Archiwa tagu: teraźniejszość

Porwana, część 18

Cześć,
notka byłaby szybciej, gdyby nie strajk ze strony internetu. To niestety się nazywa złośliwość rzeczy martwych… Na szczęście wrócił nim minął piątek ;)
Uwaga, nakręciłam i namieszałam (sorry :D) Mam nadzieję, że się połapiecie w stworzonej przez mój chory umysł historii :P

PORWANA, część 18

Młody McGhart bez słowa skierował się w stronę rynku, Robert spojrzał na Jude, dziewczyna wzruszyła ramionami, a zaraz potem udała się w ślad za blondynem.

-Jake -krzyknęła będąc wciąż kilka korków za nim, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę, bezskutecznie. „Kiedyś nie wytrzymam i naprawdę go zabije” -dodała w myślach.

Chwilę później zaleźli się na deptaku, wokół kręciło się mnóstwo ludzi. Obok nich przebiegła grupka roześmianych dzieci bawiąca się w berka. Blondyn zwrócił uwagę na elegancko ubraną kobietę w koku, który przykucnęła przy małej blondyneczce. Uśmiechnęła się do niej, pogłaskała po głowie, a następnie sięgnęła po torebkę. Wyjęła z niej kolorowego lizaka. Dziewczyna otarła łzy spływające jej po policzkach, wzięła do jednej ręki słodycz, a drugą podała mamie.

-Jake -raz jeszcze zwróciła się do niego czarodziejka, liczą tym razem na jakiś dialog z jego strony -Co się dzieje?

-Co widzisz? -Jude zmarszczyła czoło nie rozumiejąc jego pytania, przyjrzała się jego skupionej twarzy wędrującej od jednego końca rynku do drugiego.

-Chyba powinieneś zapytać czego nie widzi -usłyszała głos bruneta, odwróciła się w jego stronę, on także przeczesywał okolicę wzrokiem.

-Skąd mam wiedzieć. Nigdy tu nie byłam! -odparła podirytowana.

-Zabrał nas stąd Klaus… -zaczął Jake.

-Wpadłem tutaj na ciebie -kontynuował koszykarz.

-Fontanna. Nie ma jej -dodała przypominając sobie ten słoneczny dzień, gdy co jakiś czas kropelki wody niesione przez wiatr lądowały na jej twarzy. -Co się z nią stało? -dopytywała na przemian spoglądając to na blondyna to na bruneta.

Tuż obok nich przeszedł mężczyzna w okrągłych okularach, pod pachą trzymał gazetę, a w dłoni papierosa, z końca którego unosił się szary dymek.

-Dzisiejsza? -nieznajomy skinął twierdząco głową -Mogę pożyczyć? -zapytał Jake.

-Już ją przejrzałem, możesz zatrzymać -podał mu przedmiot, zaraz potem poprawił oprawki na nosie i udał się tylko w sobie znanym kierunku. Młody McGhart spojrzał na nagłówek, jego uwagę od razu przykuła data.

-Powiesz mi co się dzieje?

-Powinnaś zapytać kiedy -odparł blondyn podając jej gazetę.

-23 wrzesień 1938 -przeczytał ponad jej ramieniem koszykarz.

-To jakiś żart. Podróże w czasie są przecież niemożliwe… -zmarszczyła czoło szybko przypominając sobie, że jeszcze nie tak dawno temu nie wierzyła w istnienie magii -Są możliwe? -w jej głosie zabrzmiała niepewność.

-Jak inaczej wytłumaczysz brak fontanny, wszystkie te zmiany w urbanistyce miasta. Jeszcze kilka godzin temu tam -wskazał na budynek znajdujący się na wprost nich -znajdował się punkt jednej ze znanych sieci telefonii komórkowej zamiast sklepu obuwniczego. A obok niego stała budka z lodami, której teraz brak. Mogę tak wymieniać dalej -spojrzał na Jude -Poza tym przyjrzyj się samym ludziom, ich ubraniom. Zauważyłaś kogoś w kolorowej koszulce lub podartych dżinsach?

Dziewczyna zwróciła uwagę na kobiety ubrane w proste sukienki w połowę łydki, mężczyzn w materiałowych spodniach prasowanych w kant i koszulach. Dzieci i młodzież bez słuchawek w uszach, dorośli bez telefonów w rękach. Żadnych reklam kredytów w bankach, wszelkiego rodzaju suplementów diety czy superszybkiego internetu.

-Musimy znaleźć Kalusa…

-Nie wydaje mi się, aby Jack zapewnił nam jego pomoc -przerwał jej blondyn.

-Czyli przeniósł w czasie tylko naszą trójkę? Dlaczego?

-Odpowiednie pytanie zadane nieodpowiedniej osobie -Jake wzruszył ramionami, jednocześnie spoglądając na nią swoimi niebieskimi oczyma, z których jak zwykle nie potrafiła kompletnie nic wyczytać. Młody McGhart był dla niej zagadką, której nie potrafiła rozwiązać. Nigdy nie wiedziała czego może się po nim spodziewać, co było chyba po części powodem tego, że tak bardzo ją do niego ciągnęło.

-To jak wrócimy do domu? -do rozmowy włączył się dotąd milczący koszykarz -Poza tym chciałbym zauważyć, że zaczynamy wzbudzać sensację -skinął głową w stronę chłopca, który mówił coś do starszego mężczyzny pod krawatem i z kapeluszem na głowie, prawdopodobnie swojego ojca, wskazując ich trójkę palcem -Raczej niecodziennie mają okazję widzieć takich dziwaków -Jude zrozumiała, że jej bluzka z imitującymi skórę wstawkami i dość sporym dekoltem, a także granatowa pikowana przejściówka i wysokie ponad kostkę sznurowane brązowe obuwie zdecydowanie wyróżnia się na tle kobiet ubranych w gustowne marynarki dopasowane w pasie oraz buty na słupku z okrągłym czubkiem. To samo dotyczyło się jej towarzyszy w sportowych bluzach z kapturem zamiast eleganckiego wierzchniego nakrycia.

-Skoro nie możemy liczyć na pomoc Klausa, chyba będziemy musieli poprosić o nią jego przodka -Jude wskazała na kremowy dom, z którego przed chwilą zostali wyproszeni.

-Pomysł dobry. Jednak mężczyzna, którego miesiliśmy okazję poznać bez wątpienia nie jest w żaden sposób z nim spokrewniony. Klaus przybył tutaj jakieś 30 lat temu z Europy, chyba z Anglii. Więc jeżeli chcemy szukać jego przodków to właśnie tam.

-To może znajdziemy moich krewnych? -dodała z nadzieją Jude.

-Twój pradziadek nie posiadał magicznych zdolności, a twój dziadek ma teraz pewnie jakieś 10 lat i myśli, że czarodzieje istnieją tylko w bajkach -te słowa blondyna były dla dziewczyny jak kubeł zimnej wody. Mimo, iż starała się zachować spokój miała wrażenie jak każdą część jej ciała powoli paraliżuje strach, a umysł opanowuje przerażenie.

-A co z twoimi przodkami? -koszykarz zwrócił się do Jake’a, czując na sobie uważne spojrzenia ludzi, chcąc jak najszybciej znaleźć się w bardziej ustronnym miejscu.

-Robert ma rację -podchwyciła z entuzjazmem czarodziejka -Pamiętam jak twój ojciec mówił, że w twojej rodzinie magia była od pokoleń. Tak samo jak dom, który został wybudowany, o ile dobrze pamiętam, w XVIII wieku.

-Nie sądzę, aby to był dobry pomysł -zaprotestował dość szybko młody McGhart.

-Dlaczego?

-Nie masz problemu z powrotem do miejsca, w którym byłaś przetrzymywana wbrew swojej woli przez łaknącego władzy nad światem czarodzieja?

-A mam inny wybór? -oboje mierzyli się przed dłuższą chwilę spojrzeniami -Nie możemy siedzieć z założonymi rękom, licząc, że może zdarzy się cud i wrócimy do naszych czasów. A co jeżeli nie wrócimy? Będziemy żyć tu i teraz, umrzemy zanim się narodzimy. A to i tak lepsza wersja. Mamy rok 1938, pamiętasz co wydarzyło się w 1939? -Jude czuła, że to wszystko powoli ją przerasta, miała dość wszystkich tych sztuczek czarnoksiężnika. Emocje już zaczynały przejmować kontrolę nad rozsądkiem. Łzy cisnęły się jej do oczy, wiedziała jednak, że płacz w niczym nie pomoże. Nie rozwiąże żadnego z jej problemów.

-Spokojnie, Jude. Oddychaj -zabrzmiał przepełniony troską głos blondyna, na jego twarzy zagościł delikatny uśmiech, który miał na celu dodać jej otuchy -Za bardzo się zapędzasz, coś wymyślimy.

-Tylko co? Ja znam zaledwie kilka prostych zaklęć. Jak poradzimy sobie bez księgi magii, bez pomocy jakiegoś doświadczonego czarodzieja?

-W porządku, zrobimy jak chcesz -chłopak miał nadzieję, że to będzie wyjątkowy dzień, podczas którego odpocznie od czarów, od całego tego cyrku związanego z Jack’em. Jednak jak zwykle został wciągnięty przez ojca w samo centrum wydarzeń.

***

Rytmiczny stukot kół pociągu działał na Jude usypiająco, siedziała przy oknie z głową opartą na ręce, obserwując krajobrazy za oknem. Obok niej znajdował się Robert, bawił się etykietą od butelki wody. Odklejając ją, a zaraz potem ponownie przyklejając. Natomiast naprzeciwko czarodziejki siedział Jake, miał zamknięte oczy jednak brunetka była pewna, że nie śpi. Denerwowało ją, że był taki milczący.

-Można? -wszechobecną ciszę przerwała niespodziewanie pojawiająca się w przedziale dziewczyna z walizką w jednej dłoni oraz białą tubą pod pachą, taką samą z jaką widziała kiedyś Jake’a. Nieznajoma miała blond włosy sięgające nieco za ramiona, rozkloszowaną kremową sukienkę za kolano, białą bluzkę z kołnierzykiem i sweterek.

-Jasne -odparła Jude wzruszając obojętnie ramionami. Złapała się na tym, że przejęła ten gest od blondyna, ponieważ sama nigdy wcześniej tak nie robiła.

-Jestem Liv -odparła dziewczyna próbując umieścić bagaż na półce ponad siedzeniami.

-Ja jestem Robert -koszykarz jak na dżentelmena przystało znalazł się tuż koło niej, aby pomóc jej z walizką -A to Jude i Jake -dodał koleżeńsko się uśmiechając.

-Dziękuję -nieśmiało założyła kosmyk włosów za ucho.

Na czole młodego McGharta pojawiły się bruzdy. Przyglądał się dziewczynie poprzez przymrużone oczy. Chłopak bez najmniejszych wątpliwości kojarzył skądś blondynkę, nie potrafił jednak stwierdzić gdzie wcześniej już widział jej twarz.

-Nie wyglądacie jakbyście byli stąd -Liv zwróciła szczególną uwagę na porwane na kolanach czarne dżinsy brunetki, kładąc w zasięgu swoich rąk białą tubę.

-Bo nie jesteśmy -odparła siląc się na uprzejmość czarodziejka -Przyjechaliśmy tutaj, aby odwiedzić dalekich krewnych.

-Artystka? -zabrał głos Jake, pochylając się delikatnie w jej stronę.

-Studiuję na wydziale sztuk pięknych -spojrzała w stronę swoich prac zwiniętych w rulony i umieszczonych w plastikowym stworzonym specjalnie do takich celów pojemniku.

-Mógłbym zobaczyć?

-Nie obraź się, ale wolałabym nie -przechyliła głowę, przygryzając dolną wargę -Nie jestem z nich zadowolona, mogły być lepsze. Zabrakło mi czasu na ich dopracowanie. To prace zaliczeniowe, a dzisiaj mija ostateczny termin ich składania.

-Na pewno są dobre.

-Skąd ta pewność? -posłała mu rozbawione spojrzenie -Interesujesz się sztuką?

Jude przyglądała się tej rozmowie z boku, nie rozumiejąc jak dziewczynie udało się tak łatwo nawiązać kontakt z blondynem. Rozmawiali tak swobodnie. Szybko zdała sobie sprawę, że chodzi o pasję. Łączyło ich zamiłowanie do sztuki. W tym momencie żałowała, że matka natura nie obdarzyła jej kompletnie żadnymi zdolnościami artystycznymi.

Miała ochotę powiedzieć chłopakowi, że raczej nie powinien podrywać dziewczyny starszej od siebie prawie o stulecie. Złapała się na tym, że jest zazdrosna. Szybko odsunęła od siebie wszystkie głupie myśli, równocześnie dyskretnie kręcąc głową na boki.

-Trochę -na ziemię sprowadził ją głos chłopaka -To nasz przystanek -Jake zwrócił się do pozostałej dwójki -Miło się rozmawiało -raz jeszcze posłał Liv promienny uśmiech.

***

Czarodziejka wychodząc z pociągu odwróciła się za siebie, chcąc upewnić się, że jej towarzysze podążają za nią. A także pragnąc jak najszybciej zapytać blondyna skąd u niego zainteresowanie tą dziewczyną, gdy straciła równowagę i runęła na ziemię.

-Jude -zobaczyła obok siebie Roberta, wyciągnął w jej stronę rękę, chcąc pomóc jej wstać.

Brunetka ujęła jego dłoń. Gdy spróbowała stanąć na nogach poczuła przeszywający ból, a na jej twarzy pojawił się grymas.

-Co się dzieje? -dopytywał koszykarz kucając naprzeciwko niej.

-Noga mnie boli -odparła dotykając delikatnie dłonią kostki.

-Pozwolisz, że zobaczę -nie czekając na odpowiedź zabrał się za rozsznurowywanie jej buta, który następnie bardzo ostrożnie zdjął jej z nogi -Myślę, że skręciłaś kostkę i raczej nie nałożysz buta z powrotem, szybko puchnie.

-Wszystko w porządku? -w zasięgu wzroku dziewczyny pojawił się Jake, na jego twarzy malowało się zdziwienie, zdecydowanie musiał przegapić moment jej upadku.

-Nie możesz się uleczyć? -padło z ust Roberta.

-Niestety Klaus nie zdążył mnie tego nauczyć.

-Daleko do Twojego domu? -do blondyna wciąż jakby nie docierało co się dzieje, jakby myślami był zupełnie gdzieś indziej.

-Jakieś 10, góra 15 minut.

-Chodź -zwrócił się do dziewczyny, brunet założył sobie jej rękę na szyję, a następnie wziął ją na ręce -Mam nadzieje, że twój pradziadek należy do drużyny dobro, a nie jak Jack zasila szeregi zła i uleczy nogę Jude, a także pomoże nam wrócić do domu -młody McGhart skinął kilka razy głową, starając się przekonać nie tylko Roberta, ale także siebie, że nie mogą mieć ciągle pod górkę i w końcu coś musi ułożyć się po ich myśli. Dziewczyna natomiast objęła rękoma szyję koszykarza ciesząc się, że ma w nim wsparcie i nie musi utykając na jedną nogę iść tak daleko. Żałowała jedynie, że nie znajduje się w ramionach blondyna.

/Miłośniczka kryminałów