Archiwa tagu: wolność

Porwana, część 22

PORWANA, część 22

Jude wróciła do biblioteki z talerzem pełnym kanapek. W momencie, w którym weszła do pomieszczenia Robert leżał na wznak na podłodze co chwilę wzbijając w powietrze zgnieciony w kulkę kawałek kartki. Jednocześnie dodając komentarze w stylu: „Zawodnik z numerem jedenaście trafia zwycięski rzut z odległości 6,5 metra” przy pierwszym wzbiciu w powietrze papierowej piłki oraz „Don przechwytuje piłkę, podaje między nogami do Roberta, a ten kończy pewnie spod kosza” przy drugim. Zaraz potem kątem oka dostrzegł dziewczynę. Odłożył swoją zabawkę na bok i przyjął pozycje siedzącą.

-To koniec drugiej kwarty, zawodnicy udają się do szatni, gdzie odpoczną -dodała z uśmiechem na twarzy czarodziejka siadając koło bruneta -Smacznego!

-Tobie także należy się chwila przerwy -koszykarz rozwinął zgniecioną kartkę, dłonią nieco przygładził, a następnie przedarł na pół.

-Miałam już swoje 15 minut daleko od książek -mówiąc to wskazała na kanapki.

-To się nie liczy -odparł rozglądając się dookoła, zaraz potem gwałtownie podrywając się z miejsca -Zagramy w „Zgadnij kto” -dodał wracając na miejsce z długopisem w ręku.

-W co?

-Ja wymyślę postać dla ciebie, natomiast ty dla mnie. Trzymaj -podał jej kawałek pomiętej kartki i przyrząd do pisania.

-Co to ma być za postać? -zapytała próbując podejrzeć co pisze.

-Nie podglądaj! -zaprotestował zakrywając dłonią swoją kartkę, jednocześnie robiąc przy tym minę pokrzywdzonego dziecka -Możesz wymyślić sobie postać jaką tylko chcesz. Może to być prawdziwa osoba żyjąca tu i teraz albo historyczna. Możesz wybrać sobie jakąś z bajki lub baśni -Jude zmarszczyła czoło, a zaraz potem szybko zapisała coś na papierze.

-I co teraz?

-Teraz -ponownie rozejrzał się po pomieszczeniu -powinniśmy sobie przykleić te kartki wzajemnie do czoła.

-Do czoła? -dziewczyna zrobiła wielkie oczy -Czemu do czoła?

-Takie są zasady gry -na jego twarzy pojawił się uśmiech od ucha do ucha -Zasady gry rzecz święta, nie wolno ich podważać.

-Skoro tak mówisz -czarodziejka wzięła głęboki oddech, wyciągnęła przed siebie dłoń, wyszeptała krótkie zaklęcie, a chwilę później trzymała w dłoni samoprzylepne karteczki -Myślę, że lepiej nadają się do tej twojej gry.

-Zdecydowanie -obje zapisali swoje postacie tym razem na wyczarowanych przez dziewczynę żółtych kawałkach papieru z warstwą kleju.

-Głupio się czuję -czarodziejka zwróciła wzrok ku czołu.

-Tak też wyglądasz -zaśmiał się, brunetka nie zastanawiając się uderzyła go pięścią w ramię, a usłyszawszy jego „ała” także wybuchła gromkim śmiechem.

-I co teraz?

-Teraz musisz zadawać mi pytania, a ja mogę na nie odpowiadać tylko „tak” lub „nie”.

-Jakie pytania?

-Ja zacznę, dobrze? -Jude przytaknęła -Czy moja postać jest prawdziwa?

-Tak -dziewczyna dodatkowo dla potwierdzenia skinęła głową.

-Czy to postać żyjąca współcześnie?

-Współcześnie teraz czy współcześnie dla nas -czarodziejka wytknęła do niego język.

-W czasach, z których pochodzimy -dodał teatralnie przewracając oczyma.

-Nie.

-Teraz twoja kolej -koszykarz wskazał na nią dłonią.

-Czy jestem prawdziwą postacią?

-Nie -na twarzy chłopaka pojawił się szeroki uśmiech -Czy moja żyje w 1938 roku?

-Dlaczego teraz ty zadajesz pytanie? -nie rozumiała dlaczego on mógł zadać jej dwa pytania, a ona mu tylko jedno.

-Pytania zadajesz dopóki uzyskujesz w odpowiedzi „tak”.

-Nie, twoja postać nie żyje też w tych czasach -czarodziejka zaprezentowała mu swoje ząbki, dumna z tego, że udało jej się wyprowadzić go w pole.

-Zrobiłaś to specjalnie -pokręcił głową na boki, zaraz potem pochylił się w jej stronę i zaczął ją łaskotać.

-Nie! Robert! -krzyknęła między kolejnymi falami śmiechu i próbami złapania oddechu -Proszę! Robert przestań! -z oczy płynęły jej łzy.

-Tylko jeżeli otrzymam dodatkowe pytanie! -ani na chwilę nie przestawał jej łaskotać.

-Nie ma mowy! -szybko pożałowała swoich słów, otrzymując w zamian dodatkową porcję tych okrutnych tortur.

-Dobra, zgadzam się! -krzyknęła nie widząc innego sposobu na ratunek.

Kolejnych 20 minut spędzili zadając sobie wzajemnie kolejne pytania. Bawiąc się przy tym jak dzieci, co chwila wybuchając śmiechem, a także przekomarzając się. Robertowi udało się jako pierwszemu odgadnąć postać jaką przygotowała dla niego Jude.

-Wygrałeś tylko dlatego, że oszukiwałeś! -dziewczyna założyła ręce na piersi.

-Nie oszukiwałem!

-Wymusiłeś na mnie dodatkowe pytanie!

-Zgadłem Marie Skłodowską Curie jakieś 20 pytań przed tym jak ty zgadłaś misia Yogiego.

-Na pewno nie 20!

tumblr_no2dxq27KH1uomshlo1_1280
(Podobają mi się te zdjęcia, pasują do sytuacji -są śmieszne :D)

***

Olivia zauważyła sylwetkę blondyna znikającą za drzwiami pokoju, przy którym wpadła na niego dzień wcześniej. Zastanowiło ją dlaczego chłopak tak bardzo interesował się tym pomieszczeniem. Dlatego też skierowała tam swoje kroki. Gdy przekroczyła próg na ścianie naprzeciwko dostrzegła namalowaną złotą zorzę na tle granatowego nieba. Malunek zachwycił ją, stała przez chwilę tylko mu się przyglądając.

-Artysta -odparła robiąc krok w kierunku niedokończonego napisu -Możemy by…

-Możemy być bohaterami tylko przez jeden dzień -odparł odkładając na bok pędzel wcześniej zanurzony w białej farbie.

-Dlaczego tylko przez jeden dzień?

-To fragment piosenki -wytłumaczył rozmazując wskazującym palcem prawej ręki emulsję za uchem.

-Ale dlaczego tylko przez jeden dzień? -naciskała Liv -W czasach, z których pochodzisz nie macie pełnoetatowych bohaterów? Zorro? Robin Hood? Supermen, nieśmiały reporter obdarzony nadludzkimi umiejętnościami?* -mówiąc to podała mu chusteczkę, aby wytarł sobie ślady farby zza ucha -Ich raczej nie nazwiesz bohaterami tylko jednego dnia.

-Bo tylko na jeden dzień udało nam się ukraść czas… -Jake westchnął przypominając sobie tych kilka cudownych chwil z Jude nim zostali przeniesieni w przeszłość.

-W miłości masz prawo być egoistą. Bądź zachłanny, ukradnij więcej -dodała z przebiegłym uśmiechem na twarzy -Słuchaj rad starszych.

-Starszych? Ile ty masz lat 22? -Jake zmarszczył czoło, był starszy od swojego pradziadka, musiał być też starszy od Olivii.

-Kobiety o wiek się nie pyta! -zagrzmiała blondynka, zaraz potem krzyżując ręce na wysokości piersi, a także unosząc podbródek ku górze, chcąc dać znać swojemu towarzyszowi, że jest zniesmaczona i co najmniej oburzona jego zachowaniem.

-Przepraszam -chłopak zmrużył oczy, nie chciał sobie robić wroga ze swojej prababki.

-Kim ona jest? -Liv ciężko westchnęła, a następnie wyrwała mu z dłoni chusteczkę, nie mogąc już dłużej patrzeć na jego nieudolne próby pozbycia się małej plamy farby z szyi, która swoją drogą zaczęła już wysychać, więc wzięła sprawy w swoje ręce.

-Kto?

-Ta dziewczyna, z którą udało ci się ukraść tylko jeden dzień.

-To nie ma znaczenia, bo nie możemy być razem -wyjaśnił, gdy Liv odłożyła na bok chusteczkę, zadowolona z siebie i nieskalanego obecnością emulsji skrawka skóry za jego uchem, on potem usiadł na plastikowym pojemniku po granatowej farbie.

-Bzdury gadasz! -Olivia rozejrzała się dookoła, pod oknem leżało białe prześcieradło, pod którym ukryte były wcześniej wszystkie te przybory malarskie, a obok którego stał mały taborecik -Jak dwie osoby się kochają to nic nie może przeszkodzić ich miłości -dodała siadając na krzesełku obok blondyna.

-Bycie ze mną oznacza dla niej życie w obawie o przyszłość. Ciągłą ucieczkę.

-Nie jest na to gotowa? -Liv założyła nogę na nogę, równocześnie podpierając brodę na dłoni, skupiając się na słowach chłopaka.

-Nie chcę tego dla niej. Zasługuje na coś lepszego…

-Dlaczego decydujesz za nią? -wpadła mu w słowa blondynka -Może jest na to wszystko gotowa. Miłość wymaga poświęceń -Liv przechyliła głowę na bok.

-Myślisz, że łatwo mi patrzeć jak spędza czas z Robertem.

-Czyli mówimy o Jude -Olivia ożywiła się na te słowa, podekscytowana podskoczyła na stołku złączając dłonie razem z pojedynczym klaśnięciem.

-Ona nie może się o tym dowiedzieć -Jake zaprotestował łapiąc ją za ręce, a także wymuszając na niej spojrzenie.

-Nie może dowiedzieć się o tym, że ją kochasz czy o tym, że podjąłeś za nią decyzję odnośnie jej przyszłości? -na jej czole pojawiły się bruzdy.

-Gdy tak o tym mówisz, czuję się tak jakbym to ja był tym złym.

-Mogę już nic nie mówić, ale gwarantuję ci, że twoje postępowanie będzie nadal tak samo niemądre jak wcześniej…

-Nazwałaś mnie niemądrym?

-Nie chciałam nazywać wnuka głupim. Posiadasz przecież moje geny -Liv zaśmiała się, Jake natomiast spojrzał na nią zdziwiony.

-Skąd wiesz, że jestem twoim wnukiem?

-Nie miałam pewności, aż do teraz -przygryzła dolną wargę -Ja i Roger, jesteśmy parą. Byłam ciekawa czy pisana jest nam wspólna przyszłość.

-Sprytnie -chłopak z uznaniem pokiwał głową -Jak on z tobą wytrzymuje?

-Kocha mnie -dziewczyna z bananem na twarzy wzruszyła ramionami -Jeżeli kochasz Jude to walcz o nią. Walcz o swoją przyszłość z nią. Tak jak ja walczę o swoją z Roger’em. Wiesz jakie piekło przechodzę z jego rodzicami. Myślisz, że łatwo przebywać w towarzystwie Violet, tej suki, którą wybrali dla niego jako jego przyszłą żonę? Wszystkie te koszmarne obiady, docinki jego matki. Ale wiem, że mam w nim wsparcie. Jest moim bohaterem za każdym razem jak staje w mojej obronie wobec swoich rodziców.

-To co mówisz brzmi pięknie. Ale jego rodzice tylko ciebie nie lubią, mój ojciec jest nieobliczalny i ma już na rękach krew.

-Pozwól jej decydować o sobie -Liv położyła swoją dłoń na jego ramieniu -Tłumaczenie, że robisz to dla jej dobra nie jest żadnym tłumaczeniem -westchnęła kiwając na boki głową.

***

Jude nim położyła się spać zasłoniła kocem okno w pokoju, licząc, że tym razem nie obudzą jej promienie słońca i otrzyma minutę snu więcej. We śnie widziała małą karteczkę. Podobną do tej, którą wyczarowała dla siebie i Roberta, gdy grali w „Zgadnij kto”, jednak bez paska kleju po drugiej stronie. Nie była to jednak taka zwykła karteczka, coś się na niej znajdowało. Nie wiedziała czy to jakiś symbol, a może litera. Cokolwiek to było rozmyło się w jedna wielką niewyraźną plamę, gdy dziewczynę obudziło pukanie do drzwi.

-Proszę -odparła odgarniając włosy z czoła.

Do pokoju weszła Liv, w jednej ręce trzymała czarny kask, a w drugiej brązowe spodnie i białą bluzkę zapinaną na pod szyję na wiele malutkich guzików. Sama była ubrana w strój typowy do jazdy konnej. Czarne bryczesy, czarna koszulka, oficerki i niczym wisienka na torcie czerwona marynarka. Włosy miała starannie spięte w kitka, a uśmiech ani na chwile nie znikał z jej twarzy.

-Wybieramy się na przejażdżkę konno -blondynka odparła pełnym entuzjazmu głosem.

-Czy nie mówiłam ci przypadkiem, że boję się koni -Jude zmrużyła oczy.

-Ktoś musi was dzieci nauczyć, że powstrzymuje was tylko strach przed porażką…

-Słucham? -wypaliła czarodziejka nie wierząc w to, co właśnie usłyszała.

-Czego się boisz? -Liv położyła ubrania na łóżku, zaraz potem ściągnęła koc z okna.

-Że spadnę z konia i się połamię? -Jude demonstracyjnie rozłożyła dłonie.

-A co z przyjemnością wiążącą się z samej jazdy na koniu? Uczuciu wolności, gdy siedzisz w siodle i brniesz przez las nieskalany ludzką obecnością.

-Ale czy ta chwila jak ją nazwałaś „wolności” -dziewczyna palcami wykonała w powietrzu cudzysłów -Warta jest ryzyka utraty życia?

-A czy miłość nie jest warta ryzyka?

-Słucham? -Jude po raz kolejny zamurowało, stała z otwartymi ustami przyglądając się Liv, w tym momencie nie było ją stać na żadne słowa.

-Miłość. Wolność. To jedno i to samo -Olivia radośnie klasnęła w dłonie.

-Miłość nie wyrzuci mnie z siodła i nie sprawi, że wyląduje w szpitalu z połamanymi kończynami.

-Jesteś tego pewna? -spojrzenia dziewczyn się spotkały, żadna nie zamierzała odpuścić.

-Cokolwiek brałaś, nie bierz tego więcej! Nie wsiądę na konia. Koniec dyskusji! -czarodziejka nałożyła na swoją piżamę biały ciepły sweterek -Idę zjeść śniadanie -w pośpiechu nałożyła na nogi ciepłe kapcie za kostkę, wyszła z pokoju i skierowała się do kuchni. Nie była w nastroju do żartów, ponownie jej sen urwał się zbyt szybko przez co jej powrót do domu po raz kolejny został odwleczony w czasie.

-Cześć -w pomieszczeniu przy stole z kubkiem kawy w ręku siedział Roger.

-Twoja dziewczyna od samego rana próbuje mnie zabić -brunetka przebrnęła przez pomieszczenia zatrzymując się przy lodówce, z której wyciągnęła mleko.

-Co takiego? -chłopak gwałtownie obrócił się w stronę czarodziejki.

-Bredzi coś o wolności, miłości i próbuje posadzić mnie na koniu.

-Nie rozumiem co to ma wspólnego z próbą zabicia cię? -spojrzał na nią niczym na wariatkę, tymczasem Jude skończyła wsypywać do miseczki płatki owsiane.

-Konie to niebezpieczne zwierzęta! Są duże i wyrzucają ludzi z siodła od tak, bo mają taki kaprys. Kto tak robi?

-Konie z psychopatycznymi zapędami? -słowa Rogera zabrzmiały dość poważnie, jego mina również taka była.

-Zabawny jesteś -odparła, gdy ostatecznie czarodziej nie wytrzymał i wybuchł śmiechem.

-Liv lubi pomagać ludziom. Na przykład pokonywać ich lęki… -mówiąc się starał ważyć słowa, czując na sobie mordercze spojrzenie brunetki.

-Nie potrzebuje pomocy w pozbyciu się lęku przed końmi. W zupełności wystarczy, że będę omijać je szerokim łukiem -w momencie, gdy Jude wypowiadała te słowa jej uwagę po raz kolejny przykuła gazeta na szafce przy zlewie. Tym razem wzięła ją do ręki, po czym zaczęła przewracać strony. Jedną za drugą w poszukiwaniu, tego co zapisał czy narysował w niej Jake. Nie wiedziała dlaczego, ale coś kazało jej to sprawdzić. Przeczucie, które nie dawało jej spokoju za każdym razem, gdy w zasięgu jej wzroku znajdowało się to czasopismo. W końcu natrafiła na właściwą stronę, w wolnym od tekstu miejscu, między czarno-białymi zdjęciami, znajdował się rysunek. Mały kompas wskazujący na północny-wschód. Nagle obraz z jej snu, mała karteczka i to, co się na niej znajdowało stało się niezwykle wyraźne.

-To jest to! -krzyknęła uradowana dziewczyna -Widziałeś Jake’a? -Roger pokiwał przecząco głową, zaraz potem Jude wybiegał z kuchni, skierowała swoje kroki prosto do pokoju blondyna.

*Znalazłam w internecie, że Supermen po raz pierwszy pojawił się w magazynie „Action Comics vol. 1#1” w czerwcu 1938 :P

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 17

Cześć,

przepraszam za swoją długą nieobecność, ale wróciłam i nadrabiam zaległości ;)

PORWANA, część 17

Czarodziejka radośnie podśpiewując „Hey Jude” zaraz po wstaniu z łóżka udała się do kuchni. Kolejny raz od bardzo dawna dopisywał jej dobry humor. Piosenkę znała wcześniej, miała ją nawet w swojej playliście, jednak od momentu, gdy zanucił ją Robert, nie mogła się jej pozbyć z głowy. Przy stole w kuchni siedział Jake, chłopak na chwile oderwał się od przeglądania porannej prasy i przywitał ją krótki cześć. Czarodziejka spojrzała na zegarek, było kilka minut po ósmej.

-Klaus jeszcze śpi? -zapytała podchodząc do lodówki, potem wyjmując z niej mleko. Zdziwił ją brak obecności zarówno mężczyzny, jak i Julii.

-Pojechał do pracy -blondyn złożył gazetę w pół, a następnie odsunął ją od siebie.

-Do pracy? Myślałam, że czarodzieje nie pracują -mówiąc to położyła na stole płatki śniadaniowe i ruszyła na poszukiwanie miski i łyżeczki.

-Nie muszą. Ale coś trzeba robić -młody McGhart wzruszył ramionami dopijając resztę kawy z kubka z zabawnym napisem: „Po herbatce wynieś śmieci”.

-A czym zajmuje się Klaus?

-Jest nauczycielem -chłopak wstał, umieścił kubek w zlewie.

-Nauczycielem?

-Tak, uczy historii.

-Nie spodziewałabym się po nim takiego hobby -odparła widząc jak blondyn zmierza w kierunku drzwi -Jake -dodała nieśmiało, sama nie wiedząc dlaczego. Chłopak odwrócił się w jej stronę -Nie ważne -nie chciała, aby zostawiał ją samą. Przez ostatnie dwa dni dzięki Klausowi i Julii krzątającym się po kuchni czuła się bliżej domu. Przywykła do dużej liczby osób przewijających się przez jej rodzinne domostwo. Wszystko dlatego, że jej mama jest niezwykle otwartą i towarzyską kobietą. Przyciąga do siebie ludzi. Nie raz bywało, że niespodziewanie pojawiali się wujowie i ciotki Jude z jej kuzynostwem w środku tygodnia. Nikt nie przejmował się, że następnego dnia trzeba iść do pracy czy szkoły i siedzieli do późnych godzin nocnych debatując i śmiejąc się. Po prostu spędzając wspólnie czas. W domu Jack’a czuła się samotna, będąc tutaj, nawet tak krótko, przypomniała sobie jak to jest być szczęśliwym mając wokół siebie ludzi i cały ten cudowny chaos z nimi związany. Obawiała się znowu to stracić. Jednak jeszcze bardziej nie chciała się narzucać. Jude sięgnęła po płatki, które następnie wsypała do miski przyglądając się jak blondyn robi kolejny krok w stronę drzwi, gdy niespodziewanie zatrzymał się.

-Wybieram się na spacer w poszukiwaniu spokojnego miejsca, w którym mógłbym porysować. Może masz ochotę mi towarzyszyć?

-Chętnie -na jej twarzy na powrót zagościł uśmiech, cieszyła się jak dziecko.

***

Słońce przedzierało się przez kołyszące się na wietrze korony drzew, ogrywając teatrzyk cieni i światła na jeszcze zielonej trawie. Z oddali dało się słyszeć jedynie dźwięk fali uderzających rytmicznie o brzeg, a także śpiew wybudzonych ze snu ptaków. Pośród tych zapierających dech zjawisk przyrody siedział Jake oparty o pień starego dębu. Napawał się chwilą spokoju, wdychając do płuc świeże poranne powietrze naznaczone zapachem lasu, jednocześnie starając się uwiecznić na papierze wszystko to, co tylko miał w zasięgu wzroku. Chłopak po raz pierwszy od dwóch lat czuł się naprawdę wolny, nieograniczony przez czas i miejsce. Zupełnie jakby odkrywał świat na nowo. Całe piękno, które w sobie kryje. Wszystkie jego obawy zniknęły, a w ich miejsce pojawiła się nadzieja.

-Ładne -usłyszał głos dziewczyny, która szczelniej okryła się kurtką.

-Jak ci idzie? -zapytał przyglądając się białej kartce w jej dłoniach.

-Dobrze -odparła składając swój rysunek na pół.

-Pokaż -wyciągnął w jej stronę rękę.

-Nie ma mowy! -rzuciła oburzona -Będziesz się śmiał.

-Skądże -czekał, aż ona poda mu swoją pracę, dziewczyna pokiwała głową na boki -Proszę -blondyn nie dawał za wygraną.

-No dobra! Ale oglądasz to na własne życzenie, nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za ewentualne uszczerbki na twojej psychice! -podała mu kartkę, Jake rozłożył ją, a jego oczom ukazał się okrąg z uśmiechniętą buźką i oczyma, wokół którego znajdowało się kilka kresek, na przemian cały i przerywanych.

-Bardzo ładne słoneczko -odparł z bananem na twarzy.

-Nabijasz się ze mnie!

-Nie, naprawdę mi się podoba -dodał nie mogąc dłużej powstrzymać śmiechu, głównie ze względu oburzenia malującego się na twarzy dziewczyny i jej złożonym na piersiach dłonią sugerującym, że jest na niego bardzo zła.

-To twoja wina.

-Co jest moją winą? To, że malujesz jak sześciolatka?

-Ej! -uderzyła go w ramię -Przyglądałam się jak malujesz, nie mogłam się powstrzymać -zmarszczyła czoło robiąc przy tym dość dziwną minę -Zabrzmiało jakbym była szalona, a nie jestem -zmrużyła oczy -Dokładnie to powiedziałby ktoś kto jest szalony -westchnęła ciężko -Po prostu zamilknę nim powiem jeszcze coś głupiego -”BRAWO!” rzuciła do siebie w myślach. „Jak zwykle robisz z siebie idiotkę w towarzystwie chłopaka, który ci się podoba”.

-Spójrz -blondyn wskazał na drzewa nieopodal nich, po których zmiennie przeskakiwała mała ruda wiewiórka, a następnie sięgnął do kieszeni kurtki. Pamiętał, że przed wyjściem włożył do niej kilka kawałków czekolady z orzechami. Wyciągnął rękę z łakociami w stronę rudzielca, stworzenie początkowo stawiało niepewne kroki, ostrożnie zbliżając się do blondyna. Im bliżej chłopaka się była tym czuła się pewniej, a gdy znalazła się dostatecznie blisko zwinęła orzeszka, uciekła na bezpieczną odległość i zabrała się za jego pałaszowanie. Zwabione zapachem, a może zawołane przez pierwszą wiewiórkę, pojawiły się jeszcze dwa rudzielce. Blondyn podał kilka kawałów czekolady Jude, dziewczyna biorąc przykład z Jake’a wydłubała orzechy i wystawiła rękę w stronę stworzonek. Wiewiórki powtarzały kolejno trzy czynności: ostrożne podejście, zabranie łakoci i ucieczkę ze zdobyczą. Działo się tak do momentu, aż zabrakło jedzenia dla nich. Czarodziejka promiennie uśmiechnęła się w stronę młodego McGharta, jednocześnie otrzepując dłonie z okruszków. Przypomniała sobie te wszystkie miłe chwile jakie spędziła razem z nim będąc zamknięta w domu Jack’a. Wspólnego oglądanie filmów, to jak pokazał jej zorzę na tle granatowego deszczowego nieba. Wciąż nie rozumiała dlaczego są momenty, gdy jest dla niej jak najlepszy przyjaciel, a zaraz potem wręcz nie chce jej znać.

-Ja także zgłodniałem -odparł Jake wstając najciszej jak potrafi, nie chcąc spłoszyć rudych mieszkańców lasu. To sama zrobiła Jude ponownie otulając się kurtką. Mieli właśnie udać się do domu, gdy naprzeciwko nich pojawił mężczyzna.

-Jack -wydobyło się z ust blondyna, dziewczyna podskoczyła przestraszona nie na żarty, ledwo powstrzymując się od krzyku.

-Chciałem pogratulować wam ucieczki, a także dać wam impuls do podążania właściwą ścieżką -czarodziej skierował się w stronę Jude, Jake postępując zgodnie z intuicją zagrodził drogę ojcu, stając między nim a brunetką.

-Zostaw nas w spokoju! -odparł dość ostrym tonem.

-Jake -wymawiając jego imię pstryknął palcami, a chwilę później cała ich trójka znalazła się w jego pałacu, w pokoju należącym niegdyś do jego ukochanej córki -Ty i Cadence, byliście bardzo blisko. Bliżej niż jakiekolwiek typowe rodzeństwo -dodał sięgając po ramkę z zdjęciem dzieci. Rodzeństwo stało w tłumie ludzi, oboje uśmiechnięci.

-Nie zamierzam z tobą rozmawiać -zwrócił się najpierw do czarodzieja, a następnie do dziewczyny -Jude wychodzimy.

-Wpierw mnie wysłuchasz -odłożył fotografię z powrotem na swojej miejsce.

Pokój sprawiał wrażenie jakby jego właścicielka miała się lada moment znów w nim pojawić. Wysunięta pierwsza szuflada komody, a z niej zwieszone ubrania Cadence. Na małym stoliku naprzeciwko wielkiej szafy ubraniowej stało lusterko, a wokół niego leżały różne kosmetyki, a także ulubiony niebieski kubek czarodziejki z kotką Marie z bajki Aryskotraci. Na łóżku koło poduszki leżał jasno brązowy miś z żółtą kokardą, którego dostała od niego na urodziny. Wszystko to przywoływało wspomnienia.

-Czego od nas chcesz? -rzuciła dziewczyna, gdyż blondyn nie był chwilowo wypowiedzieć ani jednego słowa.

-Przede wszystkim przypomnieć Jake’owi jak bardzo kochał siostrę i jak bardzo ona kochała jego. Spędzaliście razem dużo czasu, mieliście wspólnych znajomych…

-Nie zamierzam tego słuchać -podszedł do wyjścia, nacisnął na klamkę, drzwi były zamknięte. Blondyn był uwięziony w pokoju siostry razem z ojcem, którego nienawidził.

-Nie tęsknisz za nią?

Jude widziała na twarzy Jake tą samą złość co dzień wcześniej w momencie, gdy oglądał zdjęcia, które przyniósł Robert wraz z listem od Nicki. Jego mięśnie pracowały, zaciskały i rozluźniały szczękę. Nic jednak nie mówił.

-Nie chciałbyś, aby wróciła? -kontynuował jego ojciec -Wspólne imprezy, wymykanie się z domu. Koncerty. Narkotyki. Przecież to lubiłeś.

-Dobrze wiesz, że to niemożliwe -chłopak mówił spokojnie, jednak Jude wiedziała, że jest wściekły. Zaciskał pięści tak mocno, aż zbielały mu kłykcie.

-Mylisz się…

-Nie pomogę ci jej wskrzesić. Nie zmienię zdania.

-Zawsze zastanawiałem się, które jako pierwsze sięgnęło po narkotyki. To ty namówiłeś siostrę czy ona ciebie. Pierwszy tatuaż? Ona czy ty? -czarodziejka zastanawiała się do czego zmierza Jack, co to wszystko ma na celu -Odtrąciłeś ją, gdy poznałeś Nicki…

-Nieprawda.

-Dobra uczelnia. Randki z dziewczyną. Planowanie przyszłości. Zmieniłeś się. Chciałeś też zmienić ją. Czy tak się postępuje wobec osoby, którą się kocha?

-Nicki pokazała mi świat od innej strony. Od tej, której nigdy go nie znałem. Chciałem, aby Cadence także zobaczyła, że można żyć inaczej. Nigdy jednak jej do niczego nie zmuszałem.

-Jesteś pewien? Bo mi wydaje się, że tak bardzo bała się ciebie stracić, że była gotowa ślepo podążać za tobą.

-To ty bałeś się, że spodoba się jej normalne życie.

-Nie czujesz się odpowiedzialny za to, co się stało? -czarodziej szybko i zręcznie zmienił temat. Jude już wiedziała, że całe to przedstawienie ma wywołać u blondyna wyrzuty sumienia. Sprawić, aby ugiął się pod naciskiem ojca i pomógł mu w realizacji jego planów.

-Dobrze wiesz, że tak. Po co pytasz?

-Nie chciałbyś mieć jej przy sobie? -nie czekał jednak na odpowiedź syna -Jude, czy gdybyś miała możliwość przywrócić do życia osobę, którą kochasz nie skorzystałabyś z tej możliwości?

-Nie -odparła stanowczo -Nie zdajesz sobie sprawy, że Cadence nie byłaby sobą. Córką, którą znałeś i kochałeś. Tylko jakimś bezdusznym potworem. Czy historia Wilhelma i Zacharego niczego ciebie nie nauczyła?

-A co jeżeli odkryłem, gdzie Wilhelm popełnił błąd sprowadzając Eustachego z zaświatów i istnieje możliwość przywrócenia do życia osoby dokładnie takiej jaką była. Nie zaryzykowałabyś?

***

Zdezorientowani młodzi obejrzeli się wokół siebie, jeszcze sekundę temu znajdowali się w pałacu Jack’a, rozmawiali z nim, a teraz nie mieli najmniejszych wątpliwości, że są w korytarzu w domu Klausa. Dziewczyna przetarła dłonią twarz, jednocześnie oddychając z ulgą. Obawiała się, że skoro czarnoksiężnik ich odnalazł i porwał to przyjdzie im ponownie przeżywać koszmar bycia jego więźniami. Spojrzała na blondyna, który podobnie jak ona stał bezruchu, pogrążony w myślach. Stwierdziła, że dałaby naprawdę wiele, aby poznać choć jedną z nich.

-Jake -chłopak odwrócił się w jej stronę -Zdaję sobie sprawę, że przywrócenie Cadence do życia jest kuszące. Jednak… -blondyn ujął jej twarz w dłonie, a następnie ją pocałował. Dziewczyna początkowo była w szoku, ręce trzymała wzdłuż ciała. Trwało to jednak tylko chwilę, smak jego ust, ich miękkość. Nie mogła pozwolić, aby to się skończyło. Wplotła swoje palce w jego blond włosy, przylgnęła do niego całym swoim ciałem. Spojrzała w jego niebieskie oczy, czuła jak w nich tonie. Od dawna myślała o nim jako o kimś więcej niż synu Jack’a, swojego największego wroga czy tylko koledze, przyjacielu. Tyle razy próbowała się do niego zbliżyć, za każdym razem jednak spotykała się z odrzuceniem. Nigdy nie sądziła, że ta chwila może mieć miejsce. Jego dłonie znalazły się na jej pośladkach, ona oplotła się nogami wokół jego tali. Czuła jego oddech na szyi. Zadrżała. Pocałował ją tuż za uchem, odrzuciła głowę do tyłu. Pospiesznie zrzuciła z siebie kurtkę. Jake posadził ją na szafce do butów, wcześniej zrzucając z niej jakieś klucze, rękawiczki i inne drobiazgi. Pomogła mu pozbyć się jego okrycia wierzchniego i koszulki. Jej oczom ukazała się jego klatka piersiowa ozdobiona licznymi tatuażami, przejechała palcem po napicie „We could be heroes just for one day” tuż pod linią jego żeber. Ujął jej podbródek w swoją dłoń, zmusił, aby spojrzał mu w oczy. Przysunęła swoje usta do jego ust, delikatnie ugryzła jego dolną wargę.

-Kim jesteście? -w korytarzu pojawił się około 60 letni mężczyzna, w ręku trzymał broń -Co robicie w moim domu? -młodzi wymienili między sobą zdziwione spojrzenia, pospiesznie zbierając swoje ubrania rzucone na podłogę.

-Przepraszamy, my… -próbowała wyjaśnić sytuację Jude, jednak sama nie miała pojęcia co się działo -My… -poczuła dłoń Jake na swojej. Przyjrzała się pomieszczeniu, wyglądało zupełnie inaczej. Duże lustro zastąpiła ciemno drewniana szafa z wieszakiem, kremowe ściany ustąpiły miejsca tapecie w złotozielone pasy. 

-Jude? -z kuchni wyszedł Robert, unoszące ręce ku górze na widok uzbrojonego mężczyzny -Co się tutaj dzieje?

-Wynocha z mojego domu! -zabrzmiał wściekły sześćdziesięciolatek.

-Bardzo pana przepraszamy, my… -dziewczyna poczuła jak Jake ciągnie ją w stronę wyjścia, koszykarz również w kierował się w tamtym kierunku.

-Żebym więcej was tutaj nie widział! -krzyknął mężczyzna zamykając za nimi drzwi, Jude i jej dwaj towarzysze oddalili się nieco od budynku. Mogli jednak dostrzec złote cyfry na kremowym tynku.

-Wyjaśnicie mi co się stało? Minąłem się z Klausem w drzwiach, powiedział, że mogę na was poczekać w domu. Zajrzałem do lodówki w poszukiwaniu wody, gdy usłyszałem hałas w korytarzu. A kuchnia… wszystko było inne. Potem dobiegł mnie męski głos, postanowiłem sprawdzić co się dzieje i… Resztę znacie.

-To na pewno sprawka Jack’a -dziewczyna spojrzała na blondyna, który uważnie rozglądał się po okolicy -To przecież dom Klausa, numer przy wejściu jest ten sam. Budynek jest ten sam.

 

/Miłośniczka kryminałów

PS. Postaram się Wam wynagrodzić brak notki w zeszłym tygodniu i w piątek dodać kolejną ;)

Porwana, część 10

Cześć,
udało mi się dzisiaj znaleźć chwilę, więc publikuję kolejną część ;)
Zaczął się październik, zaczęły się studia, ech… Notki będą ukazywały się raczej raz w tygodniu, pewnie jakoś pod koniec tygodnia czwartek-piątek.
A z dobrych wiadomości: już dzisiaj poznacie nowego bohatera :D przelotnie, bo przelotnie, więcej o nim w kolejnych częściach :D

PORWANA, część 10

Jude i jake znaleźli się na rynku, promienie słońca ogrzewały ich twarze. po błękitnym niebie błąkały się zaledwie pojedyncze białe obłoczki. Blondyn uważnie przyglądał się ludziom, starając się zapamiętać twarze i sytuacje. Matkę obdarowującą uroczą córeczkę lizakiem, rodzeństwo goniące się dookoła fontanny. Dwie uśmiechnięte dziewczyny siedzące na ławce, prawdopodobnie omawiające plany na zbliżające się wakacje. Jude natomiast zastanawiała się jak daleko znajduje się od domu, od przyjaciół. Bywały chwile, takie jak ta, gdy dziewczyna wciąż traktowała całą tą sytuację jako sen. Magiczne moce, wielka ucieczka, to wszystko przecież nie mogło być prawdziwe. Kiedyś wprawdzie marzyła o spotkaniu prawdziwego wampira, ale tylko dlatego, że naczytała się książek i naoglądała seriali o tej tematyce. Jako nastolatka czekała na list z Hogwartu, była wielką fanka Harry’ego Potter’a. Ale mimo wielkich nadziei, zawsze wiedziała, że cała ta bajkowa otoczka to tylko wytwory wyobraźni wielkich umysłów. Pragnienia zwykłych ludzi.

Jude miała coś powiedzieć, gdy wpadł na nią nieznajomy. Potrącił ją ramieniem, wytrącając jej z ręki otwartą butelkę wody. Przezroczysta ciecz ochlapała jej buty, chwilę później tworząc kałużę u jej stóp.

-Ej! -krzyknęła rozgniewana.

Chłopak nie zareagował, miał iść dalej w sobie tylko znanym kierunku, gdy Jake chwycił go za ramię.

-Wpadłeś na moją koleżankę, zapomniałeś przeprosić -odparł karcąco blondyn.

-Daj mi spokój! -chłopak trącił Jake’a barkiem, próbując odejść.

Młody McGhart zacisnął mocniej dłoń na ramieniu nieznajomego. Sprawił, że chłopak obdarzył go oburzonym spojrzeniem. Nie spodobało się to blondynowi, w przypływie złości uderzył nieznajomego pięścią w twarz. Brunet zatoczył się. Wykonał krok w tył, a gdy odzyskał równowagę rzucił się na przeciwnika. Obaj wylądowali na ziemi, szarpiąc się i okładając pięściami.

-Jake! Przestań! -krzyczała stojąca nad nimi Jude. Nie wiedziała co robić. Skoncentrowała się na nieznajomym, wyobraziła sobie, że odciąga go od blondyna. Że młody brunet upada na ziemię kilka metrów dalej. Nic się jednak nie stało. Spróbowała raz jeszcze. W myślach zobrazowała sobie całą sytuację, to jak chłopak znajduje się w powietrzu, nie dotykając stopami ziemi, a następnie upada daleko od Jake’a. Tym razem także nic się nie wydarzyło. Przerażona dziewczyna wyobraziła sobie to samo zdarzenie, z jednym tylko wyjątkiem, tym razem to blondyn padł na ziemię kilka metrów od nieznajomego. I tym razem tak też się stało. Jej towarzysz uderzył ręką o pustą ławkę, tą samą, na której wcześniej siedziały dwie radosne dziewczyny, na której wcześniej zwrócił uwagę. Jude szybko do niego podbiegła. Ukradkiem spojrzała na nieznajomego, nie rozumiała dlaczego czary nie zadziałały. Przez chwilę pomyślała o odpornych na magię, ale wierząc słowom Jack’a -wszystkich się pozbył. Ostatnią taką osobą była ukochana Jake’a -Nicki.

-Wszystko w porządku? -zapytała kucając przy blondynie.

-Ucierpiała tylko moja duma -odparł siląc się na uśmiech.

-Jesteś pewien? -spojrzała na niego zatroskanym spojrzeniem. Dostrzegła grymas bólu, który za wszelką cenę starał się przed nią ukryć.

-Jestem tylko trochę potłuczony -dodał łapiąc się za rękę.

Jude pomogła mu wstać mimo jego licznych protestów.

-Widziałam gdzieś aptekę, kupię coś przeciwbólowego i na stłuczenia -dziewczyna nie zdążyła skończyć zdania, gdy pojawił się przed nimi wysoki mężczyzna. Miał na sobie długi czarny płaszcz, przyglądał się im uważnie swoimi zielonymi oczyma.

-Klaus -wyrwało się z ust Jake’a. Mężczyzna położył swoją dłoń na jego ramieniu, a zaraz potem na ramieniu Jude. Otaczający ją świat zaczął powoli popadać w nicość, kształty stawały się coraz mniej wyraźne, kolory zlewały się w szarość. Chwilę później ujrzała już tylko ciemność.

***

Dziewczyna powoli otworzyła oczy. Dostrzegła biały sufit. Poderwała się gwałtownie z miejsca, zakręciło się jej w głowie. Znajdowała się w małym pokoiku o kremowych ścianach. Siedziała na łóżku, obok niej leżał nadal nieprzytomny blondyn. Pokiwała na boki głową, czyżby znów została uprowadzona? Cóż za absurd -pomyślała ledwo powstrzymując się od śmiechu.

-Jake -wyszeptała lekko potrząsając towarzyszem, pocieszała ją myśl, że tym razem nie jest sama -Jake, obudź się! -dodała.

Twarz chłopaka wykrzywiła się z bólu. Dziewczyna momentalnie puściła jego ramię.

-Przepraszam -odparła przygryzając dolną wargę, całkowicie zapomniała o incydencie, który miał miejsce na rynku w ich pierwszych, i wydawało się brunetce, ich ostatnich chwilach wolności.

-Już się obudziliście -na dźwięk głosu Klausa Jude gwałtownie obróciła głowę w stronę drzwi -Przepraszam za wszelkie niedogodności -uśmiechnął się -Jake, zmieniłeś się odkąd widziałem cię ostatnio. Zmężniałeś. Ledwo cię poznałem bez twojej świty, buntowniczego wyglądu i gitary pod ręką.

-Czego od nas chcesz? -zapytał dość ostro blondyn.

-Chcę pomóc.

-Pomóc? -w głosie dziewczyny słychać było zdziwienie -Porwałeś nas!

-Zaskoczyła mnie obecność Jake, musiałem improwizować. Poza tym możecie w każdej chwili wyjść, nie zatrzymuję was.

-Czy to prawda? -zapytał chłopak wciąż nie zmieniając pozycji.

-Nie rozumiem pytania.

-Doskonale rozumiesz -odparł opryskliwym tonem Jake.

-Jeżeli pytasz o Nicki, przykro mi…

Dosłownie minutę później chłopak poderwał się z miejsca, przebiegł przez pokój, Klaus obejrzał się za nim. Jude także podniosła się z łóżka, udała się za blondynem, który wybiegł na korytarz, otworzył najbliżej niego znajdujące się drzwi, zajrzał do środka, zaraz potem popędził do kolejnych. Wszedł do drugiego pomieszczenia, dziewczyna tuż za nim. Znaleźli się w łazience, na podłodze znajdowały się zielone kafelki, na ścianach białe z zielonym motywem kwiatowym. W rogu znajdował się prysznic, obok niego ubikacja, po przeciwnej stronie umywalka. Zielony ręcznik leżał starannie złożony na białej szafce koło zlewu. Pomieszczenie lśniło czystością. Jake padł na kolana przed toaletą, a następnie zwymiotował. W drzwiach pojawił się Klaus, wymienił z Jude spojrzenia.

-Zostawmy go -zabrzmiał spokojny głos czarodzieja -Może przejedziemy do kuchni, zrobię ci herbatę, albo coś innego do picia -dziewczyna przytaknęła, nie chciała wprawdzie być sam na sam z Klausem, martwiła się także o swojego towarzysza, jednak nie widziała innego rozwiązania, a to zaproponowane przez mężczyznę wydało jej się sensownym.

***

Jude siedziała na przeciwko czarodzieja w jego zadbanej kuchni. Tak jak w łazience wszystko miało swoje miejsce, kolorowe kubki wisiały na metalowych haczykach nad zlewem. Dwie niebieskie ściereczki starannie złożone i przewieszone przez rączkę od piekarnika. Na blatach nie znajdowała się nic z wyjątkiem kuchenki mikrofalowej oraz ekspresu do kawy. To samo dotyczyło wypolerowanego na błysk stołu, na którym nie odważyła się położyć dłoni z obawy, że pozostawi smugi. Nie miała pojęcia czego spodziewać się po czarodzieju, czy jest równie ułożony, jeżeli chodzi o pozostałe aspekty życia. Niegdyś oceniła Jack’a jako porządnego mężczyznę, wtedy się pomyliła.

-To czego się napijesz? -zapytał Klaus przerywając ciszę.

-Wody -Jude poprawiła niesforny kosmyk włosów opadający jej na czoło.

Miała tak wiele pytań, ledwo powstrzymała się przed zasypaniem nimi Klausa. Wszystko dlatego, że nie miała pewności czy jest on dobrym czy złym bohaterem tej historii. A miała serdecznie dość kłamstw i tajemnic. Dziewczyna obserwowała jak Klaus wyciąga z szafki nad zlewem szklankę, a następnie kładzie ją na blacie. Zaraz potem kieruje się w stronę lodówki, wyjmuje z niej butelkę wody mineralnej. Napełnia przezroczystym płynem szklankę, a później odkłada wodę na swoje miejsce.

-Jude, ładne imię… -mówi z uśmiechem na twarzy kładąc na stole przed dziewczyną pełną szklankę.

-Dziękuję -czarodziejka nie miała pojęcia do czego zmierza Klaus, wydawało się jej, że plecie co mu ślina na język przyniesie, tylko po to, aby uniknąć niezręcznej ciszy.

-Ciężko jest być daleko od domu, prawda?

-Do czego zmierzasz? -miała dość tego owijania w bawełnę, tych wszystkich tematów zastępczych. Chciała w końcu dowiedzieć się, o co chodzi. Dlaczego siedzi teraz w kuchni Klausa. Dlaczego zdecydował się porwać ją i Jake’a z rynku.

-Nie okłamuj jej -usłyszała za swoimi plecami głos blondyna, obróciła się w jego stronę, stał oparty o framugę drzwi -Ma talent w odkrywaniu prawy -dodał marszcząc nos.

-Miło, że postanowiłeś do nas dołączyć -czarodziej wskazał na wolne krzesło obok Jude, chłopak pokręcił przecząco głową. Zdecydował, że dobrze mu tam, gdzie jest.

-Magiczne obrażenia? -zapytał przyglądając się jak chłopak masuje lewe ramie.

-Słucham? -wypaliła czarodzieja, nie rozumiejąc jak Klaus w ogóle śmie podejrzewać ją, że mogła skrzywdzić swojego towarzysza przy użyciu magii. To, co się wydarzyło na rynku było dziełem przypadku, nie miała innego wyjścia. Gdyby czar zadziałał na tamtego chłopaka, nigdy nie rzuciłaby go na blondyna. Poza tym stłuczona ręka  chłopaka to nie wynik zaklęcia, tylko skutek upadku.

-Jeżeli obrażenie nie powstało w wyniku użycia czarów, mogę uleczyć rękę Jake’a -wyjaśnił mężczyzna, widząc bojową postawę Jude.

-Nie, dziękuję -odparł bez chwili zastanowienia blondyn.

-Skoro tego właśnie chcesz -Klaus wzruszył obojętnie ramionami, skoro chłopak chciał się męczyć, nie jego sprawa, nie jego obrażenia, ani ból.

-Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć o co chodzi?

-Jack nie nauczył cię zaklęcia „uleczania„.

-Nie. Pewnie nie zdążył -tym razem to ona wzruszyła ramionami.

-Zaklęcie zadziała poprawnie tylko jeżeli uraz powstał bez udziału magii -Klaus brzmiał jak typowy profesor prowadzący wykład dla swoich nie tyle uczniów, co uczestników koła naukowego, chcąc ich zainteresować tematem, ale także zachęcić do zadawania pytań.

-A co jeżeli powstanie w wyniku użycia czarów? -Jude nie mogła powstrzymać się od zadania pytania.

-To zależy od czaru -wtrącił się zniecierpliwiony tą rozmową blondyn -Najprawdopodobniej dojdzie do ponownego doznania urazu, jaki nastąpił w wyniku rzucenia czaru.

-Jake -odparł zachwycony Klaus -Zawsze podziwiałem twoją widzę o świecie magii i czarów -westchnął, kręcąc głową na boki -Tak bardzo się starałeś, aby ojciec cię docenił…

-Jack od dawna nie jest mi ojcem, o ile kiedykolwiek w ogóle nim był -blondyn nie pozwolił dokończyć czarodziejowi myśli, miał wrażenie, że mężczyzna i tak już za dużo powiedział.

 

/Miłośniczka kryminałów

Porwana, część 9

Cześć,
dzisiaj zakończę jakby 1 z 3 głównych części „Porwanej”.
Na pocieszenie dodam, że już przy kolejnym wpisie pojawi się nowa postać, czarodziej… Pomoże on czy tylko zaszkodzi głównej bohaterce? Jak myślicie? ;)
Nie jestem jakoś szczególnie zadowolona z tej części, czegoś mi w niej brakuje. Obiecuję poprawę. Następna część raczej nie pojawi szybciej niż 5 września, mam trochę spraw do pozałatwiania. Ale postaram się być na bieżąco z Waszą twórczością ;)

PORWANA, część 9

Drzwi do pokoju Jake’a były zamknięte. Jude zapukała. Nie uzyskała żadnej odpowiedzi. W sumie czego innego mogła się spodziewać. Raz jeszcze zastukała w drzwi i poprosiła, aby chłopak ją wpuścił. Nic. Zagroziła, że jeżeli dobrowolnie nie otworzy drzwi, użyje magii. Nadal nic się nie wydarzyło. Nie mając wyboru rzuciła zaklęcie, chwilę później stała po środku pokoju z obrazami. Chłopak siedział na parapecie, spoglądał przez okno. Ani na chwile nie odwrócił się w jej stronę, pogrążony był w myślach.

-Jake -odparło nieśmiało, zbliżając się krok po kroku, powoli do blondyna.

Chłopak przetarł dłonią twarz, gdy odwrócił się w jej stronę dostrzegła, że w jego oczach smutek i ból. Były czerwone i podpuchnięte. W dłoni trzymał bransoletkę.

-Pomyślałam, że powinniśmy porozmawiać -dodała zatrzymując się dosłownie na wyciągniecie ręki przed Jake’m. Chciała go przytulić, pocieszyć, ale nie była pewna, czy on właśnie tego w tej chwili potrzebuje.

-O czym chcesz rozmawiać? -zapytał zachrypniętym głosem.

-Kochasz ją -słowa te zawisły w powietrzu. Przez dłuższą chwilę żadne z nich nie odważyło się odezwać.

-Kochałem -odparł Jake spoglądając w stronę namalowanych przez siebie obrazów -Gdy Jack stworzył barierę wokół domu, kilkukrotnie prosiłem go, błagałem, aby pozwolił mi zobaczyć się z Nicki. Za każdym razem odmawiał. Miałem wtedy takie wrażenie, uczucie, że stało się coś złego. Rozumiesz co mam na myśli? -Jude przytaknęła -Gdy dziś dałaś mi jej bransoletkę, potwierdziły się moje najgorsze obawy…

-Możesz mi coś więcej o niej powiedzieć?

-Była podobna do ciebie. Odważna, mądra, a przede wszystkim wrażliwa -wypowiadając te słowa przyjrzał się portretowi uśmiechniętej blondynki w kremowej bluzce i katanie, ze srebrną bransoletką na ręku.

-Twój ojciec… -chłopak gwałtownie pokręcił głową na boki.

-Ja nie mam ojca -odparł stanowczym tonem.

-Jack cię kocha, jesteś jego synem -Jude sama nie do końca wiedziała do czego zmierza, co tak właściwie chce powiedzieć blondynowi.

-Świetnie to okazuje. Zabił moją dziewczynę, bo ubzdurał sobie, że stanowi ona dla niego zagrożenie. Zamknął mnie w tym wielkim domu daleko od przyjaciół, od studiów, które były moją pasją. Czy na tym polega miłość? Na niszczeniu osoby, którą się kocha?

-Ubieraj się -odparła przyglądając się blondynowi, gdy chłopak nie ruszył się z miejsca, podeszła do szafy ubraniowej w jego pokoju, a następnie ją otworzyła -Nie spodziewałam się, że zobaczę to pośród twoich ubrań -trzymała w ręku wieszak, na którym wisiała czarna skórzana kurtka. Jake jakby jej nie słyszał. Jude zajrzała do komody, znalazła tam czarne dżinsy i szarą koszulkę z długim rękawem i guzikami pod szyją.

-Nie będę drugi raz powtarzać -mówiąc to podała mu wybrane przez siebie ubrania.

-Po co? Jaki w tym sens…

-Nie dramatyzuj, tylko się ubieraj -Jude obdarzyła go nieznoszącym sprzeciwu spojrzeniem -Chcę ci coś pokazać. Kiedyś bez żadnych pytań wyszłam za tobą na ulewny deszcz. Nie żałuję, że ci wtedy zaufałam, ty także nie będziesz.

Chłopak wstał z parapetu, następnie zdjął bokserkę. Dziewczyna przyjrzała się uważnie jego nagiemu torsowi. Blondyn był szczupły, dobre zbudowany, a oprócz dwóch tatuaży, które widziała wcześniej na jego ciele dostrzegła jeszcze trzy inne.

-Nie grasz przypadkiem na gitarze? -zapytała, gdy Jake ubrał koszulkę.

-Skąd to pytanie? -na jego twarzy malowało się zdziwienie.

-Wypowiedziałam je na głos? -odparła lekko speszona.

-Kiedyś trochę grałem -dodał zamieniając spodnie od piżamy na dżinsy.

-Dlaczego już nie grasz?

-Jak już mówiłem, jestem teraz innym człowiekiem niż byłem kiedyś.

-Nie można przecież tak po prostu zapomnieć o przeszłości.

-Można próbować -mówiąc to podwinął rękawy koszulki pod same łokcie -Dowiem się w końcu po co tak właściwie miałem się ubrać?

-Wychodzimy -odparła z promiennym uśmiechem na twarzy.

-Przecież nie przejdziemy poza barierę stworzoną przez Jack’a.

-Wyjdziemy dzięki temu -mówiąc to Jude pokazała blondynowi książkę oprawioną w brązową skórę.

-Skąd to masz?

-Pożyczyłam z gabinetu Jack’a, należała do Cadence.

Dziewczyna nie do końca była pewna czy właściwie postępuje. Jednak ponad wszystko potrzebowała przestrzeni, nie mogła już dłużej znieść zamknięcia w tym wielkim pałacu.

-Dasz radę zniszczyć magiczną barierę? -zapytał z nadzieją chłopak.

-Dopóki nie spróbuję to się nie dowiem -wyjaśniła wzruszając ramionami -Gotowy na przygodę?

Kilka minut później znajdowali się na podwórku, na tyłach ogromnej posesji Jack’a. Tuż przed nimi znajdowała się magiczna bariera. Jake stał półkroku za czarodziejką. Dziewczyna spojrzała na niego, wydał się jej nieco przestraszony.

-Wszystko w porządku?

-Czyń swoją powinność -wysilił się na uśmiech.

Jude wyciągnęła przed siebie prawą dłoń, palcami dotknęła zimnej i w dotyku przypominającej taflę szkła bariery, a następnie szeptem przeczytała odręcznie zapisane słowa w księdze kiedyś należącej do Cadence, córki czarodzieja. Zaraz po wypowiedzeniu ostatniego wyrazu opór pod palcami zniknął. Zdziwiła się, nie mogło jej się udać, nie za pierwszym razem. Dziewczyna z ręką wyciągniętą przed siebie zrobiła krok do przodu, nie natrafiła na żadną przeszkodę. Śmiało przebiegła kilka metrów przed siebie, odetchnęła z ulgą, gdy znalazła się poza posesją Jack’a. Na jej twarzy zagościł uśmiech, który znikł równie szybko jak się pojawił, gdy tylko spojrzała na chłopaka. Blondyn nie ruszył się z miejsca, stał jak sparaliżowany.

-Jake? -dziewczyna nie do końca rozumiała jego zachowanie. Przecież tego właśnie chciał, opuścić dom. Uciec od samotności. Nagle zrozumiała coś jeszcze. Chłopak spędził ponad dwa lata w zamknięciu, z dala od zewnętrznego świata.

-Jesteśmy w tym razem -odparła wyciągając w jego stronę rękę, w ten właśnie sposób chciała dodać mu odwagi -Jesteś wolny, jesteśmy wolni -dodała zakładając za ucho kosmyk włosów.

-Bariera opadła, bo Jack tego chciał. Możemy opuścić to miejsce, bo on tego chce -zabrzmiał jego wyzuty z wszelkich emocji głos.

-Nie przesadzaj, Jack jest tylko człowiekiem.

-Nie znasz go tak dobrze jak ja znam -potarł dłonią brodę -To nie wróży nic dobrego. Nie jestem pewien czy powinniśmy…

-Może poszedł po rozum do głowy i zdał sobie sprawę, że przetrzymując nas wbrew naszej woli tylko nas rani -Jude chciała wierzyć w swoje słowa, jednak gdy je wypowiadała przypomniała sobie jak Jack podniósł księgę, którą teraz trzymała w dłoniach, jak położył ją na biurku i zastukał w nią kilkukrotnie palcami. Zupełnie jakby bez użycia słów chciał podświadomie jej przekazać, że ma po nią sięgnąć.

-Chciałbym w to wierzyć…

-Chodź -wysiliła się na uśmiech -Przekonajmy się co szykuje dla nas przyszłość -dodała wciąż mając wyciągniętą przed siebie rękę.

Jake ujął jej dłoń, a następnie przekroczył barierę niegdyś wyznaczającą granicę posesji Jack’a.

 

/Miłośniczka kryminałów