra uczelnia. Randki z dziewczyną. Planowanie przyszłości. Zmieniłeś się. Chciałeś też zmienić ją. Czy tak się postępuje wobec osoby, którą się kocha?

-Nicki pokazała mi świat od innej strony. Od tej, której nigdy go nie znałem. Chciałem, aby Cadence także zobaczyła, że można żyć inaczej. Nigdy jednak jej do niczego nie zmuszałem.

-Jesteś pewien? Bo mi wydaje się, że tak bardzo bała się ciebie stracić, że była gotowa ślepo podążać za tobą.

-To ty bałeś się, że spodoba się jej normalne życie.

-Nie czujesz się odpowiedzialny za to, co się stało? -czarodziej szybko i zręcznie zmienił temat. Jude już wiedziała, że całe to przedstawienie ma wywołać u blondyna wyrzuty sumienia. Sprawić, aby ugiął się pod naciskiem ojca i pomógł mu w realizacji jego planów.

-Dobrze wiesz, że tak. Po co pytasz?

-Nie chciałbyś mieć jej przy sobie? -nie czekał jednak na odpowiedź syna -Jude, czy gdybyś miała możliwość przywrócić do życia osobę, którą kochasz nie skorzystałabyś z tej możliwości?

-Nie -odparła stanowczo -Nie zdajesz sobie sprawy, że Cadence nie byłaby sobą. Córką, którą znałeś i kochałeś. Tylko jakimś bezdusznym potworem. Czy historia Wilhelma i Zacharego niczego ciebie nie nauczyła?

-A co jeżeli odkryłem, gdzie Wilhelm popełnił błąd sprowadzając Eustachego z zaświatów i istnieje możliwość przywrócenia do życia osoby dokładnie takiej jaką była. Nie zaryzykowałabyś?

***

Zdezorientowani młodzi obejrzeli się wokół siebie, jeszcze sekundę temu znajdowali się w pałacu Jack’a, rozmawiali z nim, a teraz nie mieli najmniejszych wątpliwości, że są w korytarzu w domu Klausa. Dziewczyna przetarła dłonią twarz, jednocześnie oddychając z ulgą. Obawiała się, że skoro czarnoksiężnik ich odnalazł i porwał to przyjdzie im ponownie przeżywać koszmar bycia jego więźniami. Spojrzała na blondyna, który podobnie jak ona stał bezruchu, pogrążony w myślach. Stwierdziła, że dałaby naprawdę wiele, aby poznać choć jedną z nich.

-Jake -chłopak odwrócił się w jej stronę -Zdaję sobie sprawę, że przywrócenie Cadence do życia jest kuszące. Jednak… -blondyn ujął jej twarz w dłonie, a następnie ją pocałował. Dziewczyna początkowo była w szoku, ręce trzymała wzdłuż ciała. Trwało to jednak tylko chwilę, smak jego ust, ich miękkość. Nie mogła pozwolić, aby to się skończyło. Wplotła swoje palce w jego blond włosy, przylgnęła do niego całym swoim ciałem. Spojrzała w jego niebieskie oczy, czuła jak w nich tonie. Od dawna myślała o nim jako o kimś więcej niż synu Jack’a, swojego największego wroga czy tylko koledze, przyjacielu. Tyle razy próbowała się do niego zbliżyć, za każdym razem jednak spotykała się z odrzuceniem. Nigdy nie sądziła, że ta chwila może mieć miejsce. Jego dłonie znalazły się na jej pośladkach, ona oplotła się nogami wokół jego tali. Czuła jego oddech na szyi. Zadrżała. Pocałował ją tuż za uchem, odrzuciła głowę do tyłu. Pospiesznie zrzuciła z siebie kurtkę. Jake posadził ją na szafce do butów, wcześniej zrzucając z niej jakieś klucze, rękawiczki i inne drobiazgi. Pomogła mu pozbyć się jego okrycia wierzchniego i koszulki. Jej oczom ukazała się jego klatka piersiowa ozdobiona licznymi tatuażami, przejechała palcem po napicie „We could be heroes just for one day” tuż pod linią jego żeber. Ujął jej podbródek w swoją dłoń, zmusił, aby spojrzał mu w oczy. Przysunęła swoje usta do jego ust, delikatnie ugryzła jego dolną wargę.

-Kim jesteście? -w korytarzu pojawił się około 60 letni mężczyzna, w ręku trzymał broń -Co robicie w moim domu? -młodzi wymienili między sobą zdziwione spojrzenia, pospiesznie zbierając swoje ubrania rzucone na podłogę.

-Przepraszamy, my… -próbowała wyjaśnić sytuację Jude, jednak sama nie miała pojęcia co się działo -My… -poczuła dłoń Jake na swojej. Przyjrzała się pomieszczeniu, wyglądało zupełnie inaczej. Duże lustro zastąpiła ciemno drewniana szafa z wieszakiem, kremowe ściany ustąpiły miejsca tapecie w złotozielone pasy. 

-Jude? -z kuchni wyszedł Robert, unoszące ręce ku górze na widok uzbrojonego mężczyzny -Co się tutaj dzieje?

-Wynocha z mojego domu! -zabrzmiał wściekły sześćdziesięciolatek.

-Bardzo pana przepraszamy, my… -dziewczyna poczuła jak Jake ciągnie ją w stronę wyjścia, koszykarz również w kierował się w tamtym kierunku.

-Żebym więcej was tutaj nie widział! -krzyknął mężczyzna zamykając za nimi drzwi, Jude i jej dwaj towarzysze oddalili się nieco od budynku. Mogli jednak dostrzec złote cyfry na kremowym tynku.

-Wyjaśnicie mi co się stało? Minąłem się z Klausem w drzwiach, powiedział, że mogę na was poczekać w domu. Zajrzałem do lodówki w poszukiwaniu wody, gdy usłyszałem hałas w korytarzu. A kuchnia… wszystko było inne. Potem dobiegł mnie męski głos, postanowiłem sprawdzić co się dzieje i… Resztę znacie.

-To na pewno sprawka Jack’a -dziewczyna spojrzała na blondyna, który uważnie rozglądał się po okolicy -To przecież dom Klausa, numer przy wejściu jest ten sam. Budynek jest ten sam.

 

/Miłośniczka kryminałów

PS. Postaram się Wam wynagrodzić brak notki w zeszłym tygodniu i w piątek dodać kolejną ;)